czwartek, 15 stycznia 2026

Snieżyca

 

Śnieżyca

              Marek i Adam kochali góry. Kochali i szanowali. Traktowali je z należnym respektem. Z całą pewnością nie należeli do niedzielnych turystów, którzy potrafią wybrać się w Tatry w klapkach, ani do nieodpowiedzialnych szaleńców, którzy dla większego zasięgu na portalach społecznościowych decydują się zimą zdobywać góry w samych szortach.

              Tradycyjnie, co roku aby poprawić kondycję po świątecznym lenistwie, z początkiem stycznia organizowali zimową wyprawę na Babią Górę. Wiedzieli, że z tym szczytem nie ma żartów, więc przygotowali się jak należy. Zadbali o odzież chroniącą przed mrozem i wiatrem, o buty wyposażone w raki, wzięli do plecaków ciepłą herbatę w termosach i zapas prowiantu. Sprawdzili prognozę pogody aby upewnić się, że będą warunki dla bezpiecznej wspinaczki.  Tyle tylko, że prognozy pogody sprawdzają się średnio w 92 procentach, czym chwalą się co tydzień telewizyjni prezenterzy. Niestety, ten dzień, na jaki zaplanowali wyprawę miał się zaliczać do pozostałych ośmiu procent. Jedyny błąd Marka i Adama polegał na tym, że ograniczyli się do sprawdzenia prognozy poprzedniego dnia, a nie powtórzyli tego rano przed wyruszeniem w trasę. Tłumaczy ich to, że wyruszali na długo przed świtem, tak aby w tym samym dniu zdążyć na szczyt i z powrotem jeszcze przed nocą. Wyjechali z domu w głębokich ciemnościach, a kiedy zostawiali samochód na parkingu na przełęczy niebo na wschodzie dopiero zaczęło lekko się rozjaśniać. Nie wiedzieli zatem, że z wielką prędkością zbliża się front atmosferyczny niosący ciężkie, śniegowe chmury, który tej nocy niespodziewanie nadszedł od północnego zachodu. Na nizinach ciemne zwały chmur dałoby się dostrzec już na horyzoncie. Z otoczonej górami przełęczy nie było ich jednak widać, więc Marek i Adam wyruszyli w kierunku szczytu z przekonaniem, że czeka ich wspinaczka pośród ładnej zimowej pogody, słonecznej, lekko mroźnej i bezwietrznej.

              Front dopadł ich z zaskoczenia gdy byli już niemal w połowie drogi. Najpierw dał o sobie znać gwałtownymi porywami  wiatru. Chwilę później spoza sąsiednich gór wyłoniły się ołowiane, szybko przesuwające się po niebie chmury niosące gwałtowną śnieżycę. Wiatr wył tak intensywnie, że trudno było się nawzajem usłyszeć nawet z najbliższej odległości. Aby się porozumieć pomagali sobie gestykulacją.

              - Co robimy? – zapytał Marek – Wracamy?

              - Nie. – odkrzyknął Adam po chwili namysłu. – Wieje tak mocno od dołu, że trudno byłoby schodzić pod ten wiatr. Chodźmy do schroniska. Będzie nam wiało w plecy. W schronisku przeczekamy tę nawałnicę.

              Marek zgodził się z tą propozycją. Aby nie przekrzykiwać wiatru skinął jedynie głową i wskazał wyciągniętą ręką w górę, w kierunku szczytu.

              Warunki pogodowe pogarszały się z każdą minutą. Zaczął padać gęsty śnieg. Niesiony wiatrem leciał niemal poziomo. Zadymka była tak intensywna, że widoczność spadła do kilku metrów. Trudno było utrzymać się na szlaku. O znakach go wyznaczających, malowanych na pniach drzew i kamieniach można było zapomnieć bo szybko zostały oblepione śniegiem.  Marek i Adam chodzili tą trasą co roku więc znali ją dobrze, ale w tych warunkach nawet oni zaczęli tracić orientację. Temperatura gwałtownie spadała, a wiatr uprzednio wiejący regularnie od północnego zachodu zaczął zmieniać kierunki. W ślad za nim śnieg nadlatywał z coraz to innej strony. Silna wichura powodowała, że odczuwalna temperatura była o wiele niższa niż wskazywał termometr. Nawet solidna odzież okazywała się niewystarczająca. Nieosłonięty nos i policzki Marka atakowane były przez niesione wiatrem kryształki lodu działające jak papier ścierny.  Skóra bolała jak kłuta igłami. To nie było jeszcze wszystko. Najgorsze miało dopiero nadejść. Marek stopniowo przestał odczuwać ból. Świadczyło to o postępującym odmrożeniu. Sparaliżowane mrozem nerwy przestawały informować mózg o zagrożeniu.

