środa, 15 września 2021

Radio

 

Radio

                -Mówmy sobie po imieniu. – zaproponowała właścicielka domu. – Łatwiej się nam będzie współpracowało. Mam na imię Alicja, a znajomi mówią do mnie Ala.

                - Bardzo chętnie. – odpowiedziała architektka. – Jestem Jola. Masz rację, Alu.  Jeśli ten projekt ma się udać, to znaczy jeśli masz być zadowolona z efektu to musimy się dobrze rozumieć. Mówienie sobie po imieniu temu sprzyja.

                -Czuję, że się dogadamy. Już mam wrażenie, że nadajemy na tych samych falach. – powiedziała Ala. – Ten dom, który niedawno kupiłam to ma być spełnienie moich marzeń. Niedawno przeszłam na emeryturę. Mam sporo oszczędności bo nieźle mi się powodziło. Nie mam też innych ograniczeń bo dzieci się wyprowadziły i wreszcie mogę urządzić się całkiem po swojemu. Oczywiście z twoją fachową pomocą.

                -To piękna, przedwojenna willa. – powiedziała Jola. – Widzę, ze zachowało się sporo oryginalnego wystroju. Parkiety są w niezłym stanie, wystarczy scyklinować. Proponuję też nie zmieniać stolarki. Gdybyśmy wstawiły tu współczesne, plastikowe okna to byłby dysonans. Ale powinnam zacząć od pytania jak ty to widzisz? Chcesz utrzymać klimat sprzed prawie stu lat, czy przerabiamy to wszystko na współczesną modłę?

                -Chciałabym uniknąć skrajności. – odpowiedziała Ala.- Szkoda byłoby zupełnie zatracić ten przedwojenny klimat, ale z drugiej strony wolałabym nie mieszkać w skansenie.

                -Oczywiście. – zgodziła się Jola. – Trzeba będzie wymienić podstawowe instalacje, bo te wszystkie kable i rury są zapewne po tylu latach w marnym stanie. Nie chciałybyśmy aby wkrótce po remoncie zdarzyło się jakieś zalanie i zwarcie.

                -Jasne. – powiedziała Ala. – Zgadzam się z tobą, że podłogi, drzwi i okna zachowamy. Oczywiście po renowacji.  Kuchnię, łazienki i sypialnie chciałabym urządzić współcześnie. Natomiast w holu, salonie i jadalni spróbujmy pozostawić dawny klimat.

                -To rozsądny kompromis. – stwierdziła Jola. – Wobec tego bierzmy się do roboty.

***

                Po pół roku remont był na ukończeniu. Stary dom odzyskał blask. Nadeszła pora na meblowanie.

                Właścicielka willi i architektka znajdowały się w salonie na parterze i zastanawiały się nad ustawieniem sprzętów.

                -Jak rozmieścić podstawowe meble ustaliłyśmy już dawno. – przypomniała Jola. – Mamy wszystko na szkicach i wizualizacjach. Sofa przy tej ścianie, obok niej stolik i fotele. Tam komoda, a nad nią duże lustro. Teraz chodziłoby o dodanie kilku drobiazgów, które dadzą temu wnętrzu indywidualny klimat. Takie kilka wisienek na tym torcie, które pozwolą nam uzyskać efekt.  Muszę zapytać o budżet. Ile jeszcze możesz wydać po tym całym remoncie?

                -Na obraz Tamary Łempickiej raczej mi nie starczy. – stwierdziła Ala. – A szkoda, bo byłby w sam raz skoro usiłujemy urządzić ten salon w stylu art deco. Ale serio, to nie jest tak całkiem źle. Coś tam mi jeszcze zostało.

                -OK. Łempicką odpuszczamy. – powiedziała Jola. – Ale coś na tej ścianie powinnyśmy powiesić. Proponuję jakąś starą fotografię lub grafikę. Poszukamy po antykwariatach albo po prostu w internecie. Natomiast tam, na tym małym biureczku, które ma stanąć w rogu dałabym jakiś sprzęt z epoki. Na przykład przedwojenną maszynę do pisania albo coś w tym rodzaju. Poszukamy.

                Ostatecznie obie panie zdecydowały się na przedwojenny radioodbiornik, który znalazły w sklepie ze starociami. Miał ładną, fornirowaną obudowę, a z przodu naniesioną na szklanej płytce skalę pokazującą częstotliwości poszczególnych stacji oraz tzw. „magiczne oko”, które po załączeniu płonęło  zielonkawym światłem. Sprzedawca twierdził, że radioodbiornik jest sprawny ale niestety, nie nadaje się do słuchania współczesnych stacji radiowych nadających w paśmie UKF, gdyż w czasach gdy został skonstruowany nadawano na znacznie dłuższych falach. Tłumaczył coś dosyć mętnie, ale sens był taki, że generalnie odradzał podejmowanie prób słuchania tego radia. Niezależnie od wątpliwej funkcjonalności aparat pełnił funkcję dekoracyjną, dobrze wpisując się w klimat wnętrza.

***

                Zapadał zmrok. Ala stała w salonie ciesząc się spokojem, który nastał wreszcie po wyjściu ekipy remontowej. Rozglądała się wokoło z zadowoleniem. Praca, jaką wykonały z Jolą dała efekty. Miała swój wymarzony dom, w którym będzie mogła się wygodnie zestarzeć. Razem z architektką zadbały o wszystko. Każdy szczegół pasował do całości i cieszył oko.

