Śnieżyca
Marek i Adam kochali góry. Kochali i szanowali. Traktowali je z należnym respektem. Z całą pewnością nie należeli do niedzielnych turystów, którzy potrafią wybrać się w Tatry w klapkach, ani do nieodpowiedzialnych szaleńców, którzy dla większego zasięgu na portalach społecznościowych decydują się zimą zdobywać góry w samych szortach.
Tradycyjnie, co roku aby poprawić kondycję po świątecznym lenistwie, z początkiem stycznia organizowali zimową wyprawę na Babią Górę. Wiedzieli, że z tym szczytem nie ma żartów, więc przygotowali się jak należy. Zadbali o odzież chroniącą przed mrozem i wiatrem, o buty wyposażone w raki, wzięli do plecaków ciepłą herbatę w termosach i zapas prowiantu. Sprawdzili prognozę pogody aby upewnić się, że będą warunki dla bezpiecznej wspinaczki. Tyle tylko, że prognozy pogody sprawdzają się średnio w 92 procentach, czym chwalą się co tydzień telewizyjni prezenterzy. Niestety, ten dzień, na jaki zaplanowali wyprawę miał się zaliczać do pozostałych ośmiu procent. Jedyny błąd Marka i Adama polegał na tym, że ograniczyli się do sprawdzenia prognozy poprzedniego dnia, a nie powtórzyli tego rano przed wyruszeniem w trasę. Tłumaczy ich to, że wyruszali na długo przed świtem, tak aby w tym samym dniu zdążyć na szczyt i z powrotem jeszcze przed nocą. Wyjechali z domu w głębokich ciemnościach, a kiedy zostawiali samochód na parkingu na przełęczy niebo na wschodzie dopiero zaczęło lekko się rozjaśniać. Nie wiedzieli zatem, że z wielką prędkością zbliża się front atmosferyczny niosący ciężkie, śniegowe chmury, który tej nocy niespodziewanie nadszedł od północnego zachodu. Na nizinach ciemne zwały chmur dałoby się dostrzec już na horyzoncie. Z otoczonej górami przełęczy nie było ich jednak widać, więc Marek i Adam wyruszyli w kierunku szczytu z przekonaniem, że czeka ich wspinaczka pośród ładnej zimowej pogody, słonecznej, lekko mroźnej i bezwietrznej.
Front dopadł ich z zaskoczenia gdy byli już niemal w połowie drogi. Najpierw dał o sobie znać gwałtownymi porywami wiatru. Chwilę później spoza sąsiednich gór wyłoniły się ołowiane, szybko przesuwające się po niebie chmury niosące gwałtowną śnieżycę. Wiatr wył tak intensywnie, że trudno było się nawzajem usłyszeć nawet z najbliższej odległości. Aby się porozumieć pomagali sobie gestykulacją.
- Co robimy? – zapytał Marek – Wracamy?
- Nie. – odkrzyknął Adam po chwili namysłu. – Wieje tak mocno od dołu, że trudno byłoby schodzić pod ten wiatr. Chodźmy do schroniska. Będzie nam wiało w plecy. W schronisku przeczekamy tę nawałnicę.
Marek zgodził się z tą propozycją. Aby nie przekrzykiwać wiatru skinął jedynie głową i wskazał wyciągniętą ręką w górę, w kierunku szczytu.
Warunki pogodowe pogarszały się z każdą minutą. Zaczął padać gęsty śnieg. Niesiony wiatrem leciał niemal poziomo. Zadymka była tak intensywna, że widoczność spadła do kilku metrów. Trudno było utrzymać się na szlaku. O znakach go wyznaczających, malowanych na pniach drzew i kamieniach można było zapomnieć bo szybko zostały oblepione śniegiem. Marek i Adam chodzili tą trasą co roku więc znali ją dobrze, ale w tych warunkach nawet oni zaczęli tracić orientację. Temperatura gwałtownie spadała, a wiatr uprzednio wiejący regularnie od północnego zachodu zaczął zmieniać kierunki. W ślad za nim śnieg nadlatywał z coraz to innej strony. Silna wichura powodowała, że odczuwalna temperatura była o wiele niższa niż wskazywał termometr. Nawet solidna odzież okazywała się niewystarczająca. Nieosłonięty nos i policzki Marka atakowane były przez niesione wiatrem kryształki lodu działające jak papier ścierny. Skóra bolała jak kłuta igłami. To nie było jeszcze wszystko. Najgorsze miało dopiero nadejść. Marek stopniowo przestał odczuwać ból. Świadczyło to o postępującym odmrożeniu. Sparaliżowane mrozem nerwy przestawały informować mózg o zagrożeniu.
