niedziela, 14 czerwca 2026

Toń

 

Toń

              Zawsze się zastanawiał jak to możliwe, że woda w Morzu Śródziemnym jest tak przejrzysta.  Wszystko jedno czy wybierał się na wakacje do Chorwacji, czy do Grecji woda zawsze była jak kryształ.  Na zdrowy rozum, ciepło i dużo światła słonecznego powinno sprzyjać rozwojowi glonów i wodorostów.  Dla porównania w takim Bałtyku, w którym woda jest zawsze chłodniejsza, a słońce ogrzewa ją słabiej, wystarczy kilka cieplejszych dni aby zakwitały sinice albo pojawiły się w dużych ilościach inne niezbyt przyjemne wodne rośliny. Zresztą nawet poza tym okresem woda zawsze jest mętnawa i zawiera zawiesinę zielonkawego planktonu.  Jedyne racjonalne wytłumaczenie, jakie przychodziło mu do głowy to kwestia zasolenia. Być może obecność soli, której w Morzy Śródziemnym jest znacznie więcej niż w Bałtyku zapobiega namnażaniu się wodorostów.

              Niezależnie od przyczyn tej niezwykłej przejrzystości wody, podczas wakacji korzystał z niej nurkując ile się da. Nie używał żadnych akwalungów. Zakładał jedynie maskę, dzięki której mógł wyraźnie widzieć podwodny świat. Do tego nurkowania przygotowywał się przez cały rok ćwicząc wstrzymywanie oddechu. Najłatwiej było to robić podczas oglądania meczów piłkarskich, kiedy w lewym górnym rogu ekrany pokazywane były upływające minuty i sekundy. Oddychał kilka razy intensywnie aby dotlenić płuca, a następnie, kiedy zegar na ekranie pokazywał okrągłą minutę, wstrzymywał oddech i obserwował upływ czasu. Z początku wytrzymywał na bezdechu niespełna dwie minuty, ale ćwiczenia przynosiły pewien efekt. Po miesiącach treningu doszedł do tego, że mógł bez żądnych problemów nie oddychać przez dwie i pół minuty. Po tym czasie zaczynał odczuwać ból w płucach. Organizm coraz intensywniej domagał się nowej dawki tlenu. Siłą woli, pokonując ból, był w stanie dotrwać do trzech minut. Później zaczynał odczuwać problemy z głową. Ciemniało mu w oczach, myśli zaczynały mu się plątać, był bliski utraty przytomności. Musiał wziąć oddech. Słyszał, że istnieją nurkowie, który potrafią wytrzymać bez oddychania znacznie dłużej, lecz on pomimo ćwiczeń nie był w stanie przekroczyć trzech minut i kilkunastu sekund. Być może po prostu nie wiedział jak należy trenować bezdech, a jego metoda była zbyt prosta i nieskuteczna. A może była to kwestia predyspozycji. Po prostu jedni mają wrodzone zdolności do długiego wstrzymywania oddechu, a inni nie.     W każdym razie, te ćwiczenia pozwoliły mu poznać swój organizm i jego możliwości, a zwłaszcza nauczyć się rozpoznawać sygnały, którymi ciało sygnalizowało, że zbliża się do granicy swojej wytrzymałości i  dłużej bez nowej porcji powietrza już nie wytrzyma.

              Tego roku zdecydował się na wakacje na jednej z greckich wysp. Nie było tam rajskich, piaszczystych plaż, takich jakie pokazuje się na zdjęciach w folderach reklamujących egzotyczne wakacje. Plaże na tej wyspie były żwirowe  i niezbyt długie, położone pomiędzy skalistymi przylądkami. Do morza wchodziło się mało wygodnie, bo można było natrafić na ostre kamienie. Za to gdy się już weszło na głęboką wodę, to morze dostarczało niezapomnianych wrażeń. Gdy tylko zanurzył głowę mógł podziwiać bogactwo podwodnego świata. Woda w dziwny sposób skracała odległości. Kiedy spoglądał na dno wydawało się w zasięgu ręki. Pozornie wystarczyło wyciągnąć dłoń aby złapać muszlę lub kamyk. Tymczasem, gdy nurkował, okazywało się, że głębokość wynosi ładnych kilka metrów i należało się sporo namachać ramionami aby dopłynąć do dna.  Gdy już do niego dotarł starał się pozostać na głębokości jak najdłużej i nacieszyć się widokami jakie tam się rozpościerały. Dopiero gdy ból w piersiach i zawroty głowy stawały się nieznośne wypływał na powierzchnię aby wziąć oddech. Pod wodą zazwyczaj pływał wzdłuż dna, starając się obserwować muszle i różnorakie morskie stworzenia. Koncentrował wzrok na tym co znajdowało się w bezpośredniej bliskości. Dopiero gdy organizm domagał się nowej porcji powietrza, płynąc w górę miał okazję rozejrzeć się szerzej. Przejrzysta woda pozwalała widzieć co się dzieje w całej zatoce pod ruchliwą powierzchnią morza, w którą wplatały się migotliwe promienie słońca. Pewnego razu wynurzając się spostrzegł w oddali sylwetkę pływaka. Mężczyzna w niebieskich szortach płynął kraulem. Widać było kopiące wodę nogi i regularnie wynurzające się i zanurzające ramiona. Nagle w pobliżu pojawił się opływowy kształt z trójkątną płetwą na grzbiecie. Rzucił się w kierunku pływaka. Woda wokół zabarwiła się na czerwono.

