niedziela, 15 lutego 2026

Manelarz

 

Manelarz

              Po prostu nie lubił wyrzucać rzeczy.  Było mu ich żal.  Przecież ktoś poświęcił sporo pracy aby je wyprodukować, poszły na to jakieś zasoby energii i surowców, no i co? Ma to tak po prostu trafić na śmietnik? Czy naprawdę trzeba wyrzucać całkiem dobry brązowy sweter tylko dlatego, że ma nieco naciągnięte na łokciach rękawy albo dlatego, że jacyś specjaliści od robienia ludziom wody z mózgu wmawiają nam, że brąz wyszedł z mody?  Ktoś się starał znaleźć dla nas jakiś prezent.  Czy jedynie z tego powodu, że nie trafił do końca w nasze potrzeby należy tę rzecz wyrzucić?  Niestety, kubki, kieliszki i zastawa stołowa czasem się tłuką. Ale jeśli z kompletu sześciu sztuk dwie albo trzy uległy zniszczeniu to trzeba od razu wyrzucać resztę? Co komu szkodzi wypić kawę z kubków nie należących do jednego kompletu?

              Lubił mieć różne manele na wszelki wypadek. Nie rzadko potrzebna jest na przykład jakaś śrubka do drobnej naprawy w domu. I co, czy trzeba od razu kupować całą nową paczkę w markecie? Albo akurat potrzeba kilkanaście centymetrów listewki. Mamy kupować dwumetrową? Nie, lepiej mieć takie szpeje pod ręką. Ludzie tłumaczyli mu, że przetrzymywanie różnych maneli nie ma sensu. Bo zapominamy co mamy zachomikowane, a nawet jak pamiętamy, że coś takiego mieliśmy to i tak nie możemy tego znaleźć gdy jest akurat potrzebne.

              Jednak miał dowody na to, że trzymanie pozornie zbędnych rzeczy ma sens. Na przykład wtedy gdy zaprosił kolegów na mecz. Zeszli się, przynieśli piwko, rozsiedli się przed telewizorem. Telewizyjny komentator już budował atmosferę. Wiadomo, że nasi nie są faworytem, ale może tym razem dadzą radę. W sporcie cuda się zdarzają. Już zaczęli w to wierzyć. Rozległ się pierwszy gwizdek i właśnie wtedy ekran telewizora zgasł. I w ogóle wszystko zgasło. Wysiadł prąd. Od razu pobiegli do korków w mieszkaniu ale okazało się, że były w porządku. Prądu nie było w całym domu. Wywaliło bezpieczniki na klatce schodowej. Niestety schowane były w skrzynce zamkniętej na specjalny zamek, do którego klucz ma tylko pogotowie energetyczne. Można po nich dzwonić, ale wiadomo, że nie zjawią się od razu. Co najmniej połowa meczu by przepadła. Na szczęście miał w szafce pudełko z kluczami, takimi co to nie wiadomo do jakiego zamka są. Zaczął je po kolei przymierzać i proszę bardzo, jeden pasował. Niestety, po otwarciu skrzynki okazało się, że są w niej stare bezpieczniki. Nie takie automatyczne, co to tylko wystarczy nacisnąć ale takie co jak się przepalą to koniec. Można tylko wymienić. I co? Przeszukał kilka szuflad i znalazł pasujący bezpiecznik na szesnaście amperów. W sumie stracili tylko dziesięć minut meczu.

Innym razem majstrował coś  przy altance w ogródku działkowym. Gdy skończył wybrał się na spotkanie z kolegami w barze mając ze sobą skrzynkę na narzędzia. Trochę się zasiedział. Wracał już po północy. Była letnia noc. Niebo było częściowo pokryte chmurami. Kiedy przechodził koło cmentarza silny powiew wiatru poruszył drzewami. Zza chmur wyszedł księżyc. Był w pełni. W jego świetle dało się dostrzec mężczyznę opierającego się o cmentarny mur w pobliżu bramy. Człowiek ten ubrany był w ciemny płaszcz czy też pelerynę z wysoko postawionym kołnierzem. Nagle, w kilku niesamowicie szybkich skokach znalazł się w pobliżu. Jego blada cera kontrastowała z kruczoczarnymi włosami. Oczy świeciły jakimś dziwnym, czerwonawym blaskiem. Kiedy otworzył usta dało się dostrzec kły dłuższe od pozostałych zębów co najmniej o dwa centymetry. Na szczęście nasz bohater miał w skrzynce z narzędziami zaostrzony kołek osikowy, więc dziabnął nim tego gościa i poszedł dalej w kierunku domu.