              - Znajdźmy jakieś schronienie i przeczekajmy tę nawałnicę. – Marek wykrzyczał do Adama.

              - Nie. – odkrzyknął w odpowiedzi Adam. – Jesteśmy na grani, w otwartym terenie. Tu nie znajdziemy żadnej bezpiecznej kryjówki. Musimy iść bo jeśli się zatrzymamy to zamarzniemy w jakiejś zaspie i znajdą nas dopiero wiosną, po odwilży.

              - Dokąd iść? W tej zadymce nie widać szlaku.

              - Pod górę. Byle być w ruchu. Byle nie zamarznąć.

              Z uporem brnęli w śniegu. Starali się trzymać razem ale nie było to łatwe bo śnieżyca nie słabła, przeciwnie gęstniała i nabierała mocy. Momentami nie było widać dalej niż na metr. Marek postanowił złapać się idącego za nim Adama gdyż obawiał się, że inaczej rozdzielą się i zgubią pośród zadymki. Było już jednak za późno. Obrócił się i wyciągnął przed siebie ręce, ale nie sięgnął kolegi. Ogarnęła go fala paniki. Gdzie on jest? Szedł tuż za mną. Chyba mnie nie wyprzedził w tej śnieżycy? Raczej nie. Marek zaczął powoli wracać starając się pośród śniegu wypatrzeć towarzysza wyprawy lub wymacać go wyciągniętymi ramionami. Adama jednak nie było. Marek na chwilę zatrzymał się z obawy, że miną się idąc w różnych kierunkach i ostatecznie zgubią. Zastanawiał się gorączkowo co mógł zrobić idący za nim Adam kiedy zorientował się, że stracili kontakt. Chyba nie zawrócił skoro wiedział, że byłem z przodu? Raczej starałby się mnie dogonić, więc nie ma sensu abym schodził w dół. Ale co jeśli on upadł i leży w śniegu gdzieś niżej? Przez chwilę pomyślał o tym aby szukać śladów na śniegu, ale miało to szans powodzenia bo wiatr błyskawicznie zawiewał wszelkie tropy. Krzyki też nic nie dawały, gdyż wycie wichury skutecznie je zagłuszało. Marek z przerażeniem zaczął się godzić z myślą, że nie odnajdzie Adama w tych warunkach i każdy z nich będzie musiał się ratować na własną rękę. Chyba najlepiej będzie ruszyć w górę, starać się dotrzeć na własną rękę do schroniska i zawiadomić ratowników górskich, że kolega został na szlaku.

              Marek na nowo podjął wspinaczkę w kierunku szczytu lecz czuł, że siły go opuszczają. W pewnej chwili zachwiał się. W tym samym momencie nadleciał jeszcze bardziej gwałtowny powiew wichury i przewrócił go. Poturlał się kilka metrów po zboczu aż zapadł w jakieś zagłębienie. Niesiony wiatrem śnieg szybko go przykrył.

              Kiedy Marek otworzył oczy była piękna pogoda. Wiatr ucichł. Świeciło słońce powodując, że śnieg skrzył się pięknie w jego promieniach. Marek rozejrzał się wokół. Nie poznał dobrze sobie znanego szlaku na Babią Górę.  Teren łagodnie się wznosił ku szczytowi sponad którego rozbłyskało słońce.

              - Czyżbym zabłądził w tej śnieżycy? – pomyślał. – Odszedłem tak daleko?

              Spostrzegł, że szlakiem pod górę wolno wspinają się jacyś ludzie.

              - Przepraszam! – zawołał do nich Marek. – Gdzie ja jestem? Co to za szlak? Dokąd prowadzi?

              Tamci nie zareagowali. Szli wolno wpatrzeni w górę, przed siebie, mijając go tak, jakby go nie dostrzegali.

              Marek więcej nie pytał. Powoli ruszył w górę, ku światłu.  

             

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Wizyta świętego Mikołaja

 

Wizyta świętego Mikołaja

              - Pokaż, na której przegródce jest numer pięć ? – zapytała mama pięcioletniego Krzysia.

              Chłopiec uważnie przyjrzał się zawieszonemu na ścianie kalendarzowi adwentowemu i triumfalnie zawołał wskazując paluszkiem:

              - Tutaj!

              - Brawo! – pochwaliła go mama. – teraz możesz otworzyć.

              Krzyś wyjął czekoladkę, odwinął z folii i włożył do buzi.