                Zaczynało się ściemniać ale Ala nie chciała jeszcze zapalać światła, żeby nie wypłoszyć nastroju, jaki panował w salonie. Wpadła natomiast na pomysł aby włączyć stary radioodbiornik. „Magiczne oko” wypełniło pokój zielonkawą poświatą dodatkowo wspomagając lekko nostalgiczną aurę  wnętrza.  Nagle przyszła jej chęć aby sprawdzić czy radio rzeczywiście działa. Pokręciła gałką, a czerwona wskazówka przesunęła się w lewo na tle skali. Aparat zaskrzeczał, wydał kilka pisków i trzasków, a na koniec popłynął z niego głos spikera:

                „Jest dziewiętnasta, czwartek, piętnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Zapraszamy na wiadomości W Brukseli odbyła się kolejna runda negocjacji w sprawie przystąpienia Polski do NATO. Przedstawiciele polskiej delegacji na konferencji prasowej stwierdzili, że pomimo sprzeciwu ze strony Federacji Rosyjskiej osiągnięto postęp w rozmowach…”

                -Ciekawe. - pomyślała Ala. – To brzmi jak prawdziwe wiadomości sprzed ponad dwudziestu lat. Czyżby jakaś stacja nadawała audycje archiwalne? A może to stare radio ma jakieś urządzenie do nagrywania transmitowanych audycji i teraz się to przypadkiem odtworzyło? Nie ma instrukcji do tego radioodbiornika. Sprawdzę na smartfonie w internecie. Może coś na ten temat znajdę.

                Zaczęła rozglądać się za smartfonem, ale ten zniknął. Nie było go w żadnym z miejsc, gdzie mógłby się znajdować. W trakcie poszukiwań Ala przypadkiem spojrzała w lustro i oniemiała.

                -Wow.. – szepnęła do siebie. – Wyglądam jakbym miała o dwadzieścia lat i dziesięć kilogramów mniej. Ten dom mi służy.

                Przez chwilę z zadowoleniem przyglądała się swojemu odbiciu. Następnie podeszła do radia i kręcąc gałką przesunęła wskazówkę na skali jeszcze bardziej w lewo. Po kilku piskach z radia popłynął głos:

                „Witamy w wieczornych wiadomościach dnia szóstego lutego tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku. W referacie wygłoszonym podczas plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysz Władysław Gomułka stwierdził, że nienaruszalność granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej jest podstawą powojennego ładu europejskiego…”

                Ala zastygła ze zdziwienia. Odruchowo spojrzała w lustro i zdumiała się jeszcze bardziej, gdyż zobaczyła w nim małą dziewczynką z dwoma cienkimi, jasnymi warkoczykami. Obróciła się za siebie lecz w pokoju nikogo poza nią nie było. Coś skłoniło ją do tego aby sięgnąć do gałki radioodbiornika i jeszcze bardziej przesunąć wskazówkę na skali. Rozległo się kilka trzasków, a później z głośnika dobiegła marszowa muzyka. Na jej tle zabrzmiały słowa spikera:

                „Witamy w piękny poranek pierwszego maja tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. W pochodzie maszerują przodownicy pracy, robotnicy i inżynierowie, którzy odbudowują naszą stolicę. Powiewają szturmówki i transparenty z napisami sławiącymi dokonania Polski Ludowej…

                Ala spojrzała w lustro, ale dostrzegła w nim tylko pusty pokój, w którym nikogo nie było.

 

               

                -

sobota, 14 sierpnia 2021

Exodus

 

Exodus

                Pierwsze objawy ocieplenia klimatu przeszły niemal niezauważone. Wyjątkowo gorące lato, podobnie jak bezśnieżną zimę uznano za sporadyczne wybryki natury, które się od zawsze zdarzały co pewien czas.  Jednak kiedy w ciągu kolejnych lat takie zjawiska zaczęły się regularnie powtarzać nie dało się już zaprzeczyć, że wzrost temperatury planety to stały, niebezpieczny trend. Sprawą zajęli się naukowcy. W wyniku analiz utworzonych w tym celu modeli klimatycznych uczeni osiągnęli porozumienie co do tego, że przyczyną globalnego ocieplenia jest wzrost ilości gazów cieplarnianych znajdujących się w atmosferze. Prognozy wskazywały, że jeśli w najbliższym czasie nie zostaną podjęte środki zapobiegawcze, to proces nabierze nieodwracalnego charakteru i życie na planecie stanie się niemożliwe. Problem w tym, że konieczne środki zapobiegawcze jakie należałoby podjąć wymagały generalnej zmiany dotychczasowego stylu życia.  Utrzymanie modelu rozwoju gospodarczego polegającego na stałym wzroście produkcji pociągającym za sobą konieczność zwiększania wytwarzania energii i wydobycia  surowców było niemożliwe. Planeta po prostu nie była w stanie tego wytrzymać.  Niestety, wystąpiły problemy z  akceptacją tego faktu. Znaczna część ludzi po prostu nie wierzyła w raporty naukowców. Natomiast nawet ci, którzy byli w stanie zrozumieć przesłanie nauki i uwierzyć w nie, niekoniecznie byli skłonni do wyrzeczeń. Starsi myśleli, że planeta jakoś wytrzyma jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.  A później to już będzie problem młodszych.  Mieszkańcy chłodniejszych rejonów, położonych bliżej biegunów uważali, że im ocieplenie klimatu może nawet przynieść korzyść, a niech się tym martwią obywatele ciepłych krajów.  Bogatsze społeczeństwa  byłyby nawet w stanie zgodzić się na pewne wyrzeczenia, ale kraje na dorobku się temu opierały, chcąc najpierw dorównać poziomem życia tym bardziej rozwiniętym. Największy opór pochodził jednak ze strony biznesu. Aby ratować planetę należałoby zmienić tradycyjne podejście do marketingu polegające na wmawianiu klientom, że potrzebują wciąż nowych produktów, których rzekoma innowacyjność i przydatność jest wątpliwa, a cała rzecz polega na bezustannym zastępowaniu obecnych produktów nowymi wyłącznie dla podtrzymania produkcji. Jeśli nie da się wymyśleć czegoś rzeczywiście lepszego to trzeba wmówić odbiorcom, że zmieniła się moda, a kto za nią nie nadąża jest nieudacznikiem.

