Profil
Miłoszyn. Miejscowość wczasowa na pojezierzu.
Ciało
pływające w jeziorze dostrzegł rankiem 12 czerwca spacerowicz, który wybrał się
na pomost przylegający do strzeżonej plaży. Zainteresowanie jakie wzbudził w
nim obiekt dryfujący w wodzie zmieniło się w przerażenie kiedy zdał sobie
sprawę, że to kobieta ubrana w czarny kostium kąpielowy unosząca się na
powierzchni twarzą w dół. Wokół jej głowy falowały jasne włosy. Krzyki odkrywcy
zaalarmowały ratownika, który właśnie nadchodził aby objąć ranną zmianę na
kąpielisku. Pozycja w jakiej pływała kobieta wskazywała, że nie ma większych szans
na ratunek gdyż jasne było, że ofiara od dłuższego czasu dryfowała z zanurzoną
twarzą. Kiedy ratownik doholował ofiarę do brzegu obawy potwierdziły się, gdyż
ciało było już całkowicie wychłodzone i zesztywniałe. Nie pozostawało nic
innego niż wezwać policję.
Policjanci
przybyli na miejsce z nastawieniem, że mają do czynienia z nieostrożną amatorką
kąpieli, która zlekceważyła niebezpieczeństwa wodnego żywiołu. Na plaży, w
pobliżu pomostu, znaleziono duży ręcznik, co sugerowało, że kobieta przyszła na
wieczorną kąpiel w jeziorze, która okazała się fatalna w skutkach. Jednak już
pobieżne oględziny ciała wskazały, że nie było to zwykłe utonięcie. Ofiara
miała na szyi sine ślady, a na potylicy ranę po uderzeniu. Nie pozostawało nic
innego jak zawiadomić prokuratora o prawdopodobnym zabójstwie.
Sekcja zwłok
potwierdziła tę hipotezę. W protokole określono wiek ofiary na około
trzydzieści pięć lat. Na podstawie badania obecności wody w płucach
stwierdzono, że kobieta zginęła na lądzie i została wrzucona do jeziora dopiero
po śmierci. Zgon nastąpił wieczorem poprzedniego dnia i spowodowany był
najpierw zadanym tępym narzędziem uderzeniem w tył głowy, a następnie
uduszeniem, najprawdopodobniej przy użyciu gołych rąk. Nie stwierdzono śladów
napaści o charakterze seksualnym. W protokole zamieszczono też wzmiankę, że pod
kostiumem kąpielowym ofiary znaleziono kartę do gry. Konkretnie siódemkę pik.
Sprawa
przerastała możliwości miejscowego posterunku więc przekazano ją ekipie
śledczej z komendy wojewódzkiej. Doświadczony komisarz prowadzący sprawę od
początku miał przeczucie, że coś tu nie gra. Gdyby chodziło o gwałt zakończony
morderstwem dla zatarcia śladów, to sprawa byłaby przykra, ale przynajmniej łatwa
do wytłumaczenia. Kobieta zdecydowała się na wieczorną kąpiel i miała pecha
trafić na jakiegoś dewianta. Jednak wyniki sekcji to wykluczały. Zachodziło
pytanie o motyw. Rabunek też odpadał bo
idąc popływać w jeziorze raczej nie zabiera się ze sobą niczego cennego.
Należało zatem szukać kogoś kto miał powód aby pozbawić życia tę kobietę. Jeśli
jednak ktoś zamordował ją nie w jakimś ataku furii, lecz świadomie z jakiejś
przyczyny, to zachodziło pytanie dlaczego pozostawił zwłoki pływające w
jeziorze? Przecież mógł je gdzieś ukryć lub chociaż obciążyć żeby zatonęły. Opóźnienie w odnalezieniu
ciała zawsze utrudnia śledztwo i zwiększa szanse mordercy na uniknięcie odpowiedzialności. I co miała znaczyć ta karta pod kostiumem?
Jakiś talizman, maskotka, czy jak? Ale po co było brać to ze sobą narażając
papier na rozmoknięcie?
