środa, 15 kwietnia 2026

Huragan

 

Huragan

              W wieku sześćdziesięciu lat doszedł do wniosku, że w życiu zarobił już dość pieniędzy, że pora aby z nich skorzystać i zacząć spełniać marzenia. O takim rejsie marzył od kilkudziesięciu lat, od kiedy po raz pierwszy znalazł się na pokładzie wynajętej łódki i doznał tego trudnego do opisania uczucia, jakie ogarnia człowieka gdy żagle idą w górę, łapią wiatr, a łódź pochyla się i i zaczyna rozcinać ton wody.

              Nie należał do ludzi, którym się wydaje, że bezpieczeństwo można kupić za pieniądze. Przygotowywał się do wymarzonego rejsu przez lata. Odbył szereg kursów żeglarskich, poznawał tajniki nawigacji, pływał jako załogant na cudzych jachtach nabierając praktyki. Był w pełni przygotowany do samotnej żeglugi. Kupując jacht starał się zachować złoty środek. Nie szukał żadnego technologicznego potwora zbudowanego z kompozytów po to aby wygrywać prestiżowe regaty. Z drugiej strony zadbał o to aby jego łódź była wyposażona we wszystkie zdobyczy techniki, które nie służyły przekraczaniu granic bezpieczeństwa, lecz to bezpieczeństwo zapewniały.

              Plan rejsu był następujący – najpierw samotne przejście przez Atlantyk w kierunku Karaibów, a następnie wielotygodniowe żeglowanie pomiędzy wyspami. Pierwsza część była wymagająca. Z oceanem nigdy nie ma żartów. Natomiast drugi etap  miał być nagrodą, luźną włóczęgą, czystą przyjemnością bez nadmiernego ryzyka.  Plan przewidywał start w sierpniu, przed jesiennym sezonem tornad.

              Niestety, w dobie zmian klimatycznych tornada nie zawsze trzymają się przewidzianych dla nich sezonów. Gdy był pośrodku oceanu odebrał alert pogodowy mówiący, że od Haiti wędruje cyklon, który tego roku pojawił się szybciej niż można było oczekiwać. Przeanalizował mapy, wykonał obliczenia i doszedł do wniosku, że jeśli zmieni kurs o dwadzieścia stopni ku północy to zdąży uciec przed żywiołem, który do tego czasu powinien już nieco wytracić swą niszczycielską moc.  Zamiar był dobry, zgodny z praktyką żeglarską i pewnie by się powiódł gdyby orkan przesuwał się z zgodnie z przewidywaniami. Jednak jakaś pechowa kombinacja wyżów i niżów sprawiła, że nie osłabł i również zboczył ku północy.

              Samotny żeglarz zrozumiał, że huraganu nie da się uniknąć. Należało wykorzystać krótki czas jaki pozostał do jego uderzenia aby przygotować jacht. Pousuwał z pokładu i pozabezpieczał wszystko co można. Założył liny sztormowe, których można będzie się trzymać gdyby zaszła potrzeba wykonania jakichś prac na pokładzie. Zrobił co było można aby takie prace nie były konieczne.  Miał nadzieję, że ominie największą furię żywiołu. Obliczenia wskazywały, że dosięgnie go jedynie obrzeże orkanu, więc planował sztormować ostro pod wiatr i pod falę kursem, który doprowadzi go na bezpieczny akwen jedynie zahaczając o huragan. Zdjął i zabezpieczył wszystkie żagle, pozostawił jedynie zrefowany do minimalnej wielkości grot. Na wszelki wypadek podał przez radio swoją pozycję i pozostało już tylko czekać.