Natomiast jak się nie ma tego co akurat potrzebne to konsekwencje mogą być poważne. Pewnego razu urwały się drzwiczki od kabiny prysznicowej bo skorodowała mała śrubka, którą były przymocowane. Była to śrubka M4 o długości dwunastu milimetrów ze stożkowym łebkiem, w którym znajdowała się szpara na ostrze śrubokręta.  Miał w domu kilka śrubek M4 ale żadna z nich nie była taka jak potrzebował. Wszystkie śrubki ze stożkowym łebkiem były za długie i gdyby je zastosować to drzwiczki by się blokowały i nie dałoby się ich przesuwać. Inne, o właściwej długości miały sześciokątne łebki pod klucz, który za bardzo wystawał i też się nie mieściły w dostępnym miejscu. Nie było wyjścia. Musiał kupić w markecie co najmniej 5 deka odpowiednich śrubek, bo w mniejszej ilości ich nie sprzedawali. Wsypał śrubki do papierowej torebki, zważył,  wstukał kod i przykleił nalepkę z kodem kreskowym jaką wydrukowała waga. Ustawił się w kolejce do kasy. Przed nim stała dziewczyna, która na sklepowym wózku miała kilka dużych doniczek z kwiatami. Kiedy przyszła jej kolej, kasjerka zażądała postawienia tych doniczek na taśmie bo inaczej nie mogła sięgnąć aby odczytać kod. Oczywiście pomógł dziewczynie z noszeniem tych ciężarów. Później pomógł jej załadować te donice do auta.

Kilka miesięcy później wzięli ślub. Niestety, po trzech latach przestało im się układać i zdecydowali się na rozwód, co obojga kosztowało sporo nerwów. I niech ktoś powie, że nie warto trzymać różnych maneli. Gdyby wtedy miał  w domu odpowiednią śrubkę M$ to do tego rozwodu by nie doszło.

czwartek, 15 stycznia 2026

Snieżyca

 

Śnieżyca

              Marek i Adam kochali góry. Kochali i szanowali. Traktowali je z należnym respektem. Z całą pewnością nie należeli do niedzielnych turystów, którzy potrafią wybrać się w Tatry w klapkach, ani do nieodpowiedzialnych szaleńców, którzy dla większego zasięgu na portalach społecznościowych decydują się zimą zdobywać góry w samych szortach.

              Tradycyjnie, co roku aby poprawić kondycję po świątecznym lenistwie, z początkiem stycznia organizowali zimową wyprawę na Babią Górę. Wiedzieli, że z tym szczytem nie ma żartów, więc przygotowali się jak należy. Zadbali o odzież chroniącą przed mrozem i wiatrem, o buty wyposażone w raki, wzięli do plecaków ciepłą herbatę w termosach i zapas prowiantu. Sprawdzili prognozę pogody aby upewnić się, że będą warunki dla bezpiecznej wspinaczki.  Tyle tylko, że prognozy pogody sprawdzają się średnio w 92 procentach, czym chwalą się co tydzień telewizyjni prezenterzy. Niestety, ten dzień, na jaki zaplanowali wyprawę miał się zaliczać do pozostałych ośmiu procent. Jedyny błąd Marka i Adama polegał na tym, że ograniczyli się do sprawdzenia prognozy poprzedniego dnia, a nie powtórzyli tego rano przed wyruszeniem w trasę. Tłumaczy ich to, że wyruszali na długo przed świtem, tak aby w tym samym dniu zdążyć na szczyt i z powrotem jeszcze przed nocą. Wyjechali z domu w głębokich ciemnościach, a kiedy zostawiali samochód na parkingu na przełęczy niebo na wschodzie dopiero zaczęło lekko się rozjaśniać. Nie wiedzieli zatem, że z wielką prędkością zbliża się front atmosferyczny niosący ciężkie, śniegowe chmury, który tej nocy niespodziewanie nadszedł od północnego zachodu. Na nizinach ciemne zwały chmur dałoby się dostrzec już na horyzoncie. Z otoczonej górami przełęczy nie było ich jednak widać, więc Marek i Adam wyruszyli w kierunku szczytu z przekonaniem, że czeka ich wspinaczka pośród ładnej zimowej pogody, słonecznej, lekko mroźnej i bezwietrznej.