Pytań było
wiele ale należało zacząć od ustalenia tożsamości ofiary. Później przyjdzie
pora na zidentyfikowanie osób, z którymi utrzymywała kontakty i
wyselekcjonowanie spośród nich kogoś, kto jej źle życzył. Wyglądało na to, że
kobieta wybrała się nad jezioro ubrana w kostium, mając ze sobą jedynie ręcznik
kąpielowy. W pobliżu nie znaleziono żadnego zaparkowanego samochodu więc można
było założyć, że mieszkała gdzieś niedaleko, na tyle blisko, że mogła wybrać
się do kąpieli na piechotę, już przebrana w kostium. Komisarz zarządził zatem
przepytywanie mieszkańców pobliskich domów, a zwłaszcza pensjonatów, w których
zatrzymywali się wczasowicze. Zorganizowano ekipę i urządzono odprawę
poświęconą omówieniu akcji. Śledczym zaoszczędzono jednak fatygi, gdyż jeszcze
zanim zaczęli swój obchód po okolicy na policję zgłosiła się właścicielka
jednego z pensjonatów. Oświadczyła, że wiadomość o znalezieniu topielicy
rozeszła się już po całym Miłoszynie i dotarła również do niej. Obawia się, że
może chodzić o jej lokatorkę, która od tygodnia wynajmuje u niej pokój. Ta pani miała zwyczaj co wieczór wybierać się
na wieczorną kąpiel w jeziorze. Chodziło o późny wieczór, czyli pływanie przy
księżycu. Ponieważ pensjonat położony jest blisko plaży zazwyczaj wychodziła
ubrana w kostium i owinięta ręcznikiem. Zostawiała klucz od pokoju w recepcji i
odbierała go po powrocie. Krytycznego wieczora nie wróciła, a następnego ranka
nie zjawiła się na śniadaniu. Właścicielka pensjonatu oświadczyła, że nie
wtrąca się zazwyczaj w prywatne sprawy gości i nie obchodzi jej czy ktoś wraca
na noc ani gdzie śpi. Jednak na wiadomość o tej tragedii od razu nabrała złych
przeczuć. Kiedy okazano jej zdjęcie ofiary wybuchła płaczem i potwierdziła, że
to jej lokatorka.
Komisarz
zarządził formalne przesłuchanie. Właścicielka pensjonatu, na podstawie księgi
meldunkowej poinformowała, że ofiara nazywała się Magdalena Bukowska i
mieszkała w sąsiednim mieście wojewódzkim. Przyjechała na wypoczynek sama. W
rozmowie z gospodynią mówiła, że pracuje w korporacji i jest zmęczona zarówno
życiem zawodowym, jak i towarzyskim. Z
tego powodu postanowiła się wyciszyć i spędzić kilkanaście dni unikając ludzi.
Na pytanie policjantów czy ktoś jej nie odwiedził w trakcie pobytu gospodyni odpowiedziała
przecząco. Nie zauważyła również aby wczasowiczka nawiązała jakieś kontakty na
miejscu. Pani Magdalena głównie czytała na tarasie, chodziła popływać, trochę
spacerowała ale nic nie wskazywało na to aby kogoś poznała. Gospodyni zapytana
o to czy Magdalena Bukowska miała ze sobą talię kart zareagowała zdziwieniem i
stwierdziła, że nic jej o tym nie wiadomo. W trakcie przeszukiwania pokoju
zajmowanego przez denatkę policja żadnych kart nie znalazła. Policja przepytała
okolicznych mieszkańców, czy krytycznego wieczoru nie spostrzegli kogoś
podejrzanego, a w szczególności kogoś w mokrym ubraniu. Zakładano, że w trakcie
ataku napastnik mógł ulec przemoczeniu. Nikt jednak nie zauważył niczego
szczególnego.