              Nad horyzontem pojawiło się coś w rodzaju mgły, lecz nie mlecznobiałej, a raczej szaroniebieskiej. Zjawisko przybliżało się w szybkim tempie obejmując coraz większą powierzchnię nieba. Uderzył pierwszy szkwał porywający pianę z powierzchni oceanu. Zrefowany grot jęknął, jacht odchylił się i zaczął uderzać dziobem w nadchodzące fale.  Siła wiatru rosła z każdą chwilą. Każda  z fal była wyższa od poprzedniej.  Wkrótce zamieniły się w góry wodne sięgające powyżej  topu masztu. Jacht początkowo wspinał się na nie. Przychodziło mu to z coraz większym trudem. Wreszcie jedna z fal runęła na pokład i zerwała zrefowany grot. Maszt jakimś cudem ocalał i nadal sterczał ponad pokładem. Sztormowanie pod wiatr nie było dłużej możliwe. Siła huraganu była zbyt wielka. Żeglarz nadludzkim wysiłkiem, ledwo unikając zmycia za burtę przez fale, przedostał się na dziób i  zdołał postawić sztormowy fok o powierzchni niewiele większej od chustki do nosa. Żagielek wypełnił się huraganowym wiatrem. Przez chwilę wydawało się, że wywrotka jest nieuchronna.  Jednak pracujący fok pociągnął dziób jachtu i ustawił go rufą do wiatru i fali.  Nie chodziło już o utrzymanie jakiegokolwiek kursu. Chodziło już tylko o przetrwanie. Jacht płynąc z wiatrem miał większe szanse. Fale doganiały go, unosiły ale nie atakowały z taką furią jak uderzające od dziobu.

              Żeglarz stał w kokpicie za sterem walcząc o to aby utrzymać łódź w linii wiatru. Ustawienie się bokiem do fali oznaczałoby koniec. Miał nadzieję, że starczy mu sił do czasu gdy huragan osłabnie. Walka z żywiołem trwała już wiele godzin. Zaczynał odczuwać oznaki wyczerpania. Nie było mowy o chwili odpoczynku, ani o żadnym posiłku czy chociażby łyku czegoś rozgrzewającego.

              W pewnym momencie chmury się rozeszły i wyjrzał zza nich księżyc.  Gwałtowne porywy wiatru nie słabły lecz niosły dźwięki muzyki. Żeglarz odwrócił głowę i ujrzał zbliżający się statek. Płynął szybko i mijał jacht. Huragan zdawał się go nie sięgać. Czarny kadłub ostrym dziobem rozcinał wzburzone fale. Wyżej widniały białe nadbudówki, a ponad nimi cztery żółte kominy, z których unosiły się kłęby dymu. Transatlantyk majestatycznie mijał jacht. Z jego pokładu dobiegały dostojne dźwięki angielskiego walca granego przez orkiestrę. Po górnym pokładzie, ignorując żywioł, spacerowały panie w zdobnych kapeluszach i panowie odziani we fraki. Kiedy statek wyprzedził jacht na jego rufie dało się dostrzec napis „Titanic”. *

              Od rufy napływała kolejna jednostka. Był to wielki okręt liniowy, wyglądający jak szara, stalowa góra, której sztormowe fale się nie imały. Ponad dziobem, skierowane poziomo w przód leżały równolegle do pokładu potężne lufy artylerii głównej. Śródokręcie najeżone było  bateriami dział średniego kalibru. Nad okrętem górowała nadbudówka zwieńczona mostkiem kapitańskim i dalmierzami artyleryjskimi. Na kadłubie widniała nazwa „Hood”. **

              Spośród wzburzonych fal wyłaniały się kolejne statki.  Obok jachtu przepływał piękny, elegancki, malowany na biało liniowiec  pasażerski o nazwie „Andrea Doria”. *** Za nim podążał prom „Jan Heweliusz”,**** bardziej prostokątny , nie projektowany do imponowania sylwetką lecz do mozolnej pracy przy przewozie setek ciężarówek.

              Wszystkie te statki sunęły majestatycznie, jakby szalejący huragan nie mógł ich dosięgnąć.  Z nieba zniknęły chmury i ukazały się gwiazdy, ten odwieczny GPS, który od zawsze wskazywał drogę ludziom morza. Żeglarz na pokładzie swego jachtu zrozumiał, że nie liczy się już żaden port przeznaczenia. Wiedział, że musi wyruszyć szlakiem wyznaczonym przez mijające go statki, w ślad za tymi co go poprzedziły, a przed tymi, co popłyną za nim.

 

* „Titanic” – angielski transatlantyk, zatonął na Atlantyku po zderzeniu z górą lodową 15 kwietnia 1912 r.

** „Hood” – brytyjski okręt liniowy zatopiony 24 maja 1941 roku w Cieśninie Duńskiej pomiędzy Islandią a Grenlandią w wyniku walki z niemieckim pancernikiem „Bismarck”

*** „Andrea Doria” – włoski transatlantyk zatonął 26 lipca 1956 roku u wybrzeża USA w wyniku zderzenia ze szwedzkim statkiem „Stockholm”.