              - A teraz pomóż Frankowi znaleźć piątkę w jego kalendarzu. On ma dopiero niecałe trzy latka i sam nie zna cyferek tak dobrze jak ty.

              Krzyś odnalazł na kalendarzu  właściwą przegródkę i podał bratu czekoladkę.

              - Powiedzcie mi jaka jest następna cyfra po piątce? – zapytała mama.

              - Osiem! – wykrzyknął Franek.

              - Sześć! – poprawił go Krzyś.

              - A wiecie co to za dzień, szósty grudnia?

              - Cwaltek – oświadczył Franek.

              - Nie czwartek tylko sobota, ale nie o to mi chodziło. – powiedziała mama – Co się stanie tego dnia, czyli jutro?

              - Wiem! – wykrzyknął Krzyś. – Przyjdzie Mikołaj. Mamo, mamo czy on przyjedzie na saniach ciągniętych przez renifery i  wejdzie przez komin? Czy mamy zostawić na noc takie duże skarpetki koło kominka?

              - Mikołaj musiał trochę zmienić swoje zwyczaje. – powiedziała mama. – Widzicie jaka jest pogoda. U nas nie ma śniegu więc nie da się jeździć na saniach. Wobec tego Mikołaj, który musi przywieźć prezenty bardzo wielu dzieciom tej nocy objedzie na sankach kraje położone bardziej na  północ, gdzie jest zimno i leży śnieg. A do nas przyjdzie jutro za dnia. I nie będzie wchodził przez komin, bo Mikołaj ma duży brzuch, a nasz komin nie jest dość szeroki. Poza tym Mikołaj prosił żeby nie wieszać tych skarpetek. Były z tym problemy. Niektóre dzieci rozwieszały dziurawe skarpetki, prezenty spadały na podłogę i się tłukły, więc Mikołaj da wam podarunki prosto do rączek.

              Następnego dnia po powrocie z przedszkola Krzyś i Franek niecierpliwie oczekiwali na Mikołaja. Wreszcie rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy mama je otwarła do środka wkroczył ubrany w czerwony strój brzuchaty człowiek z bujną białą brodą i siwą czupryną, spod której spoglądały wesołe oczy.

              - Ho, ho, ho, ho. – zawołał niskim głosem. – Kogo my tu mamy? Jak masz na imię chłopczyku?

              - Krzyś.

              - A ty?

              Franek schował się za mamę.

              - Nie bój się. Powiedz jak się nazywasz. – namawiała mama.

              Jednak Franek nadal milczał przytulony do niej.

              - Zaraz, zaraz. – rzekł Mikołaj. – Mam tutaj przecież listy od wszystkich grzecznych dzieci, w których pisały jakie mam przynieść prezenty. W tym liście jest napisane, że brat Krzysia ma na imię Franek. Zgadza się?

              - Mamusiu, cemu Mikołaj ma takie same buty jak wujek Henio? – zapytał w tym momencie Franek.

              Mikołaj się zakrztusił.

              - Wiele osób  zimą nosi takie buty. – powiedziała mama.

              - A czy wy byliście grzeczni? – zapytał Mikołaj.

              - Taaak! – zawołali chórem Franek i Krzyś.

              - No to proszę! – Mikołaj sięgnął do worka z prezentami.

***

              Wieczorem, kiedy Franek położył się już spać Krzyś powiedział do mamy:

              - Ten Mikołaj był jakoś dziwny. Mnie się wydaje, że on ci podkradł prezent.

              - Co ty opowiadasz?

              - Bo ten prezent co on mi dał to ja widziałem wczoraj na szafie. Poznałem po opakowaniu. Ty go tam położyłaś.

              - Nie, coś ty, To chyba elfy. Przecież wiesz, że Mikołaj daje prezenty wszystkim grzecznym dzieciom. To bardzo dużo i nie zmieściłyby się w nawet w takim wielkim worku. Elfy pomagają Mikołajowi i myślę, że wcześniej dostarczają prezenty do domów dzieci, a Mikołaj je stamtąd pakuje do worka i rozdaje.

              - Mnie się wydaje, że Mikołaj nie jest prawdziwy. – powiedział Krzyś. – Wszędzie jest – w dużych sklepach, w przedszkolach i w domach. I za każdym razem wygląda trochę inaczej.