Zatem na
miejscu, w Miłoszynie, nie było żadnego punktu zaczepienia. Nie zidentyfikowano
nikogo kto by się kontaktował z zamordowaną ani, tym bardziej, kogoś, kto
miałby powód aby ją zabić. Możliwość, że ktoś miałaby się rzucić na nieznajomą
kobietę i pozbawić ją życia, skoro wykluczono motywy seksualne i rabunkowe,
wydawała się mało prawdopodobna. Komisarz zdecydował zatem, że śledztwo należy
kontynuować w mieście gdzie ofiara mieszkała. Należało ustalić z kim się tam
kontaktowała, kto mógł wiedzieć, że wybiera się do Miłoszyna i kto mógł jej źle
życzyć.
Zagórze. Stacja końcowa.
Pociąg
podmiejski wyruszający z miasta wojewódzkiego kończył bieg w Zagórzu. Zazwyczaj
docierało tam niewielu pasażerów, gdyż większość wysiadała na poprzednich
stacjach. Dnia 15 czerwca było podobnie. Na peron w Zagórzu wysiadło z
elektrycznego składu jedynie kilka osób. Kierownik pociągu stwierdził, że jeden
z pasażerów jednak nie wysiadł i nadal znajduje się w wagonie. Przyczyna była łatwa do ustalenia. Mianowice
w okolicy serca mężczyzny tkwił wbity nóż. Z kieszonki marynarki zabitego
zamiast poszetki wystawała karta. Konkretnie walet kier.
Konduktor
powiadomił policję. Ponieważ oczywiste było, że zabójstwo nastąpiło niedawno
zarządzono obławę w okolicy. Co prawda nie było wiadomo kogo szukać, ale zawsze
istniała szansa, że trafi się na kogoś zachowującego się podejrzanie. Jednak
tym razem nikt podejrzany się nie nawinął więc należało zacząć żmudną policyjną
robotę.
Protokół
sekcji zwłok nie zawierał żadnych sensacji. Potwierdził, że śmierć nastąpiła na
skutek pchnięcia nożem i miała miejsce niedługo przed przyjazdem na stację
końcową. Oszacowano wiek denata na około pięćdziesiąt pięć lat. Poza tym
protokół zawierał informacje o stanie zdrowia zabitego, które nie wnosiły
niczego nowego. Dolegliwości typowe dla pięćdziesięciolatka, który nie
przesadzał ze sportem i nie nadużywał ruchu.
Kierownik
pociągu stwierdził, że zna zabitego z widzenia, gdyż często podróżował on na
tej trasie. Potwierdziło to znalezienie w jego kieszenie biletu miesięcznego do
Zagórza. To sugerowało, że ofiara stamtąd pochodzi. Istotnie, rodzina wkrótce
zgłosiła zaginięcie niejakiego Jana Czepczyka. Wiek się zgadzał więc poproszono o
identyfikację zwłok. Zrozpaczeni krewni potwierdzili tożsamość ofiary.
Był on z zawodu księgowym i dojeżdżał do pracy w mieście wojewódzkim, w którym
rozpoczynał bieg pociąg, jakim wyruszył w swoją ostatnia podróż. Przy zabitym znaleziono portfel zawierający
kartę płatniczą i nieco gotówki, a także niezbyt kosztowny zegarek oraz złotą
obrączkę. Zdaniem rodziny nic nie wskazywało na to, aby miał on mieć przy sobie
coś cenniejszego. Zatem nie chodziło o napad rabunkowy. Rodzina nie potrafiła
też wyjaśnić dlaczego Czepczyk miał w kieszonce waleta kier. Nie grywał w
karty, nie posiadał nawet żadnej talii. Krewni nie potrafili też wskazać wrogów
zdolnych do zabójstwa pana Jana. Wiadomo, jednych się lubi bardziej, innych
mniej, niektórych się w ogóle nie lubi ale żeby aż tak, żeby zabić, to co to to
nie. Zamordowany był człowiekiem
spokojnym, niekonfliktowym i raczej lubianym. Policja sformułowała nawet
hipotezę, że jako księgowy Jan Czepczyk mógł wykryć jakieś malwersacje i padł
ofiarą kogoś kto chciał aby to nie wyszło na jaw. To przypuszczenie należało
jednak wykluczyć bo zabity pracował w niewielkiej firmie, gdzie nie wchodziły w
grę pieniądze, dla jakich ktoś mógłby się decydować na morderstwo.