              Przerażony nurek najszybciej jak mógł popłynął do brzegu. Wychodząc z wody krzyczał do siedzącego na swojej wieżyczce ratownika:

              - Na pomoc! Rekin zaatakował człowieka!

              - Gdzie? – zapytał zaskoczony ratownik.

              Mężczyzna wskazał w kierunku gdzie, jak mu się wydawało, dostrzegł przed chwilą rozgrywający się dramat.

              - Niemożliwe. – powiedział ratownik. – Tu nie ma rekinów. Zresztą nawet gdyby jakiś się tu zjawił i kogoś zaatakował to musiałbym to dostrzec. Przez cały czas obserwuję z góry zatokę. Niech mi pan wierzy. Nic się nie stało. Musiało się panu przywidzieć.

              Mocno zdezorientowany spojrzał w kierunku morza. Zatoka był doskonale widoczna. Jej powierzchnia była spokojna i nic nie wskazywało aby rozegrały się tu jakieś dramatyczne wydarzenia.  Zdał sobie sprawę, że atak rekina widział w momencie gdy wypływał na powierzchnię na resztkach tlenu, gdy mózg zaczynał już dziwnie funkcjonować. Prawdopodobnie, na skutek bezdechu miał jakieś halucynacje.

              Pogodził się z takim wytłumaczeniem ale wieczorem gdy spojrzał w internet aby sprawdzić co się dzieje na świecie spostrzegł wiadomość zatytułowaną „Atak rekina na turystę w egipskim kurorcie nad Morzem Czerwonym”. Dziwny zbieg okoliczności. Mimo niezwykłej przejrzystości wody nie mógł przecież widzieć scen rozgrywających się na Morzu Czerwonym od którego dzieliły go setki kilometrów i kanał sueski.

              Następnego dnia zapomniał już o tej historii i ponownie cieszył się nurkowaniem. Gdy po raz kolejny wynurzał się z kilkumetrowej głębokości spojrzał w odległą morską toń. Zobaczył spód kadłuba jakiegoś statku. Widział obracającą się śrubę napędową zostawiająca spieniony ślad na powierzchni. Statek zmierzał w kierunku ukrytej pod powierzchnią skały. Uderzył w nią z pełną prędkości i obrócił się na bok. Do wody zaczęły wpadać ludzkie sylwetki. Kiedy wynurzył się na powierzchnię i rozejrzał po morzu, żadnego tonącego statku nie widział. Tym razem nawet nie alarmował ratownika bo było jasne, że gdyby katastrofa zdarzyła się w tej zatoce to wszyscy musieliby ją zauważyć. Zatem znowu musiały to być wizje powstałe w jego  niedotlenionym mózgu. Tym niemniej wieczorem sprawdził internet. Nawet się specjalnie nie zdziwił gdy znalazł wiadomość o promie, który w Indonezji wpadł na skałę i zatonął zabierając ze sobą na dno wielu pasażerów. Było jasne, że z tej greckiej wyspy nie mógł widzieć wydarzeń w Indonezji, która znajdowała się jeszcze dalej niż Morze Czerwone. Jednak kolejny taki zbieg okoliczności dawał do myślenia.