**** „Jan Heweliusz” – polski prom pasażersko-towarowy zatonął 14 stycznia 1993 roku na Bałtyku podczas sztormu.

niedziela, 15 marca 2026

Dron

 

Dron

              Ciekawe co kierowało urbanistą, który zdecydował o budowie bloku w tym miejscu. Jedenastopiętrowy wieżowiec powstał pomiędzy leżącą na skraju miasta dzielnicą niskich domków jednorodzinnych a polami uprawnymi rozciągającymi się po horyzont. Był to jedyny tak wysoki budynek w mieście, a najbliższa zabudowa w tej skali znajdowała się w stolicy województwa. Być może pytanie zadane na wstępie zostało źle sformułowane, gdyż decyzji tej nie podjął żaden urbanista. Obecnie mogłoby to wynikać z chęci dewelopera aby wtłoczyć maksymalną liczbę mieszkań w posiadaną działkę. Jednak blok powstał w czasach, gdy nie było jeszcze deweloperów. Możliwe, że o jego lokalizacji zdecydował jakiś ambitny sekretarz partii, który chciał pokazać, że nie ma żadnych kompleksów wobec Nowego Jorku.

              W wieżowcu mieściło się ponad pięćdziesiąt mieszkań. Często mówi się, że w blokach nie tworzą się więzi sąsiedzkie, że żyje się w nich anonimowo, nie wiedząc kto mieszka za ścianą. W tym przypadku tak nie było. Oczywiście, jak zawsze znalazło się kilku odludków, którzy nawet nie powiedzą „dzień dobry” w windzie, ale generalnie ludzie się zżyli. Wyrazem tego było zapraszanie na imieniny lub urodziny sąsiadów, lub nawet organizowanie sąsiedzkich spotkań towarzyskich bez specjalnej okazji. Jedna z takich imprez odbywała się u państwa Kowalskich na drugim piętrze.  Zaproszeni byli wyłącznie sąsiedzi z bloku. Rozmawiano, jak to przy takiej okazji, o wszystkim. Kiedy już omówiono pogodę, politykę i plany na wakacje konwersacja zeszła na zalety mieszkania w tym wieżowcu. Chwalono spokojną lokalizację, dobre relacje sąsiedzkie i piękne widoki z górnych pięter na pola, zwłaszcza w okresie gdy na żółto kwitnie rzepak. W pewnym momencie odezwała się pani Aneta z jedenastego piętra:

              - Ja to bym się nigdzie stąd nie wyprowadziła. Nie mogłabym mieszkać na osiedlu, gdzie tuż za oknami miałabym sąsiednie domy.  Mnie nikt do mieszkania nie zagląda. Mam piękny widok i nie muszę zasłaniać okien. Mogę sobie bez obawy chodzić rozebrana z łazienki do sypialni.

              Wieczorem pani Krystyna z czwartego piętra komentując po powrocie do mieszkania  przebieg imprezy powiedziała do męża:

              - No powiedz tylko, z tej Anety to niezły numer. Niech sobie łazi rozebrana po mieszkaniu, mnie tam nic do tego. Ale żeby się tym chwalić przy ludziach? To już przesada.

              Wypowiedź pani Krystyny usłyszał przez uchylone drzwi jej syn, licealista, i wizja pani Anety paradującej w negliżu po mieszkaniu przemówiła mu do wyobraźni. Był on posiadaczem drona i postanowił go wykorzystać. Wieczorami zamykał się w pokoju, ukradkiem wypuszczał go przez okno i kierował na wysokość jedenastego piętra.

              Unoszący się wieczorami na tle nieba dron nie uszedł uwadze ludzi. Stał się tematem do rozmów i powodem spekulacji na temat celu w jakim lata w pobliżu bloku.  Wysnuwano różne teorie.

              - Mówię pani, to chodzi o segregację odpadów. – rzekła jedna sąsiadka do drugiej. – ludzie wrzucają wszystko do zmieszanych i Urząd Miasta postanowił zrobić z tym porządek. Filmują z tego drona kto gdzie co wrzuca i będą podnosili opłaty za wywóz śmieci jak kogo złapią na łamaniu zasad segregacji.

              Ta teoria zaczęła cieszyć się popularnością wśród mieszkańców bloku w wyniku czego efektywność segregacji odpadów wzrosła.