Wobec
braku racjonalnych motywów rozważano możliwość, że księgowy stał się
przypadkową ofiarą jakiegoś gangu podróżującego tym samym pociągiem. Jacyś
kibole czy podobne ogolone łby na grubych karkach. Odszukano większość
pasażerów podróżujących pociągiem tego krytycznego dnia, jednak ani żaden z nich
ani konduktor nie potwierdzili obecności jakichś chuliganów. Nie zapamiętano
też kto jechał w wagonie, którym
podróżował Czepczyk. Kierownik pociągu zeznał, że sprawdzał bilety po
wyruszeniu z początkowej stacji kiedy podróżnych było najwięcej i nie potrafi
obecnie przypomnieć sobie rysopisów podróżnych. Odbywa codziennie kilka
podróży, sprawdza bilety setkom osób i trudno aby zapamiętał kto gdzie
siedział.
Nóż,
którym dokonano zabójstwa pochodził z kuchennego zestawu, jaki można kupić w
każdym markecie i nie było szans aby ustalić do kogo należał. Jasne było, że
zabójstwa dokonano w pobliżu końca trasy, gdy pociąg już opustoszał. Sprawdzono
zapisy z monitoringu na kilku ostatnich stacjach ale niewiele to dało. Jakość
obrazu była marna, większość osób patrzyła pod nogi a nie w kamerę. Na każdej
stacji zarejestrowano po kilka osób wysiadających z pociągu na peron ale nie
było podstaw aby kogoś z nich podejrzewać, nawet gdyby udało się go
zidentyfikować. Nagrania mogły się ewentualnie przydać w przyszłości, gdyby
pojawił się ktoś podejrzany, bo mogłyby potwierdzić jego obecność w pociągu. Na
razie należało mozolnie starać się odtworzyć co zamordowany robił w ostatnim
czasie, z kim się kontaktował i komu mógł się narazić.
Księżewice. Powiatowe miasto przyjazne rowerzystom.
Kiedy 21
czerwca rano znaleziono ciało chłopaka leżące w parku przy ścieżce rowerowej
obok przewróconego roweru w pierwszej chwili mogło to wyglądać na wypadek.
Jednak bliższe oględziny oprócz otarć kolan i łokci, jakie mogły powstać przy
upadku z roweru, wskazały również ranę głowy oraz sine ślady na szyi. Policja zaczęła badać sprawę pod kątem
zabójstwa.
Sekcja
zwłok potwierdziła przypuszczenia. Ustalono, że ofiara została ogłuszona ciosem
w głowę zadanym ciężkim narzędziem, a następnie uduszona. Wielkość śladów na
szyi wskazywała, że użyto paska o szerokości nieznacznie przekraczającej 3 cm.
Wiele to nie dawało, gdyż większość męskich pasków tyle ma. Czas zabójstwa
określono na poprzedni wieczór.
Identyfikację
ułatwiła zawartość kieszeni. Chłopak miał w niej smartfon, kartę płatniczą oraz kartę do gry.
Konkretnie trójkę karo. Na podstawie smartfona i karty płatniczej ustalono, że
zabity to Sebastian Różycki, lat piętnaście. Fakt, że nie zabrano telefonu,
karty, ani dość drogiego roweru wskazywał, że nie chodziło o napad rabunkowy.
Zrozpaczeni rodzice zeznali, że syn nie należał do żadnych subkultur
młodzieżowych, klubów kibica czy czegoś podobnego, więc nic nie wskazywało na
to, że mógłby paść ofiarą jakich porachunków. Koledzy ze szkoły
scharakteryzowali Sebastiana jako spokojnego i lubianego kolegę. Zaprzeczyli
aby był on z kimś w poważnym konflikcie, na przykład o dziewczynę, co by mogło
tłumaczyć napaść.
Komenda Głowna Policji.