              Front dopadł ich z zaskoczenia gdy byli już niemal w połowie drogi. Najpierw dał o sobie znać gwałtownymi porywami  wiatru. Chwilę później spoza sąsiednich gór wyłoniły się ołowiane, szybko przesuwające się po niebie chmury niosące gwałtowną śnieżycę. Wiatr wył tak intensywnie, że trudno było się nawzajem usłyszeć nawet z najbliższej odległości. Aby się porozumieć pomagali sobie gestykulacją.

              - Co robimy? – zapytał Marek – Wracamy?

              - Nie. – odkrzyknął Adam po chwili namysłu. – Wieje tak mocno od dołu, że trudno byłoby schodzić pod ten wiatr. Chodźmy do schroniska. Będzie nam wiało w plecy. W schronisku przeczekamy tę nawałnicę.

              Marek zgodził się z tą propozycją. Aby nie przekrzykiwać wiatru skinął jedynie głową i wskazał wyciągniętą ręką w górę, w kierunku szczytu.

              Warunki pogodowe pogarszały się z każdą minutą. Zaczął padać gęsty śnieg. Niesiony wiatrem leciał niemal poziomo. Zadymka była tak intensywna, że widoczność spadła do kilku metrów. Trudno było utrzymać się na szlaku. O znakach go wyznaczających, malowanych na pniach drzew i kamieniach można było zapomnieć bo szybko zostały oblepione śniegiem.  Marek i Adam chodzili tą trasą co roku więc znali ją dobrze, ale w tych warunkach nawet oni zaczęli tracić orientację. Temperatura gwałtownie spadała, a wiatr uprzednio wiejący regularnie od północnego zachodu zaczął zmieniać kierunki. W ślad za nim śnieg nadlatywał z coraz to innej strony. Silna wichura powodowała, że odczuwalna temperatura była o wiele niższa niż wskazywał termometr. Nawet solidna odzież okazywała się niewystarczająca. Nieosłonięty nos i policzki Marka atakowane były przez niesione wiatrem kryształki lodu działające jak papier ścierny.  Skóra bolała jak kłuta igłami. To nie było jeszcze wszystko. Najgorsze miało dopiero nadejść. Marek stopniowo przestał odczuwać ból. Świadczyło to o postępującym odmrożeniu. Sparaliżowane mrozem nerwy przestawały informować mózg o zagrożeniu.

              - Znajdźmy jakieś schronienie i przeczekajmy tę nawałnicę. – Marek wykrzyczał do Adama.

              - Nie. – odkrzyknął w odpowiedzi Adam. – Jesteśmy na grani, w otwartym terenie. Tu nie znajdziemy żadnej bezpiecznej kryjówki. Musimy iść bo jeśli się zatrzymamy to zamarzniemy w jakiejś zaspie i znajdą nas dopiero wiosną, po odwilży.

              - Dokąd iść? W tej zadymce nie widać szlaku.

              - Pod górę. Byle być w ruchu. Byle nie zamarznąć.