              Następnego dnia nurkował jak zwykle. W trakcie jednego z wynurzeń oderwał wzrok od dna i spojrzał w odległą morską toń. Dojrzał płynącą dziewczynę ubraną w granatowy jednoczęściowy kostium. Była bardzo zgrabna i poruszała się w wodzie z wielką gracją. Nie widział jej twarzy, a jedynie poruszające się w wodzie wokół szyi długie włosy. Spoglądał na nią z zachwytem podziwiając jej sylwetkę i piękne, harmonijne ruchy. Dopiero intensywny ból płuc zmusił go do oderwania wzroku i wysunięcia głowy ponad wodę. Spojrzał w kierunku gdzie powinna znajdować się płynąca dziewczyna ale nikogo tam nie było. Nie zdziwiło go to. Czuł jednak, że ona naprawdę istnieje i pływa w tej chwili w jakimś odległym morzu. Wierzył, że kiedyś ją spotka.

piątek, 15 maja 2026

Transfer energii

 

Transfer energii

              Profesor swoją pozycję w świecie nauki zawdzięczał systematyczności i pracowitości. Codziennie po powrocie z uczelni zjadał w domu obiad, a następnie poświęcał dwie godziny na relaks. W zależności od pogody udawał się na spacer lub, gdy aura na to nie pozwalała, czytał coś lekkiego. Uważał, że nie jest to czas stracony gdyż mózg zasługuje na regenerację, a gdyby pracować bez przerwy to mogłoby to odbyć się  ze szkodą dla kreatywności. Natomiast wieczorem nie marnował czasu na telewizję czy inne rozrywki lecz wracał do pracy.

              Na dziś zaplanował zajęcie się pracą doktorską, którą otrzymał do recenzji. Przeczytał uważnie cały tekst, posprawdzał czy zgadzają się przywołane pozycje literatury i przeanalizował wnioski. Doszedł do wniosku, że rozprawa jest napisana przyzwoicie i zgodnie z zasadami obowiązującymi w nauce. Autor wykazał, że posiada wymaganą wiedzę i posługuje się prawidłowym warsztatem naukowym. W przygotowanie i napisanie doktoratu włożył  sporo pracy. Profesor uznał jednak, że żadnego przełomu w nauce to nie przyniesie. Rozprawa miała przyzwoity poziom ale tylko tyle. Autora można było dopuścić do obrony pracy ale na specjalne wyróżnienie to nie zasługiwało. Profesor w tym duchu zamierzał napisać recenzję, ale dopiero kolejnego dnia.  W trakcie swojej kariery akademickiej nauczył się aby nie formułować żadnych wniosków zbyt pochopnie. Wielu kolegów, którzy wyrażali poglądy bez uprzedniego starannego przemyślenia sprawy naraziło się na uszczypliwości lub drwiny. Profesor, zgodnie ze swoim zwyczajem, postanowił przelać na papier wnioski, do jakich doszedł dopiero po przespaniu sprawy.

              Jak co dzień położył się spać przed północą, z poczuciem satysfakcji, że nie zmarnował minionego dnia.  Zapadł w sen szybko. Nie dane mu jednak było spać spokojnie do rana, gdyż pośrodku ciemnej nocy obudził go dźwięk telefonu.  W słuchawce usłyszał nieznajomy, podekscytowany głos:

              - Panie profesorze, musi mi pan pomóc zażegnać niebezpieczeństwo. Mnie nie uwierzą,   ale jeśli wesprze mnie pan swoim autorytetem to być może świat uniknie najgorszego.

              Profesor, wciąż zaspany, nie zdołał przerwać i zapytać kto właściwie dzwoni , gdyż rozmówca głośno i z ekscytacją mówił dalej:

              -Zajmuję się badaniem wzajemnego oddziaływanie promieniowania elektromagnetycznego i zjawisk występujących w atmosferze ziemskiej. Promieniowanie elektromagnetyczne pochodzące od Słońca dostarcza atmosferze energii. Jak pan doskonale wie, przepływ powietrza i ciepła w atmosferze opisują nieliniowe cząstkowe równania różniczkowe. Ponieważ są nieliniowe to opisywane przez nie zjawiska są niestabilne. Energia słoneczna napływa do Ziemi równomiernie, ze stałą intensywnością i z tego samego kierunku. Wobec tego, na zdrowy rozum, rozkład wiatru i temperatury w atmosferze też powinien być równomierny. Wiatr powinien wiać stale w tę samą stronę, a temperatura powinna w sposób  ustalony maleć od równika w kierunku biegunów. Jednak tak nie jest, ze względu na  nieliniowość równań. Wiatry wieją w różnych kierunkach i z różną prędkością, a temperatura zmienia się chaotycznie.  Na szczęście ta niestabilność jest ograniczona gdyż w atmosferze energia jest rozpraszana i zjawiska podlegają tłumieniu. Huragany się pojawiają ale ich prędkość osiąga góra dwieście kilometrów na godzinę. A przecież energii słonecznej starczyłoby aby rozpędzić masy powietrza do znacznie większych prędkości. Pomimo tego, wszystkie zjawiska w atmosferze mają ograniczoną intensywność i z czasem zanikają. Każdy huragan kiedyś wygasa. To znaczy, do tej pory tak było. Niestety, analizując związki równań opisujących pole elektromagnetyczne, czyli równań Maxwella i równań opisujących ruch atmosfery, czyli równań Naviera-Stokesa doszedłem do wniosku, że możliwy jest bardzo niebezpieczny transfer energii, który spowoduje niestabilność atmosfery. Z jednej strony energia zgromadzona w atmosferze może wpływać na częstotliwość fal elektromagnetycznych. Inaczej mówiąc, mogą ulec zmianie kolory jakie znamy. Na przykład niebo stanie się zielone. Z drugiej strony, fale elektromagnetyczne mogą spowodować niekontrolowany wzrost prędkości wiatrów do katastrofalnych rozmiarów. Grożą nam huragany wiejące z prędkością ponaddźwiękową i mające niszczycielską siłę. Żeby uratować planetę należy zbudować gigantyczne stabilizatory. To się wiąże z ogromnymi nakładami finansowymi. Mnie nikt nie uwierzy. Politycy nie wezmą moich ostrzeżeń na poważnie. Pan to co innego. Pan ma wielki autorytet. Może dzięki temu uda się ocalić nasz świat. Możliwość wystąpienia groźnych zjawisk, o których mówię pan też do pewnego stopnia przewidział, chociaż nie do końca. Mam na myśli referat, jaki pan przedstawił na konferencji w 1993 roku. Czytałem te materiały konferencyjne i w pana artykule można znaleźć…

              Profesor wreszcie do reszty  wybudził się ze snu i postanowił przerwać ten słowotok.

              - Panie kolego, ja uczestniczyłem w setkach konferencji i nie pamiętam co napisałem w 1993 roku. Zwłaszcza trudno mi to sobie przypomnieć pośrodku nocy. Niech mi pan da spać. Planeta chyba wytrzyma do rana. Jurto pan na spokojnie wyłoży o co chodzi, najlepiej na piśmie.

              Profesor przerwał połączenie. Kiedy po chwili telefon zadzwonił ponownie, odrzucił rozmowę i zablokował numer.  Starał się zapomnieć o tej dziwnej historii i ponownie zasnąć. Po kilku minutach mu się udało. Budzik, jak zwykle, obudził go o siódmej rano. Profesor, przez chwilę leżał jeszcze w łóżku czekając aż ustąpią resztki senności. Przypomniał sobie nocną rozmowę telefoniczną i uznał, że musiało mu się to przyśnić. Pewnie było to spowodowane wczorajszymi refleksjami nad recenzowanym doktoratem. Mimo woli, profesor uznał, że sen miał związek z marzeniami, które żywił na początku swojej kariery naukowej. Wierzył wtedy, że dokona jakiegoś przełomu w nauce, że tak jak Kopernik wyjaśnił ludziom jak  zbudowany jest układ planetarny, że tak jak Newton wytłumaczył czemu przedmioty spadają, tak i on wyjaśni ludzkości istotę jakiegoś zjawiska i przejdzie do historii nauki. Niestety, z czasem marzenia zgasły w naukowej, codziennej  rzeczywistości. Zaczęło się liczenie publikacji oraz ich cytowań. Ważniejsza stała się ich ilość niż treść. Profesor niechętnie musiał na swój użytek przyznać, że większość jego prac była jak ten recenzowany doktorat – opracowanych prawidłowo pod względem warsztatowym lecz nie wnoszących wiele nowego w rozwój nauki. Jednak te marzenia wciąż tkwiły gdzieś w tyle głowy i wyszły z ukrycia w tym śnie o szalonym naukowcu donoszącym o przerażających, przełomowych odkryciach.

              Profesor wstał z łóżka, wziął do ręki leżący obok telefon. Spojrzał na ekranik, W historii połączeń była rozmowa o godzinie trzeciej czterdzieści siedem, a kilka minut później odrzucone kolejne przychodzące połączenie. Profesor pokręcił głową z niedowierzaniem. Zatem to nie był sen? Rzeczywiście jakiś wariat chciał ratować świat przed czwartą rano?