W dniu 23
czerwca do Komendy nadszedł anonim o treści:
„ 11 czerwca Miłoszyn,
15 czerwca Zagórze,
20 czerwca Księżewice.
Będzie cała talia.”
Policja
otrzymuje sporo anonimów, z których większość pisana jest przez nawiedzonych
maniaków lub żartownisiów. Ten list jednak zwrócił uwagę inspektora
Jankowskiego. Na wszelki wypadek poprosił komendy terenowe wymienione w treści anonimu
o sprawdzenie czy na ich terenie coś się wydarzyło w podanych dniach. Kiedy otrzymał odpowiedzi natychmiast
wystąpił o kopie akt, a kiedy się z nimi zapoznał poczuł zimny pot na
karku. Szczególne wrażenie zrobiły na
nim zdjęcia kart znalezionych przy ofiarach. Wszystkie na odwrocie posiadały
ten sam, granatowy, geometryczny wzór. Pochodziły zatem z jednej talii. Talia
liczy pięćdziesiąt dwie karty. Jakiś maniak zapowiadał tyle morderstw, a to że
dokonał już trzech wskazywało, że nie żartuje.
Niezwłocznie
połączono trzy prowadzone dotychczas oddzielnie śledztwa. Przy Komendzie
Głównej powołano specjalną grupę dochodzeniową, na czele której stanął
Jankowski. Zaczęto od narady, podczas
której omówiono sytuację i nakreślono plan działania. Wszystko wskazywało na to, że ujawnił się
seryjny morderca o wyjątkowo nietypowym i groźnym charakterze. Zazwyczaj
seryjni mordercy koncentrują się na określonym typie ofiar. Mordują na przykład
kobiety o podobnym wyglądzie, na przykład przypominające tę, za sprawą której
spotkał ich kiedyś zawód miłosny. Inni napadają na cudzoziemców o ciemniejszym
odcieniu skóry. Najgorsi zwyrodnialcy zabijają dzieci. Istnienie takiego schematu ułatwia
wytypowanie i ujęcie sprawcy. Niestety w tym wypadku trudno było wskazać podobne
kryterium. Ofiarami byli kobieta w średnim wieku, starszy mężczyzna i młody
chłopak. Od razu po połączeniu śledztw skoncentrowano się na poszukiwaniu elementów
mogących łączyć trzy morderstwa. Niczego jednak nie ustalono. Zabici nie mieli
wspólnych znajomych ani krewnych, nie łączyły ich żadne zainteresowania ani
sprawy zawodowe. Wszystko wskazywało na to, że morderca wybiera ofiary całkiem
przypadkowo. Po prostu zjawia się w określonej miejscowości i czeka na okazję
czyli na napotkanie samotnej osoby w odludnym miejscu, nie ważne kim ta osoba
jest. Można było sobie wyobrazić przebieg każdego z trzech morderstw.
Zabójca zjawia
się pod wieczór w Miłoszynie, przechadza się w pobliżu pustoszejącej plaży.
Wreszcie spostrzega kobietę zmierzającą do wody. Uderza ją czymś w głowę, być
może kamieniem, który po tym wrzuca do jeziora. Ogłuszoną ofiarę dusi, wkłada
jej siódemkę pik pod kostium i porzuca ciało przy brzegu. Po tym szybko znika.
Kilka dni
później wsiada do pociągu zmierzającego do Zagórza. Widzi, że pasażerów ubywa.
W pewnej chwili zostaje w wagonie sam na sam z Janem Czepczykiem. Uderza nożem
zaskoczonego księgowego, wkłada mu waleta kier do kieszonki marynarki,
przechodzi do innego wagonu i wysiada na najbliższej stacji.
Niedługo po
tym przyjeżdża do Księżewic i spaceruje
po parku rozglądając się za kolejną ofiarą. Widzi nadjeżdżającego na rowerze
chłopaka. Kiedy ten go mija, popycha go zrzucając z roweru. Zanim oszołomiony
dzieciak się pozbierał, uderza go w głowę i dusi. Następnie wsuwa mu trójkę
karo do kieszeni i znika.