Chciwość korporacji, oraz egoizm i brak solidarności społeczeństw w połączeniu z  nieufnością do nauki spowodowały, że proces ocieplania klimatu przekroczył stan krytyczny i stał się nieodwracalny. Na skutek wzrostu temperatura woda intensywnie parowała. Powierzchnia planety wysychała, a w atmosferze kłębiła się para wodna dając w rezultacie co pewien czas katastrofalne opady, którym towarzyszyły tornada. Życie pomiędzy następującymi cyklicznie suszami, powodziami i huraganami stawało się stopniowo koszmarem. Kiedy zrozumiano, że żarty się skończyły, wybuchła panika i  rozpoczęły się procesy migracyjne oraz walki o chłodniejsze tereny w pobliżu biegunów.  W tym czasie ktoś rzucił propozycję przeniesienia się na sąsiednią, bardziej oddaloną od Słońca, planetę. W pierwszych chwili pomysł wywołał entuzjazm. Chęć podjęcia kosmicznej podróży zgłosiły  miliony osób.  Jednak kiedy zaczęto analizować ten pomysł w szczegółach liczba kandydatów do exodusu spadła niemal do zera. Okazało się, że dane na temat warunków panujących na sąsiedniej planecie są bardzo skąpe. Pomiary dokonane przez nieliczne sondy wskazywały, że mogą tam istnieć warunki do życia, a nawet samo życie. Niektórzy naukowcy sugerowali, że to życie może nawet przyjmować rozwinięte formy. Nie wykluczano istnienia prymitywnych cywilizacji. Dostępne dane były jednak bardzo niekompletne. W rezultacie decyzja o przeniesieniu się na sąsiednią planetę przypominała decyzję o skoku do basenu, w którym była jakaś  ciecz, ale nie wiadomo czy to woda czy kwas siarkowy. A nawet jeśli to woda to nie wiadomo czy nie za gorąca, a jak chłodna, to nie można wykluczyć, że pływają w niej rekiny.

W tej sytuacji zdecydowana większość  uznała, że lepiej będzie pomęczyć się na swojej starej planecie, która stawała się nieprzyjazna, ale była przynajmniej dobrze znana.  Jeszcze przez jakiś czas da się wytrzymać, a później się zobaczy. Może coś się zmieni i jakoś to będzie. Chętnych do kosmicznej podróży została garstka. Znalazła się fundacja mogąca sfinansować ich lot, ale kandydatom uczciwie przedstawiono sytuację. Przede wszystkim będzie to bilet w jedną stronę bo rakiety, jakie da się zbudować przy obecnym poziomie technologii aby wystartować i pokonać siłę grawitacji mogą zabrać jedynie określony ciężar. Oznaczało to, że nie starczy paliwa na lot powrotny. Z tego samego powodu pasażerowie mogą zabrać ze sobą jedynie bardzo ograniczone zapasy i wyposażenie. Bez odpowiedniego sprzętu nawet zaawansowana wiedza nie przyda się na wiele w obcym, surowym środowisku. Znajomość medycyny niewiele pomoże, jeśli można zabrać ze sobą tylko niewielki zapas podstawowych leków, a szpitali wyposażonych w  sale operacyjne i sprzęt diagnostyczny  tam nie będzie.  Powstanie problem z wytwarzaniem energii. Dałoby  się zabrać ze sobą co najwyżej niewielkie panele fotowoltaiczne, które wcześniej czy później przestaną funkcjonować, a co gorsza nie na wiele się zdadzą w sytuacji kiedy nie da się przetransportować maszyn, jakie mogłyby być przez nie zasilane. W najlepszym razie, jeśli na nowej planecie znajdą się jakieś rzeki, przy pomocy prostych narzędzi mieszczących się na pokładzie statku kosmicznego da się może skonstruować jakieś prymitywne koła wodne. Podobnie przedstawiała się sprawa z budownictwem. Bez cementowni, stalowni, cegielni, hut szkła i tym podobnych, a także bez dźwigów i innych maszyn budowlanych nie da się stworzyć żadnego porządnego budynku. Co najwyżej, jeśli znajdą się tam jakieś odpowiednie skały, da się może zbudować prymitywne piramidy. Na to wszystko nakładała się niepewność co do tego, czy planeta będąca celem podróży jest zamieszkała i przez jakie stworzenia. Mogło się okazać, że będą to jakieś nieprzyjazne bestie.

Wszystkie te fakty przedstawione do publicznej wiadomości spowodowały, że kandydatów do exodusu zostało niewielu. Pozostali postanowili pozostać na miejscu, przynajmniej do chwili aż powstaną statki kosmiczne zdolne do przetransportowania niezbędnego do bezpiecznego życia wyposażenia. Wciąż nie wierzono w opinie naukowców mówiące, że wcześniej stara planeta ugotuje się w gorących oparach. 

Ci, którzy zdecydowali się na lot wierzyli w swoją szczęśliwą gwiazdę. Ufali, że na sąsiedniej planecie znajdą korzystne warunki do życia, a jeśli napotkają tam dotychczasowych mieszkańców to zdołają ich przekonać, że przybywają w dobrych zamiarach, że przekażą im wiedzę i na przestrzeni wielu pokoleń zbudują cywilizację nie ustępującą tej ze starej planety.

Nadszedł dzień odlotu. Do kilku rakiet załadowano starannie wyselekcjonowany sprzęt i zapasy. Na pokład weszła garstka śmiałków gotowych bezpowrotnie pozostawić za sobą dotychczasowe życie. Start przebiegł pomyślnie. Rakiety szybko oddalały się od powierzchni planety. Pasażerowie, uczestnicy exodusu, jeszcze przez chwilę widzieli na ekranach pozostającą za nimi ich rodzinną Wenus otoczoną gęstniejącymi, gorącymi oparami. Później patrzyli już tylko na będącą celem podróży błękitną planetę, którą od tej pory mieli nazywać swoją Ziemią. 

 

czwartek, 15 lipca 2021

Profil

 

Profil

Miłoszyn. Miejscowość wczasowa na pojezierzu.          

Ciało pływające w jeziorze dostrzegł rankiem 12 czerwca spacerowicz, który wybrał się na pomost przylegający do strzeżonej plaży. Zainteresowanie jakie wzbudził w nim obiekt dryfujący w wodzie zmieniło się w przerażenie kiedy zdał sobie sprawę, że to kobieta ubrana w czarny kostium kąpielowy unosząca się na powierzchni twarzą w dół. Wokół jej głowy falowały jasne włosy. Krzyki odkrywcy zaalarmowały ratownika, który właśnie nadchodził aby objąć ranną zmianę na kąpielisku. Pozycja w jakiej pływała kobieta wskazywała, że nie ma większych szans na ratunek gdyż jasne było, że ofiara od dłuższego czasu dryfowała z zanurzoną twarzą. Kiedy ratownik doholował ofiarę do brzegu obawy potwierdziły się, gdyż ciało było już całkowicie wychłodzone i zesztywniałe. Nie pozostawało nic innego niż wezwać policję.