- Znajdźmy jakieś schronienie i przeczekajmy tę nawałnicę. – Marek wykrzyczał do Adama.
- Nie. – odkrzyknął w odpowiedzi Adam. – Jesteśmy na grani, w otwartym terenie. Tu nie znajdziemy żadnej bezpiecznej kryjówki. Musimy iść bo jeśli się zatrzymamy to zamarzniemy w jakiejś zaspie i znajdą nas dopiero wiosną, po odwilży.
- Dokąd iść? W tej zadymce nie widać szlaku.
- Pod górę. Byle być w ruchu. Byle nie zamarznąć.
Z uporem brnęli w śniegu. Starali się trzymać razem ale nie było to łatwe bo śnieżyca nie słabła, przeciwnie gęstniała i nabierała mocy. Momentami nie było widać dalej niż na metr. Marek postanowił złapać się idącego za nim Adama gdyż obawiał się, że inaczej rozdzielą się i zgubią pośród zadymki. Było już jednak za późno. Obrócił się i wyciągnął przed siebie ręce, ale nie sięgnął kolegi. Ogarnęła go fala paniki. Gdzie on jest? Szedł tuż za mną. Chyba mnie nie wyprzedził w tej śnieżycy? Raczej nie. Marek zaczął powoli wracać starając się pośród śniegu wypatrzeć towarzysza wyprawy lub wymacać go wyciągniętymi ramionami. Adama jednak nie było. Marek na chwilę zatrzymał się z obawy, że miną się idąc w różnych kierunkach i ostatecznie zgubią. Zastanawiał się gorączkowo co mógł zrobić idący za nim Adam kiedy zorientował się, że stracili kontakt. Chyba nie zawrócił skoro wiedział, że byłem z przodu? Raczej starałby się mnie dogonić, więc nie ma sensu abym schodził w dół. Ale co jeśli on upadł i leży w śniegu gdzieś niżej? Przez chwilę pomyślał o tym aby szukać śladów na śniegu, ale miało to szans powodzenia bo wiatr błyskawicznie zawiewał wszelkie tropy. Krzyki też nic nie dawały, gdyż wycie wichury skutecznie je zagłuszało. Marek z przerażeniem zaczął się godzić z myślą, że nie odnajdzie Adama w tych warunkach i każdy z nich będzie musiał się ratować na własną rękę. Chyba najlepiej będzie ruszyć w górę, starać się dotrzeć na własną rękę do schroniska i zawiadomić ratowników górskich, że kolega został na szlaku.
Marek na nowo podjął wspinaczkę w kierunku szczytu lecz czuł, że siły go opuszczają. W pewnej chwili zachwiał się. W tym samym momencie nadleciał jeszcze bardziej gwałtowny powiew wichury i przewrócił go. Poturlał się kilka metrów po zboczu aż zapadł w jakieś zagłębienie. Niesiony wiatrem śnieg szybko go przykrył.
Kiedy Marek otworzył oczy była piękna pogoda. Wiatr ucichł. Świeciło słońce powodując, że śnieg skrzył się pięknie w jego promieniach. Marek rozejrzał się wokół. Nie poznał dobrze sobie znanego szlaku na Babią Górę. Teren łagodnie się wznosił ku szczytowi sponad którego rozbłyskało słońce.
- Czyżbym zabłądził w tej śnieżycy? – pomyślał. – Odszedłem tak daleko?
Spostrzegł, że szlakiem pod górę wolno wspinają się jacyś ludzie.
- Przepraszam! – zawołał do nich Marek. – Gdzie ja jestem? Co to za szlak? Dokąd prowadzi?
Tamci nie zareagowali. Szli wolno wpatrzeni w górę, przed siebie, mijając go tak, jakby go nie dostrzegali.
Marek więcej nie pytał. Powoli ruszył w górę, ku światłu.