              Z uporem brnęli w śniegu. Starali się trzymać razem ale nie było to łatwe bo śnieżyca nie słabła, przeciwnie gęstniała i nabierała mocy. Momentami nie było widać dalej niż na metr. Marek postanowił złapać się idącego za nim Adama gdyż obawiał się, że inaczej rozdzielą się i zgubią pośród zadymki. Było już jednak za późno. Obrócił się i wyciągnął przed siebie ręce, ale nie sięgnął kolegi. Ogarnęła go fala paniki. Gdzie on jest? Szedł tuż za mną. Chyba mnie nie wyprzedził w tej śnieżycy? Raczej nie. Marek zaczął powoli wracać starając się pośród śniegu wypatrzeć towarzysza wyprawy lub wymacać go wyciągniętymi ramionami. Adama jednak nie było. Marek na chwilę zatrzymał się z obawy, że miną się idąc w różnych kierunkach i ostatecznie zgubią. Zastanawiał się gorączkowo co mógł zrobić idący za nim Adam kiedy zorientował się, że stracili kontakt. Chyba nie zawrócił skoro wiedział, że byłem z przodu? Raczej starałby się mnie dogonić, więc nie ma sensu abym schodził w dół. Ale co jeśli on upadł i leży w śniegu gdzieś niżej? Przez chwilę pomyślał o tym aby szukać śladów na śniegu, ale miało to szans powodzenia bo wiatr błyskawicznie zawiewał wszelkie tropy. Krzyki też nic nie dawały, gdyż wycie wichury skutecznie je zagłuszało. Marek z przerażeniem zaczął się godzić z myślą, że nie odnajdzie Adama w tych warunkach i każdy z nich będzie musiał się ratować na własną rękę. Chyba najlepiej będzie ruszyć w górę, starać się dotrzeć na własną rękę do schroniska i zawiadomić ratowników górskich, że kolega został na szlaku.

              Marek na nowo podjął wspinaczkę w kierunku szczytu lecz czuł, że siły go opuszczają. W pewnej chwili zachwiał się. W tym samym momencie nadleciał jeszcze bardziej gwałtowny powiew wichury i przewrócił go. Poturlał się kilka metrów po zboczu aż zapadł w jakieś zagłębienie. Niesiony wiatrem śnieg szybko go przykrył.

              Kiedy Marek otworzył oczy była piękna pogoda. Wiatr ucichł. Świeciło słońce powodując, że śnieg skrzył się pięknie w jego promieniach. Marek rozejrzał się wokół. Nie poznał dobrze sobie znanego szlaku na Babią Górę.  Teren łagodnie się wznosił ku szczytowi sponad którego rozbłyskało słońce.

              - Czyżbym zabłądził w tej śnieżycy? – pomyślał. – Odszedłem tak daleko?

              Spostrzegł, że szlakiem pod górę wolno wspinają się jacyś ludzie.

              - Przepraszam! – zawołał do nich Marek. – Gdzie ja jestem? Co to za szlak? Dokąd prowadzi?

              Tamci nie zareagowali. Szli wolno wpatrzeni w górę, przed siebie, mijając go tak, jakby go nie dostrzegali.

              Marek więcej nie pytał. Powoli ruszył w górę, ku światłu.  

             

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Wizyta świętego Mikołaja

 

Wizyta świętego Mikołaja

              - Pokaż, na której przegródce jest numer pięć ? – zapytała mama pięcioletniego Krzysia.

              Chłopiec uważnie przyjrzał się zawieszonemu na ścianie kalendarzowi adwentowemu i triumfalnie zawołał wskazując paluszkiem:

              - Tutaj!

              - Brawo! – pochwaliła go mama. – teraz możesz otworzyć.

              Krzyś wyjął czekoladkę, odwinął z folii i włożył do buzi.

              - A teraz pomóż Frankowi znaleźć piątkę w jego kalendarzu. On ma dopiero niecałe trzy latka i sam nie zna cyferek tak dobrze jak ty.

              Krzyś odnalazł na kalendarzu  właściwą przegródkę i podał bratu czekoladkę.

              - Powiedzcie mi jaka jest następna cyfra po piątce? – zapytała mama.

              - Osiem! – wykrzyknął Franek.

              - Sześć! – poprawił go Krzyś.

              - A wiecie co to za dzień, szósty grudnia?

              - Cwaltek – oświadczył Franek.

              - Nie czwartek tylko sobota, ale nie o to mi chodziło. – powiedziała mama – Co się stanie tego dnia, czyli jutro?

              - Wiem! – wykrzyknął Krzyś. – Przyjdzie Mikołaj. Mamo, mamo czy on przyjedzie na saniach ciągniętych przez renifery i  wejdzie przez komin? Czy mamy zostawić na noc takie duże skarpetki koło kominka?