Policjanci przybyli na miejsce z nastawieniem, że mają do czynienia z nieostrożną amatorką kąpieli, która zlekceważyła niebezpieczeństwa wodnego żywiołu. Na plaży, w pobliżu pomostu, znaleziono duży ręcznik, co sugerowało, że kobieta przyszła na wieczorną kąpiel w jeziorze, która okazała się fatalna w skutkach. Jednak już pobieżne oględziny ciała wskazały, że nie było to zwykłe utonięcie. Ofiara miała na szyi sine ślady, a na potylicy ranę po uderzeniu. Nie pozostawało nic innego jak zawiadomić prokuratora o prawdopodobnym zabójstwie.

Sekcja zwłok potwierdziła tę hipotezę. W protokole określono wiek ofiary na około trzydzieści pięć lat. Na podstawie badania obecności wody w płucach stwierdzono, że kobieta zginęła na lądzie i została wrzucona do jeziora dopiero po śmierci. Zgon nastąpił wieczorem poprzedniego dnia i spowodowany był najpierw zadanym tępym narzędziem uderzeniem w tył głowy, a następnie uduszeniem, najprawdopodobniej przy użyciu gołych rąk. Nie stwierdzono śladów napaści o charakterze seksualnym. W protokole zamieszczono też wzmiankę, że pod kostiumem kąpielowym ofiary znaleziono kartę do gry. Konkretnie siódemkę pik.

Sprawa przerastała możliwości miejscowego posterunku więc przekazano ją ekipie śledczej z komendy wojewódzkiej. Doświadczony komisarz prowadzący sprawę od początku miał przeczucie, że coś tu nie gra. Gdyby chodziło o gwałt zakończony morderstwem dla zatarcia śladów, to sprawa byłaby przykra, ale przynajmniej łatwa do wytłumaczenia. Kobieta zdecydowała się na wieczorną kąpiel i miała pecha trafić na jakiegoś dewianta. Jednak wyniki sekcji to wykluczały. Zachodziło pytanie o  motyw. Rabunek też odpadał bo idąc popływać w jeziorze raczej nie zabiera się ze sobą niczego cennego. Należało zatem szukać kogoś kto miał powód aby pozbawić życia tę kobietę. Jeśli jednak ktoś zamordował ją nie w jakimś ataku furii, lecz świadomie z jakiejś przyczyny, to zachodziło pytanie dlaczego pozostawił zwłoki pływające w jeziorze? Przecież mógł je gdzieś ukryć lub chociaż obciążyć  żeby zatonęły. Opóźnienie w odnalezieniu ciała zawsze utrudnia śledztwo i zwiększa szanse mordercy na uniknięcie odpowiedzialności.  I co miała znaczyć ta karta pod kostiumem? Jakiś talizman, maskotka, czy jak? Ale po co było brać to ze sobą narażając papier na rozmoknięcie?

Pytań było wiele ale należało zacząć od ustalenia tożsamości ofiary. Później przyjdzie pora na zidentyfikowanie osób, z którymi utrzymywała kontakty i wyselekcjonowanie spośród nich kogoś, kto jej źle życzył. Wyglądało na to, że kobieta wybrała się nad jezioro ubrana w kostium, mając ze sobą jedynie ręcznik kąpielowy. W pobliżu nie znaleziono żadnego zaparkowanego samochodu więc można było założyć, że mieszkała gdzieś niedaleko, na tyle blisko, że mogła wybrać się do kąpieli na piechotę, już przebrana w kostium. Komisarz zarządził zatem przepytywanie mieszkańców pobliskich domów, a zwłaszcza pensjonatów, w których zatrzymywali się wczasowicze. Zorganizowano ekipę i urządzono odprawę poświęconą omówieniu akcji. Śledczym zaoszczędzono jednak fatygi, gdyż jeszcze zanim zaczęli swój obchód po okolicy na policję zgłosiła się właścicielka jednego z pensjonatów. Oświadczyła, że wiadomość o znalezieniu topielicy rozeszła się już po całym Miłoszynie i dotarła również do niej. Obawia się, że może chodzić o jej lokatorkę, która od tygodnia wynajmuje u niej pokój.  Ta pani miała zwyczaj co wieczór wybierać się na wieczorną kąpiel w jeziorze. Chodziło o późny wieczór, czyli pływanie przy księżycu. Ponieważ pensjonat położony jest blisko plaży zazwyczaj wychodziła ubrana w kostium i owinięta ręcznikiem. Zostawiała klucz od pokoju w recepcji i odbierała go po powrocie. Krytycznego wieczora nie wróciła, a następnego ranka nie zjawiła się na śniadaniu. Właścicielka pensjonatu oświadczyła, że nie wtrąca się zazwyczaj w prywatne sprawy gości i nie obchodzi jej czy ktoś wraca na noc ani gdzie śpi. Jednak na wiadomość o tej tragedii od razu nabrała złych przeczuć. Kiedy okazano jej zdjęcie ofiary wybuchła płaczem i potwierdziła, że to jej lokatorka.