              Profesor odsłonił żaluzję na oknie i wyjrzał na zewnątrz. Na zielonym niebie świeciło fioletowe słońce, którego promienie padały na różowe liście drzew.

środa, 15 kwietnia 2026

Huragan

 

Huragan

              W wieku sześćdziesięciu lat doszedł do wniosku, że w życiu zarobił już dość pieniędzy, że pora aby z nich skorzystać i zacząć spełniać marzenia. O takim rejsie marzył od kilkudziesięciu lat, od kiedy po raz pierwszy znalazł się na pokładzie wynajętej łódki i doznał tego trudnego do opisania uczucia, jakie ogarnia człowieka gdy żagle idą w górę, łapią wiatr, a łódź pochyla się i i zaczyna rozcinać ton wody.

              Nie należał do ludzi, którym się wydaje, że bezpieczeństwo można kupić za pieniądze. Przygotowywał się do wymarzonego rejsu przez lata. Odbył szereg kursów żeglarskich, poznawał tajniki nawigacji, pływał jako załogant na cudzych jachtach nabierając praktyki. Był w pełni przygotowany do samotnej żeglugi. Kupując jacht starał się zachować złoty środek. Nie szukał żadnego technologicznego potwora zbudowanego z kompozytów po to aby wygrywać prestiżowe regaty. Z drugiej strony zadbał o to aby jego łódź była wyposażona we wszystkie zdobyczy techniki, które nie służyły przekraczaniu granic bezpieczeństwa, lecz to bezpieczeństwo zapewniały.

              Plan rejsu był następujący – najpierw samotne przejście przez Atlantyk w kierunku Karaibów, a następnie wielotygodniowe żeglowanie pomiędzy wyspami. Pierwsza część była wymagająca. Z oceanem nigdy nie ma żartów. Natomiast drugi etap  miał być nagrodą, luźną włóczęgą, czystą przyjemnością bez nadmiernego ryzyka.  Plan przewidywał start w sierpniu, przed jesiennym sezonem tornad.

              Niestety, w dobie zmian klimatycznych tornada nie zawsze trzymają się przewidzianych dla nich sezonów. Gdy był pośrodku oceanu odebrał alert pogodowy mówiący, że od Haiti wędruje cyklon, który tego roku pojawił się szybciej niż można było oczekiwać. Przeanalizował mapy, wykonał obliczenia i doszedł do wniosku, że jeśli zmieni kurs o dwadzieścia stopni ku północy to zdąży uciec przed żywiołem, który do tego czasu powinien już nieco wytracić swą niszczycielską moc.  Zamiar był dobry, zgodny z praktyką żeglarską i pewnie by się powiódł gdyby orkan przesuwał się z zgodnie z przewidywaniami. Jednak jakaś pechowa kombinacja wyżów i niżów sprawiła, że nie osłabł i również zboczył ku północy.

              Samotny żeglarz zrozumiał, że huraganu nie da się uniknąć. Należało wykorzystać krótki czas jaki pozostał do jego uderzenia aby przygotować jacht. Pousuwał z pokładu i pozabezpieczał wszystko co można. Założył liny sztormowe, których można będzie się trzymać gdyby zaszła potrzeba wykonania jakichś prac na pokładzie. Zrobił co było można aby takie prace nie były konieczne.  Miał nadzieję, że ominie największą furię żywiołu. Obliczenia wskazywały, że dosięgnie go jedynie obrzeże orkanu, więc planował sztormować ostro pod wiatr i pod falę kursem, który doprowadzi go na bezpieczny akwen jedynie zahaczając o huragan. Zdjął i zabezpieczył wszystkie żagle, pozostawił jedynie zrefowany do minimalnej wielkości grot. Na wszelki wypadek podał przez radio swoją pozycję i pozostało już tylko czekać.