              Kierownik administracji rzekł do swojego zastępcy:

              - Słyszałeś o tym dronie co lata wokół wieżowca? Mówię ci, to chodzi o badanie efektywności energetycznej budynku. Robią zdjęcia termowizyjne i za chwilę naślą na nas inspektorat budowlany.

              W efekcie uchwalono nowy plan remontów przewidujący docieplenie bloku.

              Dwaj właściciel psów podczas wieczornego spaceru ze swoimi pupilami odbyli następującą rozmowę:

              - Ludzie się skarżyli, że psy paskudzą na trawnikach.  Przypuszczam, że Urząd Miasta wysłał tego drona aby sprawdzał, czy wszyscy sprzątają kupy.

              - Trzeba będzie się pilnować. Przyznam, że nie zawsze chciało mi się schylać, ale teraz nie ma wyjścia.

              Domki jednorodzinne stojące w pobliżu bloku nie były przyłączone do sieci centralnego ogrzewania.  Niektóre były wyposażone w piece gazowe, ale w wielu używano kotłów na węgiel. Nierzadko zdarzało się, że po zmroku palono w nich śmieciami, w wyniku czego nad osiedlem płożyły się żółtawe dymy. Teraz jednak rozeszła się plotka, że wydział ochrony środowiska wysłał drona aby monitorować jakość dymów unoszących się z kominów. Zaczęto więc palić brykietami i porządnym węglem.

              Kierowcy zamieszkali w wieżowcu dotychczas parkowali byle jak, nierzadko wjeżdżając na trawniki, na skutek czego powstawały w nich błotniste dziury. Ktoś puścił jednak w obieg przypuszczenie, że Straż Miejska nagrywa z drona nieprawidłowo zaparkowane auta i będzie wystawiać mandaty. Kierowcy zaczęli się pilnować i przestrzegać przepisów.

              Wszystko zatem szło ku lepszemu. Poprawiła się jakość powietrza na osiedlu, śmieci były prawidłowo segregowane, trawniki były wolne od psich kup i nie rozjeżdżane kołami. Budynek czekał na remont elewacji. Niestety, pani Aneta również spostrzegła unoszącego się za jej oknami drona i zaczęła zasuwać wieczorem zasłony. Dron przestał latać   i wszystko wróciło do normy.

niedziela, 15 lutego 2026

Manelarz

 

Manelarz

              Po prostu nie lubił wyrzucać rzeczy.  Było mu ich żal.  Przecież ktoś poświęcił sporo pracy aby je wyprodukować, poszły na to jakieś zasoby energii i surowców, no i co? Ma to tak po prostu trafić na śmietnik? Czy naprawdę trzeba wyrzucać całkiem dobry brązowy sweter tylko dlatego, że ma nieco naciągnięte na łokciach rękawy albo dlatego, że jacyś specjaliści od robienia ludziom wody z mózgu wmawiają nam, że brąz wyszedł z mody?  Ktoś się starał znaleźć dla nas jakiś prezent.  Czy jedynie z tego powodu, że nie trafił do końca w nasze potrzeby należy tę rzecz wyrzucić?  Niestety, kubki, kieliszki i zastawa stołowa czasem się tłuką. Ale jeśli z kompletu sześciu sztuk dwie albo trzy uległy zniszczeniu to trzeba od razu wyrzucać resztę? Co komu szkodzi wypić kawę z kubków nie należących do jednego kompletu?

              Lubił mieć różne manele na wszelki wypadek. Nie rzadko potrzebna jest na przykład jakaś śrubka do drobnej naprawy w domu. I co, czy trzeba od razu kupować całą nową paczkę w markecie? Albo akurat potrzeba kilkanaście centymetrów listewki. Mamy kupować dwumetrową? Nie, lepiej mieć takie szpeje pod ręką. Ludzie tłumaczyli mu, że przetrzymywanie różnych maneli nie ma sensu. Bo zapominamy co mamy zachomikowane, a nawet jak pamiętamy, że coś takiego mieliśmy to i tak nie możemy tego znaleźć gdy jest akurat potrzebne.