Komisarz zarządził formalne przesłuchanie. Właścicielka pensjonatu, na podstawie księgi meldunkowej poinformowała, że ofiara nazywała się Magdalena Bukowska i mieszkała w sąsiednim mieście wojewódzkim. Przyjechała na wypoczynek sama. W rozmowie z gospodynią mówiła, że pracuje w korporacji i jest zmęczona zarówno życiem zawodowym, jak i towarzyskim.  Z tego powodu postanowiła się wyciszyć i spędzić kilkanaście dni unikając ludzi. Na pytanie policjantów czy ktoś jej nie odwiedził w trakcie pobytu gospodyni odpowiedziała przecząco. Nie zauważyła również aby wczasowiczka nawiązała jakieś kontakty na miejscu. Pani Magdalena głównie czytała na tarasie, chodziła popływać, trochę spacerowała ale nic nie wskazywało na to aby kogoś poznała. Gospodyni zapytana o to czy Magdalena Bukowska miała ze sobą talię kart zareagowała zdziwieniem i stwierdziła, że nic jej o tym nie wiadomo. W trakcie przeszukiwania pokoju zajmowanego przez denatkę policja żadnych kart nie znalazła. Policja przepytała okolicznych mieszkańców, czy krytycznego wieczoru nie spostrzegli kogoś podejrzanego, a w szczególności kogoś w mokrym ubraniu. Zakładano, że w trakcie ataku napastnik mógł ulec przemoczeniu. Nikt jednak nie zauważył niczego szczególnego.

Zatem na miejscu, w Miłoszynie, nie było żadnego punktu zaczepienia. Nie zidentyfikowano nikogo kto by się kontaktował z zamordowaną ani, tym bardziej, kogoś, kto miałby powód aby ją zabić. Możliwość, że ktoś miałaby się rzucić na nieznajomą kobietę i pozbawić ją życia, skoro wykluczono motywy seksualne i rabunkowe, wydawała się mało  prawdopodobna.  Komisarz zdecydował zatem, że śledztwo należy kontynuować w mieście gdzie ofiara mieszkała. Należało ustalić z kim się tam kontaktowała, kto mógł wiedzieć, że wybiera się do Miłoszyna i kto mógł jej źle życzyć.

Zagórze. Stacja końcowa.

                Pociąg podmiejski wyruszający z miasta wojewódzkiego kończył bieg w Zagórzu. Zazwyczaj docierało tam niewielu pasażerów, gdyż większość wysiadała na poprzednich stacjach. Dnia 15 czerwca było podobnie. Na peron w Zagórzu wysiadło z elektrycznego składu jedynie kilka osób. Kierownik pociągu stwierdził, że jeden z pasażerów jednak nie wysiadł i nadal znajduje się w wagonie.  Przyczyna była łatwa do ustalenia. Mianowice w okolicy serca mężczyzny tkwił wbity nóż. Z kieszonki marynarki zabitego zamiast poszetki wystawała karta. Konkretnie walet kier.

                Konduktor powiadomił policję. Ponieważ oczywiste było, że zabójstwo nastąpiło niedawno zarządzono obławę w okolicy. Co prawda nie było wiadomo kogo szukać, ale zawsze istniała szansa, że trafi się na kogoś zachowującego się podejrzanie. Jednak tym razem nikt podejrzany się nie nawinął więc należało zacząć żmudną policyjną robotę.

                Protokół sekcji zwłok nie zawierał żadnych sensacji. Potwierdził, że śmierć nastąpiła na skutek pchnięcia nożem i miała miejsce niedługo przed przyjazdem na stację końcową. Oszacowano wiek denata na około pięćdziesiąt pięć lat. Poza tym protokół zawierał informacje o stanie zdrowia zabitego, które nie wnosiły niczego nowego. Dolegliwości typowe dla pięćdziesięciolatka, który nie przesadzał ze sportem i nie nadużywał ruchu.

                Kierownik pociągu stwierdził, że zna zabitego z widzenia, gdyż często podróżował on na tej trasie. Potwierdziło to znalezienie w jego kieszenie biletu miesięcznego do Zagórza. To sugerowało, że ofiara stamtąd pochodzi. Istotnie, rodzina wkrótce zgłosiła zaginięcie niejakiego Jana Czepczyka. Wiek się zgadzał więc  poproszono o  identyfikację zwłok. Zrozpaczeni krewni potwierdzili tożsamość ofiary. Był on z zawodu księgowym i dojeżdżał do pracy w mieście wojewódzkim, w którym rozpoczynał bieg pociąg, jakim wyruszył w swoją ostatnia podróż.  Przy zabitym znaleziono portfel zawierający kartę płatniczą i nieco gotówki, a także niezbyt kosztowny zegarek oraz złotą obrączkę. Zdaniem rodziny nic nie wskazywało na to, aby miał on mieć przy sobie coś cenniejszego. Zatem nie chodziło o napad rabunkowy. Rodzina nie potrafiła też wyjaśnić dlaczego Czepczyk miał w kieszonce waleta kier. Nie grywał w karty, nie posiadał nawet żadnej talii. Krewni nie potrafili też wskazać wrogów zdolnych do zabójstwa pana Jana. Wiadomo, jednych się lubi bardziej, innych mniej, niektórych się w ogóle nie lubi ale żeby aż tak, żeby zabić, to co to to nie.  Zamordowany był człowiekiem spokojnym, niekonfliktowym i raczej lubianym. Policja sformułowała nawet hipotezę, że jako księgowy Jan Czepczyk mógł wykryć jakieś malwersacje i padł ofiarą kogoś kto chciał aby to nie wyszło na jaw. To przypuszczenie należało jednak wykluczyć bo zabity pracował w niewielkiej firmie, gdzie nie wchodziły w grę pieniądze, dla jakich ktoś mógłby się decydować na morderstwo.

                Wobec braku racjonalnych motywów rozważano możliwość, że księgowy stał się przypadkową ofiarą jakiegoś gangu podróżującego tym samym pociągiem. Jacyś kibole czy podobne ogolone łby na grubych karkach. Odszukano większość pasażerów podróżujących pociągiem tego krytycznego dnia, jednak ani żaden z nich ani konduktor nie potwierdzili obecności jakichś chuliganów. Nie zapamiętano też  kto jechał w wagonie, którym podróżował Czepczyk. Kierownik pociągu zeznał, że sprawdzał bilety po wyruszeniu z początkowej stacji kiedy podróżnych było najwięcej i nie potrafi obecnie przypomnieć sobie rysopisów podróżnych. Odbywa codziennie kilka podróży, sprawdza bilety setkom osób i trudno aby zapamiętał kto gdzie siedział.