Żadnego z tych
zabójstw nie dało się precyzyjnie zaplanować. Nawet gdyby morderca skądś
wiedział, że Magdalena Bukowska ma
zwyczaj będąc na wakacjach zażywać wieczornych kąpieli w jeziorze, to nie mógł
zakładać, że kiedy zjawie się na plaży wieczorem 11 czerwca, to w okolicy
nikogo innego nie będzie. Podobnie, nawet gdyby zabójcy wiadome było, że Jan
Czepczyk wraca codziennie z pracy do domu pociągiem, który pustoszeje przed
Zagórzem, to nie mógł mieć pewności, że zostanie z nim w wagonie sam na sam. Z
podobnych powodów nie dało się przewidzieć, że
Sebastian Różycki nadjedzie na rowerze akurat w momencie gdy ta część
parku będzie pusta. Sposób dokonania tych zabójstw wskazywał na wielką
determinację i skłonność sprawcy do
ryzyka. W żadnym z trzech przypadków nie mógł całkowicie wykluczyć, że na
miejscu zbrodni znajdzie się jednak jakiś przypadkowy świadek.
Wynikał z tego
przerażający wniosek, poparty dodatkowo groźbą zawarta w anonimie, że morderca
znów czai się w jakimś zakątku kraju czekając na okazję aby zaatakować kolejną
przypadkową ofiarę, która niczym na taki atak nie zasłużyła i wobec tego się go
nie spodziewa. Należało zatem działać szybko.
Badanie
anonimowego listu nic nie dało, gdyż nie zawierał on żadnych odcisków palców, a
napisany był standardową czcionką z popularnego edytora tekstu i wydrukowany był
na drukarce powszechnie używanego typu.
Jedyny konkret polegał na tym, że list nadano w Warszawie. To jednak o
niczym nie świadczyło, jako że morderca przemieszczał się po całym kraju.
Właśnie to
przemieszczanie ekipa dochodzeniowa przyjęła za punkt wyjścia. Wszystkie trzy
miejscowości, w których dokonano morderstw były niewielkie i docierały do nich
jedynie nieliczne środki komunikacji w postaci pociągów lub autobusów.
Niewielkie odstępy czasowe pomiędzy morderstwami wskazywały, że sprawca nie
przybywał na miejsce z wyprzedzeniem lecz raczej zjawiał się w miejscu zbrodni
krótko przed jej popełnieniem licząc na szczęśliwy traf (o ile w tym kontekście
można użyć tego określenia) , który da mu okazję do popełnienia zabójstwa.
Prawdopodobnie opuszczał miejscowość
zaraz potem. Zaangażowano zatem
znaczne siły policyjne w znalezieniu pasażerów pociągów i autobusów, które
dotarły do Miłoszyna, Zagórza i Księżewic
krótko przed zabójstwami lub opuszczały te miejsca wkrótce po nich.
Sprawdzono też kto nocował w miejscowych pensjonatach i hotelach w krytycznym
czasie. Działania te podejmowano ze świadomością, że prawdopodobieństwo
powodzenia jest niewielkie. Morderca musiałby być idiotą żeby się meldować na
nocleg w małej miejscowości, w której
przed chwilą dokonał zabójstwa. Szansa, że ktoś ze współpasażerów zauważył w
pociągu lub autobusie kogoś podejrzanego była mała, tym bardziej, że zupełnie
nie było wiadomo o kogo pytać. Sposób
dokonania morderstw sugerował, że sprawcą musiał być dość silny mężczyzna, ale
nie dało się wykluczyć, że dokonała tego duża, sprawna fizycznie kobieta. Mimo
wszystko, policja pracę wykonała. Jak można było się spodziewać ten kierunek
nie dał efektów.
Założenie, że
seryjny morderca korzysta z transportu publicznego od początku było wątpliwe.