              - Mikołaj musiał trochę zmienić swoje zwyczaje. – powiedziała mama. – Widzicie jaka jest pogoda. U nas nie ma śniegu więc nie da się jeździć na saniach. Wobec tego Mikołaj, który musi przywieźć prezenty bardzo wielu dzieciom tej nocy objedzie na sankach kraje położone bardziej na  północ, gdzie jest zimno i leży śnieg. A do nas przyjdzie jutro za dnia. I nie będzie wchodził przez komin, bo Mikołaj ma duży brzuch, a nasz komin nie jest dość szeroki. Poza tym Mikołaj prosił żeby nie wieszać tych skarpetek. Były z tym problemy. Niektóre dzieci rozwieszały dziurawe skarpetki, prezenty spadały na podłogę i się tłukły, więc Mikołaj da wam podarunki prosto do rączek.

              Następnego dnia po powrocie z przedszkola Krzyś i Franek niecierpliwie oczekiwali na Mikołaja. Wreszcie rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy mama je otwarła do środka wkroczył ubrany w czerwony strój brzuchaty człowiek z bujną białą brodą i siwą czupryną, spod której spoglądały wesołe oczy.

              - Ho, ho, ho, ho. – zawołał niskim głosem. – Kogo my tu mamy? Jak masz na imię chłopczyku?

              - Krzyś.

              - A ty?

              Franek schował się za mamę.

              - Nie bój się. Powiedz jak się nazywasz. – namawiała mama.

              Jednak Franek nadal milczał przytulony do niej.

              - Zaraz, zaraz. – rzekł Mikołaj. – Mam tutaj przecież listy od wszystkich grzecznych dzieci, w których pisały jakie mam przynieść prezenty. W tym liście jest napisane, że brat Krzysia ma na imię Franek. Zgadza się?

              - Mamusiu, cemu Mikołaj ma takie same buty jak wujek Henio? – zapytał w tym momencie Franek.

              Mikołaj się zakrztusił.

              - Wiele osób  zimą nosi takie buty. – powiedziała mama.

              - A czy wy byliście grzeczni? – zapytał Mikołaj.

              - Taaak! – zawołali chórem Franek i Krzyś.

              - No to proszę! – Mikołaj sięgnął do worka z prezentami.

***

              Wieczorem, kiedy Franek położył się już spać Krzyś powiedział do mamy:

              - Ten Mikołaj był jakoś dziwny. Mnie się wydaje, że on ci podkradł prezent.

              - Co ty opowiadasz?

              - Bo ten prezent co on mi dał to ja widziałem wczoraj na szafie. Poznałem po opakowaniu. Ty go tam położyłaś.

              - Nie, coś ty, To chyba elfy. Przecież wiesz, że Mikołaj daje prezenty wszystkim grzecznym dzieciom. To bardzo dużo i nie zmieściłyby się w nawet w takim wielkim worku. Elfy pomagają Mikołajowi i myślę, że wcześniej dostarczają prezenty do domów dzieci, a Mikołaj je stamtąd pakuje do worka i rozdaje.

              - Mnie się wydaje, że Mikołaj nie jest prawdziwy. – powiedział Krzyś. – Wszędzie jest – w dużych sklepach, w przedszkolach i w domach. I za każdym razem wygląda trochę inaczej.

              - To prawda, że niektórzy ludzie udają Mikołaja po to aby zrobić innym, a zwłaszcza dzieciom, przyjemność. Ale to nie znaczy, że prawdziwego Mikołaja nie ma. Wielu chłopców nosi koszulki piłkarskie z napisem „Messi” na plecach. Oczywiście, żaden z nich nie jest  Messim, ale to nie znaczy, że prawdziwy Messi nie istnieje. Trzeba wierzyć, że istnieje prawdziwy Mikołaj. Bo jeśli wierzysz w Mikołaja to wierzysz w to, że nie jest dobrze gromadzić bogactwo tylko dla siebie. Kiedy wierzysz w Mikołaja to wierzysz, że prawdziwym szczęściem jest dzielenie się tym co masz z innymi i dawanie dzieciom radości. Dlatego, Krzysiu, wierz zawsze w prawdziwego Mikołaja bo jeśli w niego wierzysz, to wierzysz, że na świecie jest więcej dobra niż zła.