              - To prawda, że niektórzy ludzie udają Mikołaja po to aby zrobić innym, a zwłaszcza dzieciom, przyjemność. Ale to nie znaczy, że prawdziwego Mikołaja nie ma. Wielu chłopców nosi koszulki piłkarskie z napisem „Messi” na plecach. Oczywiście, żaden z nich nie jest  Messim, ale to nie znaczy, że prawdziwy Messi nie istnieje. Trzeba wierzyć, że istnieje prawdziwy Mikołaj. Bo jeśli wierzysz w Mikołaja to wierzysz w to, że nie jest dobrze gromadzić bogactwo tylko dla siebie. Kiedy wierzysz w Mikołaja to wierzysz, że prawdziwym szczęściem jest dzielenie się tym co masz z innymi i dawanie dzieciom radości. Dlatego, Krzysiu, wierz zawsze w prawdziwego Mikołaja bo jeśli w niego wierzysz, to wierzysz, że na świecie jest więcej dobra niż zła.

piątek, 14 listopada 2025

Willa

 

Willa

                Powiadają, że można zakochać się w jakimś budynku. To niezbyt trafny związek frazeologiczny, ale właśnie coś takiego przydarzyło się Tadeuszowi.  Po raz pierwszy ujrzał tę willę, gdy jako nastolatek włóczył się po peryferiach swojego miasta.  Była połowa października. Panowała piękna, jesienna pogoda. Złociste liście drzew kontrastowały z błękitnym niebem i tworzyły kobierce na trawnikach ogrodu otaczającego willę.  Jej jasne ściany były oświetlone jesiennym słońcem.  Nie potrafił określić co tak go urzekło w tym domu. Na pierwszy rzut oka wyglądał on na jakieś sto lat. Powstał pewnie  gdzieś pod koniec XIX wieku. Widać było, że ta willa została zbudowana dla jakiejś zamożnej rodziny. Zamożnej, lecz cechującej się dobrym gustem i nie odczuwającej potrzeby afiszowania się ze swoją zamożnością. W odróżnieniu o innych budynków z tego okresu willa nie posiadała nadmiernej ilości ozdób. Jej prostą bryłę rozcinały jedynie gzymsy pomiędzy piętrami i ryzalit ponad drzwiami wejściowymi ulokowanymi pośrodku fasady. Nakryta była czterospadowym, mansardowym dachem. Tadeusz dopiero później doszedł do wniosku, że od pierwszego wejrzenia zafascynowały go eleganckie proporcje budynku, który w jakiś dziwny sposób wydawał się jednocześnie solidny i lekki. Mimo, że wieku kilkunastu lat na ogół nie miewa się takich myśli, to już wtedy przeszło mu przez głowę, że chciałby kiedyś w tym domu zamieszkać z rodziną. Zdawał sobie sprawę, że zapewne będzie to niespełnione marzenie.

                Myśli o willi nie opuszczały go. W kolejnych latach wielokrotnie wybierał się na spacer w tę stronę aby ponownie spojrzeć na nią. Z czasem zauważył, że ten dom, chociaż piękny, jest jakiś dziwny. Powinien tętnić życiem, rozbłyskać światłami w oknach, a w ogrodzie powinny radośnie bawić się dzieci. Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Ogród był pusty i cichy, a światło, jeśli już to pojawiało się w jednym oknie. Tadeusz dyskretnie starał się zasięgnąć informacji o lokatorach willi. Ustalił, że mieszka w niej samotny starszy mężczyzna. Po kilku latach w willi zanikły na dobre nawet te mizerne oznaki życia. Budynek przez kilka lat stał ciemny, aż wreszcie został wystawiony na sprzedaż. Tadeusz zdawał sobie sprawę, że wciąż nie stać go taki zakup ale skontaktował się z biurem nieruchomości.  Zapytał o poprzednich właścicieli. Agent nie był skłonny aby o tym mówić ale przyciśnięty przyznał, że ostatni lokator zniknął w nieustalonych okolicznościach. Sąsiadów zaniepokoiła cisza panująca w willi. Powiadomili służby. W obawie, że starszy pan zamieszkujący dom zmarł zdecydowano włamać się do środka, lecz nikogo żywego ani umarłego wewnątrz nie znaleziono. Nieobecność lokatora była zbyt długa aby mogło chodzić o jakiś urlop czy podróż. Gdyby z jakiegoś powodu postanowił się wyprowadzić to raczej by kogoś poinformował, zostawił jakieś dyspozycje, a nie porzucał swojej willi na łaskę losu. Trudno było rozwikłać tę zagadkę. Przypuszczano, ze właściciel gdzieś wyjechał i w trakcie wyjazdu zginął tak, że nie odnaleziono jego ciała. Mógł się na przykład utopić w jakimś bagnie albo zabłądzić gdzieś w górskim, niedostępnym  lesie. Miał kilku dalekich krewnych, którzy po pewnym czasie wystąpili o uznanie go za zmarłego, co otworzyło im drogę do dziedziczenia willi. Ponieważ nie mogli się porozumieć co do jej podziału postanowili wystawić ją na sprzedaż i podzielić się pieniędzmi. Tadeusz poprosił agenta o pokazanie domu. Nawet jeśli go nie kupi to przynajmniej pozna wnętrze fascynującego go budynku.