                Nóż, którym dokonano zabójstwa pochodził z kuchennego zestawu, jaki można kupić w każdym markecie i nie było szans aby ustalić do kogo należał. Jasne było, że zabójstwa dokonano w pobliżu końca trasy, gdy pociąg już opustoszał. Sprawdzono zapisy z monitoringu na kilku ostatnich stacjach ale niewiele to dało. Jakość obrazu była marna, większość osób patrzyła pod nogi a nie w kamerę. Na każdej stacji zarejestrowano po kilka osób wysiadających z pociągu na peron ale nie było podstaw aby kogoś z nich podejrzewać, nawet gdyby udało się go zidentyfikować. Nagrania mogły się ewentualnie przydać w przyszłości, gdyby pojawił się ktoś podejrzany, bo mogłyby potwierdzić jego obecność w pociągu. Na razie należało mozolnie starać się odtworzyć co zamordowany robił w ostatnim czasie, z kim się kontaktował i komu mógł się narazić.

Księżewice. Powiatowe miasto przyjazne rowerzystom.

                Kiedy 21 czerwca rano znaleziono ciało chłopaka leżące w parku przy ścieżce rowerowej obok przewróconego roweru w pierwszej chwili mogło to wyglądać na wypadek. Jednak bliższe oględziny oprócz otarć kolan i łokci, jakie mogły powstać przy upadku z roweru, wskazały również ranę głowy oraz sine ślady na szyi.  Policja zaczęła badać sprawę pod kątem zabójstwa.

                Sekcja zwłok potwierdziła przypuszczenia. Ustalono, że ofiara została ogłuszona ciosem w głowę zadanym ciężkim narzędziem, a następnie uduszona. Wielkość śladów na szyi wskazywała, że użyto paska o szerokości nieznacznie przekraczającej 3 cm. Wiele to nie dawało, gdyż większość męskich pasków tyle ma. Czas zabójstwa określono na poprzedni wieczór.

                Identyfikację ułatwiła  zawartość  kieszeni. Chłopak miał w niej  smartfon, kartę płatniczą oraz kartę do gry. Konkretnie trójkę karo. Na podstawie smartfona i karty płatniczej ustalono, że zabity to Sebastian Różycki, lat piętnaście. Fakt, że nie zabrano telefonu, karty, ani dość drogiego roweru wskazywał, że nie chodziło o napad rabunkowy. Zrozpaczeni rodzice zeznali, że syn nie należał do żadnych subkultur młodzieżowych, klubów kibica czy czegoś podobnego, więc nic nie wskazywało na to, że mógłby paść ofiarą jakich porachunków. Koledzy ze szkoły scharakteryzowali Sebastiana jako spokojnego i lubianego kolegę. Zaprzeczyli aby był on z kimś w poważnym konflikcie, na przykład o dziewczynę, co by mogło tłumaczyć napaść.

Komenda Głowna Policji.

                W dniu 23 czerwca do Komendy nadszedł anonim o treści:

„ 11 czerwca Miłoszyn,

 15 czerwca Zagórze,

 20 czerwca Księżewice.

 Będzie cała talia.”

                Policja otrzymuje sporo anonimów, z których większość pisana jest przez nawiedzonych maniaków lub żartownisiów. Ten list jednak zwrócił uwagę inspektora Jankowskiego. Na wszelki wypadek poprosił komendy terenowe wymienione w treści anonimu o sprawdzenie czy na ich terenie coś się wydarzyło w podanych dniach.  Kiedy otrzymał odpowiedzi natychmiast wystąpił o kopie akt, a kiedy się z nimi zapoznał poczuł zimny pot na karku.  Szczególne wrażenie zrobiły na nim zdjęcia kart znalezionych przy ofiarach. Wszystkie na odwrocie posiadały ten sam, granatowy, geometryczny wzór. Pochodziły zatem z jednej talii. Talia liczy pięćdziesiąt dwie karty. Jakiś maniak zapowiadał tyle morderstw, a to że dokonał już trzech wskazywało, że nie żartuje.

                Niezwłocznie połączono trzy prowadzone dotychczas oddzielnie śledztwa. Przy Komendzie Głównej powołano specjalną grupę dochodzeniową, na czele której stanął Jankowski.  Zaczęto od narady, podczas której omówiono sytuację i nakreślono plan działania.  Wszystko wskazywało na to, że ujawnił się seryjny morderca o wyjątkowo nietypowym i groźnym charakterze. Zazwyczaj seryjni mordercy koncentrują się na określonym typie ofiar. Mordują na przykład kobiety o podobnym wyglądzie, na przykład przypominające tę, za sprawą której spotkał ich kiedyś zawód miłosny. Inni napadają na cudzoziemców o ciemniejszym odcieniu skóry. Najgorsi zwyrodnialcy zabijają dzieci.  Istnienie takiego schematu ułatwia wytypowanie i ujęcie sprawcy. Niestety w tym wypadku trudno było wskazać podobne kryterium. Ofiarami byli kobieta w średnim wieku, starszy mężczyzna i młody chłopak. Od razu po połączeniu śledztw skoncentrowano się na poszukiwaniu elementów mogących łączyć trzy morderstwa. Niczego jednak nie ustalono. Zabici nie mieli wspólnych znajomych ani krewnych, nie łączyły ich żadne zainteresowania ani sprawy zawodowe. Wszystko wskazywało na to, że morderca wybiera ofiary całkiem przypadkowo. Po prostu zjawia się w określonej miejscowości i czeka na okazję czyli na napotkanie samotnej osoby w odludnym miejscu, nie ważne kim ta osoba jest. Można było sobie wyobrazić przebieg każdego z trzech morderstw.

Zabójca zjawia się pod wieczór w Miłoszynie, przechadza się w pobliżu pustoszejącej plaży. Wreszcie spostrzega kobietę zmierzającą do wody. Uderza ją czymś w głowę, być może kamieniem, który po tym wrzuca do jeziora. Ogłuszoną ofiarę dusi, wkłada jej siódemkę pik pod kostium i porzuca ciało przy brzegu. Po tym szybko znika.

Kilka dni później wsiada do pociągu zmierzającego do Zagórza. Widzi, że pasażerów ubywa. W pewnej chwili zostaje w wagonie sam na sam z Janem Czepczykiem. Uderza nożem zaskoczonego księgowego, wkłada mu waleta kier do kieszonki marynarki, przechodzi do innego wagonu i wysiada na najbliższej stacji.