              Nad horyzontem pojawiło się coś w rodzaju mgły, lecz nie mlecznobiałej, a raczej szaroniebieskiej. Zjawisko przybliżało się w szybkim tempie obejmując coraz większą powierzchnię nieba. Uderzył pierwszy szkwał porywający pianę z powierzchni oceanu. Zrefowany grot jęknął, jacht odchylił się i zaczął uderzać dziobem w nadchodzące fale.  Siła wiatru rosła z każdą chwilą. Każda  z fal była wyższa od poprzedniej.  Wkrótce zamieniły się w góry wodne sięgające powyżej  topu masztu. Jacht początkowo wspinał się na nie. Przychodziło mu to z coraz większym trudem. Wreszcie jedna z fal runęła na pokład i zerwała zrefowany grot. Maszt jakimś cudem ocalał i nadal sterczał ponad pokładem. Sztormowanie pod wiatr nie było dłużej możliwe. Siła huraganu była zbyt wielka. Żeglarz nadludzkim wysiłkiem, ledwo unikając zmycia za burtę przez fale, przedostał się na dziób i  zdołał postawić sztormowy fok o powierzchni niewiele większej od chustki do nosa. Żagielek wypełnił się huraganowym wiatrem. Przez chwilę wydawało się, że wywrotka jest nieuchronna.  Jednak pracujący fok pociągnął dziób jachtu i ustawił go rufą do wiatru i fali.  Nie chodziło już o utrzymanie jakiegokolwiek kursu. Chodziło już tylko o przetrwanie. Jacht płynąc z wiatrem miał większe szanse. Fale doganiały go, unosiły ale nie atakowały z taką furią jak uderzające od dziobu.

              Żeglarz stał w kokpicie za sterem walcząc o to aby utrzymać łódź w linii wiatru. Ustawienie się bokiem do fali oznaczałoby koniec. Miał nadzieję, że starczy mu sił do czasu gdy huragan osłabnie. Walka z żywiołem trwała już wiele godzin. Zaczynał odczuwać oznaki wyczerpania. Nie było mowy o chwili odpoczynku, ani o żadnym posiłku czy chociażby łyku czegoś rozgrzewającego.

              W pewnym momencie chmury się rozeszły i wyjrzał zza nich księżyc.  Gwałtowne porywy wiatru nie słabły lecz niosły dźwięki muzyki. Żeglarz odwrócił głowę i ujrzał zbliżający się statek. Płynął szybko i mijał jacht. Huragan zdawał się go nie sięgać. Czarny kadłub ostrym dziobem rozcinał wzburzone fale. Wyżej widniały białe nadbudówki, a ponad nimi cztery żółte kominy, z których unosiły się kłęby dymu. Transatlantyk majestatycznie mijał jacht. Z jego pokładu dobiegały dostojne dźwięki angielskiego walca granego przez orkiestrę. Po górnym pokładzie, ignorując żywioł, spacerowały panie w zdobnych kapeluszach i panowie odziani we fraki. Kiedy statek wyprzedził jacht na jego rufie dało się dostrzec napis „Titanic”. *

              Od rufy napływała kolejna jednostka. Był to wielki okręt liniowy, wyglądający jak szara, stalowa góra, której sztormowe fale się nie imały. Ponad dziobem, skierowane poziomo w przód leżały równolegle do pokładu potężne lufy artylerii głównej. Śródokręcie najeżone było  bateriami dział średniego kalibru. Nad okrętem górowała nadbudówka zwieńczona mostkiem kapitańskim i dalmierzami artyleryjskimi. Na kadłubie widniała nazwa „Hood”. **

              Spośród wzburzonych fal wyłaniały się kolejne statki.  Obok jachtu przepływał piękny, elegancki, malowany na biało liniowiec  pasażerski o nazwie „Andrea Doria”. *** Za nim podążał prom „Jan Heweliusz”,**** bardziej prostokątny , nie projektowany do imponowania sylwetką lecz do mozolnej pracy przy przewozie setek ciężarówek.

              Wszystkie te statki sunęły majestatycznie, jakby szalejący huragan nie mógł ich dosięgnąć.  Z nieba zniknęły chmury i ukazały się gwiazdy, ten odwieczny GPS, który od zawsze wskazywał drogę ludziom morza. Żeglarz na pokładzie swego jachtu zrozumiał, że nie liczy się już żaden port przeznaczenia. Wiedział, że musi wyruszyć szlakiem wyznaczonym przez mijające go statki, w ślad za tymi co go poprzedziły, a przed tymi, co popłyną za nim.

 

* „Titanic” – angielski transatlantyk, zatonął na Atlantyku po zderzeniu z górą lodową 15 kwietnia 1912 r.

** „Hood” – brytyjski okręt liniowy zatopiony 24 maja 1941 roku w Cieśninie Duńskiej pomiędzy Islandią a Grenlandią w wyniku walki z niemieckim pancernikiem „Bismarck”

*** „Andrea Doria” – włoski transatlantyk zatonął 26 lipca 1956 roku u wybrzeża USA w wyniku zderzenia ze szwedzkim statkiem „Stockholm”.

**** „Jan Heweliusz” – polski prom pasażersko-towarowy zatonął 14 stycznia 1993 roku na Bałtyku podczas sztormu.