                To wnętrze go zaskoczyło. O ile willa od zewnątrz wyglądała pogodnie, to w środku sprawiała zupełnie inne wrażenie. Nie można było mieć zastrzeżeń do ilości pomieszczeń. Było tam wszystko co trzeba, na parterze hol, kuchnia, jadalnia, salon i biblioteka, na piętrze sypialnie i pokoje dziecięce, a w mansardowym dachu dodatkowe pokoje gościnne. Do tego trzy łazienki. Dziwny był natomiast układ tych pomieszczeń. Prowadziły do nich dość kręte korytarzyki, sprawiające, że w tym wnętrzu można było się zgubić. Na dodatek hol i korytarze wyłożone były ciemną boazerią co powodowało, że układ wnętrza wydawał się jeszcze bardziej tajemniczy. Chodząc z  agentem nieruchomości po willi  kilka razy stracili orientację.  To wszystko Tadeusza nie zniechęcało. Nadal pragnął aby był to jego rodzinny dom. Niestety, tak jak przypuszczał, zakup willi przekraczał jego możliwości finansowe na tym etapie życia.  Dowiedział się, że kupił ją znacznie starszy od niego mężczyzna, który mówił, że zawsze marzył o zakupie tego domu. Tadeusz rozumiał go i zazdrościł mu. Postanowił nie rezygnować, tylko zacząć oszczędzać i jeśli willa ponownie zostanie zaoferowana na sprzedaż, obiecał sobie że tym razem ja kupi. Stało się to jego obsesją. Rzucił się w wir pracy, poświęcił wszystko inne dla tego celu i przyniosło to efekty. Po latach miał już spore oszczędności.

                Los mu sprzyjał. Po kilkunastu latach willa ponownie została wystawiona na sprzedaż. Co ciekawe historia się powtórzyła gdyż właściciel, tak jak poprzedni, też zniknął bez śladu. Tadeusza to nie zniechęciło. Nie oglądając powtórnie wnętrza zaakceptował  w biurze nieruchomości cenę nie próbując nawet się targować.  Gdy już zostały podpisane wszystkie dokumenty u notariusza wprowadził się do willi szczęśliwy, że jego młodzieńcze marzenie się spełniło. Co ciekawe, układ wnętrza wydał mu się nieco inny niż wtedy gdy oglądał dom podczas pierwszej próby zakupu.  Pamięć potrafi płatać figle. Ten układ był jednak naprawdę dziwny. Nawet po kilku tygodniach Tadeusz wciąż gubił się we własnym domu. Na przykład był przekonany, że ten korytarz prowadzi do biblioteki, bo niedawno tamtędy tam trafił. Tymczasem dziś idąc tą samą drogą znalazł się w jadalni.

                Jego szczęście ze spełnienia marzeń stopniowo gasło. Zaczynał rozumieć, że pracując przez tyle lat na zakup tej willi wiele nieuchronnie utracił. Przez to dorabianie się nie założył rodziny. Zrozumiał, że jest już za późno, że pokoje dziecinne na piętrze pozostaną puste, że wnętrza domu ani ogrodu nie wypełnią radosne dziecięce głosiki.  Chodził po pokojach i zakamarkach willi starając sobie przypomnieć, że niemal od zawsze o tym marzył, że niczego innego tak nie pragnął. Jednak teraz brakowało mu kogoś z kim mógłby dzielić się swoją radością.

                Któregoś dnia idąc po kolacji z jadalni do holu znów się zagubił. Tym razem nie chodziło o to, że jakiś korytarzyk poprowadził go w inne miejsce niż chciał.  W ogóle nie mógł wyjść z tego korytarzyka. Okazał się on kręty, ciemny i pozbawiony drzwi wyjściowych. Tadeusz szedł w nim najpierw długo w jedną stronę i nie znalazł wyjścia. Postanowił wrócić do jadalni. Zawrócił i poszedł w przeciwną stronę ale wkrótce trafił na ślepą ścianę. Biegał tak, coraz bardziej zdenerwowany tam i z powrotem co chwila napotykając zakręty, których, jak mu się zdawało, przed chwilą nie było.  Wreszcie zrozumiał, że do swojej willi już nie wróci, ale też jej nie opuści.