Niedługo po tym   przyjeżdża do Księżewic i spaceruje po parku rozglądając się za kolejną ofiarą. Widzi nadjeżdżającego na rowerze chłopaka. Kiedy ten go mija, popycha go zrzucając z roweru. Zanim oszołomiony dzieciak się pozbierał, uderza go w głowę i dusi. Następnie wsuwa mu trójkę karo do kieszeni i znika.

Żadnego z tych zabójstw nie dało się precyzyjnie zaplanować. Nawet gdyby morderca skądś wiedział, że  Magdalena Bukowska ma zwyczaj będąc na wakacjach zażywać wieczornych kąpieli w jeziorze, to nie mógł zakładać, że kiedy zjawie się na plaży wieczorem 11 czerwca, to w okolicy nikogo innego nie będzie. Podobnie, nawet gdyby zabójcy wiadome było, że Jan Czepczyk wraca codziennie z pracy do domu pociągiem, który pustoszeje przed Zagórzem, to nie mógł mieć pewności, że zostanie z nim w wagonie sam na sam. Z podobnych powodów nie dało się przewidzieć, że  Sebastian Różycki nadjedzie na rowerze akurat w momencie gdy ta część parku będzie pusta. Sposób dokonania tych zabójstw wskazywał na wielką determinację i skłonność sprawcy  do ryzyka. W żadnym z trzech przypadków nie mógł całkowicie wykluczyć, że na miejscu zbrodni znajdzie się jednak jakiś przypadkowy świadek.

Wynikał z tego przerażający wniosek, poparty dodatkowo groźbą zawarta w anonimie, że morderca znów czai się w jakimś zakątku kraju czekając na okazję aby zaatakować kolejną przypadkową ofiarę, która niczym na taki atak nie zasłużyła i wobec tego się go nie spodziewa. Należało zatem działać szybko.

Badanie anonimowego listu nic nie dało, gdyż nie zawierał on żadnych odcisków palców, a napisany był standardową czcionką z popularnego edytora tekstu i wydrukowany był na drukarce powszechnie używanego typu.  Jedyny konkret polegał na tym, że list nadano w Warszawie. To jednak o niczym nie świadczyło, jako że morderca przemieszczał się po całym kraju.

Właśnie to przemieszczanie ekipa dochodzeniowa przyjęła za punkt wyjścia. Wszystkie trzy miejscowości, w których dokonano morderstw były niewielkie i docierały do nich jedynie nieliczne środki komunikacji w postaci pociągów lub autobusów. Niewielkie odstępy czasowe pomiędzy morderstwami wskazywały, że sprawca nie przybywał na miejsce z wyprzedzeniem lecz raczej zjawiał się w miejscu zbrodni krótko przed jej popełnieniem licząc na szczęśliwy traf (o ile w tym kontekście można użyć tego określenia) , który da mu okazję do popełnienia zabójstwa. Prawdopodobnie opuszczał miejscowość  zaraz potem.  Zaangażowano zatem znaczne siły policyjne w znalezieniu pasażerów pociągów i autobusów, które dotarły do Miłoszyna, Zagórza i Księżewic  krótko przed zabójstwami lub opuszczały te miejsca wkrótce po nich. Sprawdzono też kto nocował w miejscowych pensjonatach i hotelach w krytycznym czasie. Działania te podejmowano ze świadomością, że prawdopodobieństwo powodzenia jest niewielkie. Morderca musiałby być idiotą żeby się meldować na nocleg  w małej miejscowości, w której przed chwilą dokonał zabójstwa. Szansa, że ktoś ze współpasażerów zauważył w pociągu lub autobusie kogoś podejrzanego była mała, tym bardziej, że zupełnie nie było wiadomo o kogo pytać.  Sposób dokonania morderstw sugerował, że sprawcą musiał być dość silny mężczyzna, ale nie dało się wykluczyć, że dokonała tego duża, sprawna fizycznie kobieta. Mimo wszystko, policja pracę wykonała. Jak można było się spodziewać ten kierunek nie dał efektów. 

Założenie, że seryjny morderca korzysta z transportu publicznego od początku było wątpliwe. Bardziej prawdopodobne było, że podróżował samochodem. Sprawdzono zatem wszelkie możliwe zapisu monitoringu z Miłoszyna, Zagórza i Księżewic  starając się odnaleźć auto, które znajdowało się we wszystkich tych miejscach w dniach poszczególnych zabójstw. To się również nie udało, czemu nie należy się dziwić, jako że kamery w tych miejscowościach nie były liczne. Zabójstwo w Zagórzu stanowiło nieco odmienny przypadek niż pozostałe dwa. Jeśli morderca nadjechał samochodem i wsiadł do pociągu gdzieś na trasie to jego auto musiało zostać w pobliżu tej stacji. Kiedy po dokonaniu zbrodni wysiadł kilka przystanków dalej musiał jakoś wrócić  po samochód. Policji udało się ustalić, że w pobliżu przedostatniej stacji na trasie pociągu skradziono rower,  odnaleziony następnie  w powiatowym mieście, w którym znajdowała się stacja kolejowa czwarta od końca trasy czyli od Zagórza. Wiele wskazywało na to, że zabójca wsiadł tam do pociągu, dokonał morderstwa tuż przed przedostatnią stacją, wysiadł na niej, ukradł rower i wrócił na nim do miejsca gdzie czekało na niego auto. Ustalono zatem sposób poruszania się sprawcy ale w niczym to nie przybliżyło śledczych do jego schwytania.