Bardziej prawdopodobne było, że podróżował samochodem. Sprawdzono zatem
wszelkie możliwe zapisu monitoringu z Miłoszyna, Zagórza i Księżewic starając się odnaleźć auto, które znajdowało
się we wszystkich tych miejscach w dniach poszczególnych zabójstw. To się
również nie udało, czemu nie należy się dziwić, jako że kamery w tych miejscowościach
nie były liczne. Zabójstwo w Zagórzu stanowiło nieco odmienny przypadek niż
pozostałe dwa. Jeśli morderca nadjechał samochodem i wsiadł do pociągu gdzieś
na trasie to jego auto musiało zostać w pobliżu tej stacji. Kiedy po dokonaniu
zbrodni wysiadł kilka przystanków dalej musiał jakoś wrócić po samochód. Policji udało się ustalić, że w
pobliżu przedostatniej stacji na trasie pociągu skradziono rower, odnaleziony następnie w powiatowym mieście, w którym znajdowała się
stacja kolejowa czwarta od końca trasy czyli od Zagórza. Wiele wskazywało na
to, że zabójca wsiadł tam do pociągu, dokonał morderstwa tuż przed
przedostatnią stacją, wysiadł na niej, ukradł rower i wrócił na nim do miejsca
gdzie czekało na niego auto. Ustalono zatem sposób poruszania się sprawcy ale w
niczym to nie przybliżyło śledczych do jego schwytania.
W dniu 26
czerwca o trzech dokonanych już
morderstwach i o groźbach dokonania kolejnych napisały tabloidy. Podano wiele
szczegółów, łącznie z informacją o kartach znalezionych przy ofiarach. Okazało
się, że do gazet nadeszły anonimowe listy, w których ktoś, zapewne morderca osobiście,
opisał sprawę. Inspektor Jankowski doszedł do wniosku, że nagłośnienie tej
ponurej historii może mieć dobre strony.
Być może znajdzie się i zgłosi na policję ktoś, kto ma jakieś informacje
na temat sprawcy. Ponadto przestraszeni ludzie będą zachowywać się ostrożniej,
utrudniając mordercy kolejne ataki. Artykuły
w gazetach rzeczywiście wywołały rodzaj psychozy. Na policję zgłosiła się
roztrzęsiona nauczycielka liceum z Lublina, która otrzymała anonimowy list o
treści: „Będziesz dama trefl”. Na szczęście
okazało się, że to głupi żart jej uczniów.
Rozgłos sprawy
„karcianego zabójcy”, jak nazwała go prasa, wywarł jednak silną presję na
policję. Gazety pytały jak to możliwe, że po dokonaniu trzech morderstw nie
udało się znaleźć żadnego śladu. Ponieważ
rutynowe działania policyjne, jak dotychczas, nie przynosiły efektów inspektor
Jankowski postanowił zwrócić się do znanego psychologa o sporządzenie profilu
psychologicznego sprawcy. Na podstawie sposobu działania, treści i stylu
nadsyłanych anonimów oraz tym podobnych przesłanek niejednokrotnie udawało się
zawęzić krąg podejrzanych do grupy o określonych, specyficznych cechach. Ta
metoda śledcza nie była traktowana jako absolutnie pewna i niezawodna, jednak
praktyka wykazywała jej przydatność.
Rozmowa inspektora
z psychologiem miała miejsce 27 czerwca. Profiler wyraził chęć przygotowania
opinii i zapytał w jakim terminie Jankowski jej oczekuje. Usłyszawszy, że na
jutro wybuchnął śmiechem. Opracowanie profilu psychologicznego sprawcy wymaga
starannego przestudiowania akt, oględzin miejsca przestępstwa, analizy listów i
tak dalej. Zazwyczaj zajmuje to kilka tygodni, lub nawet miesięcy. Inspektor
stanowczo oświadczył, że w tym wypadku nie ma czasu do stracenia. Zabójca
dokonywał poprzednich zbrodni w krótkich odstępach czasu i należy liczyć się z
tym, że obecnie szuka już okazji do czwartego morderstwa. Ponadto, rozgłos jaki
uzyskała sprawa spowodował, że każdy kto z jakiegoś powodu zdecyduje się teraz
zabić sąsiada, wspólnika, żonę, szwagra albo teściową może podłożyć ofierze
kartę z talii i skierować w ten sposób śledztwo na fałszywe tory. Psycholog pod
naciskiem ze strony Jankowskiego zobowiązał się przygotować profil na 5 lipca i
podpisał stosowną umowę.