              Jednak miał dowody na to, że trzymanie pozornie zbędnych rzeczy ma sens. Na przykład wtedy gdy zaprosił kolegów na mecz. Zeszli się, przynieśli piwko, rozsiedli się przed telewizorem. Telewizyjny komentator już budował atmosferę. Wiadomo, że nasi nie są faworytem, ale może tym razem dadzą radę. W sporcie cuda się zdarzają. Już zaczęli w to wierzyć. Rozległ się pierwszy gwizdek i właśnie wtedy ekran telewizora zgasł. I w ogóle wszystko zgasło. Wysiadł prąd. Od razu pobiegli do korków w mieszkaniu ale okazało się, że były w porządku. Prądu nie było w całym domu. Wywaliło bezpieczniki na klatce schodowej. Niestety schowane były w skrzynce zamkniętej na specjalny zamek, do którego klucz ma tylko pogotowie energetyczne. Można po nich dzwonić, ale wiadomo, że nie zjawią się od razu. Co najmniej połowa meczu by przepadła. Na szczęście miał w szafce pudełko z kluczami, takimi co to nie wiadomo do jakiego zamka są. Zaczął je po kolei przymierzać i proszę bardzo, jeden pasował. Niestety, po otwarciu skrzynki okazało się, że są w niej stare bezpieczniki. Nie takie automatyczne, co to tylko wystarczy nacisnąć ale takie co jak się przepalą to koniec. Można tylko wymienić. I co? Przeszukał kilka szuflad i znalazł pasujący bezpiecznik na szesnaście amperów. W sumie stracili tylko dziesięć minut meczu.

Innym razem majstrował coś  przy altance w ogródku działkowym. Gdy skończył wybrał się na spotkanie z kolegami w barze mając ze sobą skrzynkę na narzędzia. Trochę się zasiedział. Wracał już po północy. Była letnia noc. Niebo było częściowo pokryte chmurami. Kiedy przechodził koło cmentarza silny powiew wiatru poruszył drzewami. Zza chmur wyszedł księżyc. Był w pełni. W jego świetle dało się dostrzec mężczyznę opierającego się o cmentarny mur w pobliżu bramy. Człowiek ten ubrany był w ciemny płaszcz czy też pelerynę z wysoko postawionym kołnierzem. Nagle, w kilku niesamowicie szybkich skokach znalazł się w pobliżu. Jego blada cera kontrastowała z kruczoczarnymi włosami. Oczy świeciły jakimś dziwnym, czerwonawym blaskiem. Kiedy otworzył usta dało się dostrzec kły dłuższe od pozostałych zębów co najmniej o dwa centymetry. Na szczęście nasz bohater miał w skrzynce z narzędziami zaostrzony kołek osikowy, więc dziabnął nim tego gościa i poszedł dalej w kierunku domu.

Natomiast jak się nie ma tego co akurat potrzebne to konsekwencje mogą być poważne. Pewnego razu urwały się drzwiczki od kabiny prysznicowej bo skorodowała mała śrubka, którą były przymocowane. Była to śrubka M4 o długości dwunastu milimetrów ze stożkowym łebkiem, w którym znajdowała się szpara na ostrze śrubokręta.  Miał w domu kilka śrubek M4 ale żadna z nich nie była taka jak potrzebował. Wszystkie śrubki ze stożkowym łebkiem były za długie i gdyby je zastosować to drzwiczki by się blokowały i nie dałoby się ich przesuwać. Inne, o właściwej długości miały sześciokątne łebki pod klucz, który za bardzo wystawał i też się nie mieściły w dostępnym miejscu. Nie było wyjścia. Musiał kupić w markecie co najmniej 5 deka odpowiednich śrubek, bo w mniejszej ilości ich nie sprzedawali. Wsypał śrubki do papierowej torebki, zważył,  wstukał kod i przykleił nalepkę z kodem kreskowym jaką wydrukowała waga. Ustawił się w kolejce do kasy. Przed nim stała dziewczyna, która na sklepowym wózku miała kilka dużych doniczek z kwiatami. Kiedy przyszła jej kolej, kasjerka zażądała postawienia tych doniczek na taśmie bo inaczej nie mogła sięgnąć aby odczytać kod. Oczywiście pomógł dziewczynie z noszeniem tych ciężarów. Później pomógł jej załadować te donice do auta.

Kilka miesięcy później wzięli ślub. Niestety, po trzech latach przestało im się układać i zdecydowali się na rozwód, co obojga kosztowało sporo nerwów. I niech ktoś powie, że nie warto trzymać różnych maneli. Gdyby wtedy miał  w domu odpowiednią śrubkę M$ to do tego rozwodu by nie doszło.