W dniu 26 czerwca o trzech dokonanych  już morderstwach i o groźbach dokonania kolejnych napisały tabloidy. Podano wiele szczegółów, łącznie z informacją o kartach znalezionych przy ofiarach. Okazało się, że do gazet nadeszły anonimowe listy, w których ktoś, zapewne morderca osobiście, opisał sprawę. Inspektor Jankowski doszedł do wniosku, że nagłośnienie tej ponurej historii może mieć dobre strony.  Być może znajdzie się i zgłosi na policję ktoś, kto ma jakieś informacje na temat sprawcy. Ponadto przestraszeni ludzie będą zachowywać się ostrożniej, utrudniając mordercy kolejne ataki.  Artykuły w gazetach rzeczywiście wywołały rodzaj psychozy. Na policję zgłosiła się roztrzęsiona nauczycielka liceum z Lublina, która otrzymała anonimowy list o treści: „Będziesz dama trefl”.  Na szczęście okazało się, że to głupi żart jej uczniów.

Rozgłos sprawy „karcianego zabójcy”, jak nazwała go prasa, wywarł jednak silną presję na policję. Gazety pytały jak to możliwe, że po dokonaniu trzech morderstw nie udało się znaleźć żadnego śladu.  Ponieważ rutynowe działania policyjne, jak dotychczas, nie przynosiły efektów inspektor Jankowski postanowił zwrócić się do znanego psychologa o sporządzenie profilu psychologicznego sprawcy. Na podstawie sposobu działania, treści i stylu nadsyłanych anonimów oraz tym podobnych przesłanek niejednokrotnie udawało się zawęzić krąg podejrzanych do grupy o określonych, specyficznych cechach. Ta metoda śledcza nie była traktowana jako absolutnie pewna i niezawodna, jednak praktyka wykazywała jej przydatność.

Rozmowa inspektora z psychologiem miała miejsce 27 czerwca. Profiler wyraził chęć przygotowania opinii i zapytał w jakim terminie Jankowski jej oczekuje. Usłyszawszy, że na jutro wybuchnął śmiechem. Opracowanie profilu psychologicznego sprawcy wymaga starannego przestudiowania akt, oględzin miejsca przestępstwa, analizy listów i tak dalej. Zazwyczaj zajmuje to kilka tygodni, lub nawet miesięcy. Inspektor stanowczo oświadczył, że w tym wypadku nie ma czasu do stracenia. Zabójca dokonywał poprzednich zbrodni w krótkich odstępach czasu i należy liczyć się z tym, że obecnie szuka już okazji do czwartego morderstwa. Ponadto, rozgłos jaki uzyskała sprawa spowodował, że każdy kto z jakiegoś powodu zdecyduje się teraz zabić sąsiada, wspólnika, żonę, szwagra albo teściową może podłożyć ofierze kartę z talii i skierować w ten sposób śledztwo na fałszywe tory. Psycholog pod naciskiem ze strony Jankowskiego zobowiązał się przygotować profil na 5 lipca i podpisał stosowną umowę.

Umowa została wypełniona. W dniu 5 lipca inspektor Jankowski otrzymał profil sprawcy, w którym napisano:

„Sprawcą serii morderstw jest mężczyzna w wieku ok. 43 lat o wzroście ok 185 cm, niebieskich oczach i ciemnoblond włosach przyciętych krótko,  z zaczątkami łysienia na czubku głowy. Jest sprawny fizycznie, chociaż cechuje się lekką nadwagą, gdyż waży ok 95 kg. Zamieszkuje w dużym mieście w centralnej Polsce. Z dużym prawdopodobieństwem można twierdzić, że chodzi o Warszawę. Posiada wyższe wykształcenie techniczne i pracuje w dziale serwisu znanej, międzynarodowej korporacji. Zabójstw dokonywał w trakcie delegacji służbowych do dużych miast, w których zlokalizowani są klienci korzystający z urządzeń jego firmy. Wracając z Olsztyna zboczył z głównej trasy i znalazł się w Miłoszynie w poszukiwaniu okazji do popełnienia morderstwa, co mu się udało. Podobnie, zbrodni w Zagórzu dokonał wracając z delegacji do Wrocławia,  a zabójstwo w Księżewicach popełnił zbaczając z trasy powrotnej z Rzeszowa. W podróżach służbowych używa różnych samochodów wchodzących w skład floty firmy, co utrudnia ich powiązanie z zabójstwami. Sprawca jest zdolny, ambitny i z tego powodu sfrustrowany wykonywaną pracą. Co prawda jest ona dobrze płatna i stabilna, ale zabójca uważa, że wykonuje zadania leżące poniżej jego możliwości. Dodatkowo nie ma perspektyw na awans i żyje ze świadomością, że nielubianą pracę będzie wykonywał do emerytury.  Jego sytuacja rodzinna jest  ustabilizowana. Ma żonę i dziecko. Rodzina nie zdaje sobie sprawy z jego zbrodniczej działalności. Osobowość sprawcy jest rozdwojona. Z jednej strony odczuwa on silną potrzebę uzyskania sławy i rozgłosu, co popycha go dokonywania zabójstw. Z drugiej strony ma świadomość okropności tych czynów i chciałby ich zaprzestać. Nie potrafi się oprzeć żądzy mordu ale podświadomie pragnie aby się to skończyło. Z tego powodu dokonuje zabójstw w sposób bardzo ryzykowny, jakby chcąc przyspieszyć moment ujęcia przez policję. W ten sposób zostałby zmuszony do zaprzestania serii zabójstw mimo że sam nie jest w stanie oprzeć się pokusie popełniania czynów dostarczających mu adrenaliny oraz mocnych wrażeń, jakich brak w jego ustabilizowanym życie zawodowym i rodzinnym.”

Profil okazał się sukcesem. Był w stu procentach dokładny i ściśle opisał cechy przestępcy. Sukces psychologa nieco umniejsza fakt, że istotnie, w osobowości mordercy toczyła się walka pomiędzy dobrem a złem. Ostatecznie ta dobra strona zwyciężyła i zabójca, niejaki Remigiusz K.,  sam w dniu 2 lipca zgłosił się na policję przyznając się do popełnienia trzech morderstw oraz do  nieodpartej chęci popełnienia kolejnych. Aby tego uniknąć nie widział innego wyjścia jak oddać się w ręce wymiaru sprawiedliwości. Wszystkie cechy Remigiusza K. zamieszczone w profilu można było znaleźć w prasie już nazajutrz, 3 lipca. Jednak umowny termin opracowania profilu wyznaczony na 5 lipca pozostawał w mocy.