Umowa została
wypełniona. W dniu 5 lipca inspektor Jankowski otrzymał profil sprawcy, w
którym napisano:
„Sprawcą serii
morderstw jest mężczyzna w wieku ok. 43 lat o wzroście ok 185 cm, niebieskich
oczach i ciemnoblond włosach przyciętych krótko, z zaczątkami łysienia na czubku głowy. Jest
sprawny fizycznie, chociaż cechuje się lekką nadwagą, gdyż waży ok 95 kg.
Zamieszkuje w dużym mieście w centralnej Polsce. Z dużym prawdopodobieństwem
można twierdzić, że chodzi o Warszawę. Posiada wyższe wykształcenie techniczne
i pracuje w dziale serwisu znanej, międzynarodowej korporacji. Zabójstw
dokonywał w trakcie delegacji służbowych do dużych miast, w których
zlokalizowani są klienci korzystający z urządzeń jego firmy. Wracając z
Olsztyna zboczył z głównej trasy i znalazł się w Miłoszynie w poszukiwaniu
okazji do popełnienia morderstwa, co mu się udało. Podobnie, zbrodni w Zagórzu
dokonał wracając z delegacji do Wrocławia,
a zabójstwo w Księżewicach popełnił zbaczając z trasy powrotnej z
Rzeszowa. W podróżach służbowych używa różnych samochodów wchodzących w skład
floty firmy, co utrudnia ich powiązanie z zabójstwami. Sprawca jest zdolny,
ambitny i z tego powodu sfrustrowany wykonywaną pracą. Co prawda jest ona
dobrze płatna i stabilna, ale zabójca uważa, że wykonuje zadania leżące poniżej
jego możliwości. Dodatkowo nie ma perspektyw na awans i żyje ze świadomością,
że nielubianą pracę będzie wykonywał do emerytury. Jego sytuacja rodzinna jest ustabilizowana. Ma żonę i dziecko. Rodzina nie
zdaje sobie sprawy z jego zbrodniczej działalności. Osobowość sprawcy jest rozdwojona.
Z jednej strony odczuwa on silną potrzebę uzyskania sławy i rozgłosu, co
popycha go dokonywania zabójstw. Z drugiej strony ma świadomość okropności tych
czynów i chciałby ich zaprzestać. Nie potrafi się oprzeć żądzy mordu ale
podświadomie pragnie aby się to skończyło. Z tego powodu dokonuje zabójstw w
sposób bardzo ryzykowny, jakby chcąc przyspieszyć moment ujęcia przez policję.
W ten sposób zostałby zmuszony do zaprzestania serii zabójstw mimo że sam nie
jest w stanie oprzeć się pokusie popełniania czynów dostarczających mu
adrenaliny oraz mocnych wrażeń, jakich brak w jego ustabilizowanym życie
zawodowym i rodzinnym.”
Profil okazał
się sukcesem. Był w stu procentach dokładny i ściśle opisał cechy przestępcy.
Sukces psychologa nieco umniejsza fakt, że istotnie, w osobowości mordercy
toczyła się walka pomiędzy dobrem a złem. Ostatecznie ta dobra strona
zwyciężyła i zabójca, niejaki Remigiusz K.,
sam w dniu 2 lipca zgłosił się na policję przyznając się do popełnienia
trzech morderstw oraz do nieodpartej
chęci popełnienia kolejnych. Aby tego uniknąć nie widział innego wyjścia jak
oddać się w ręce wymiaru sprawiedliwości. Wszystkie cechy Remigiusza K.
zamieszczone w profilu można było znaleźć w prasie już nazajutrz, 3 lipca.
Jednak umowny termin opracowania profilu wyznaczony na 5 lipca pozostawał w
mocy.