piątek, 15 października 2021

GPS

 

GPS

                - Na skrzyżowaniu skręć w prawo. – powiedział kobiecy głos z nawigacji.

                Zapadał zmrok. Kasia drzemała na siedzeniu pasażera w kabinie kampera. Od czasu zjazdu z autostrady droga prowadziła głównie przez pola. Kiedy wokół pojawiły się  zabudowania jakiejś miejscowości kobieta zapytała siedzącego za kierownicą męża:

                - Gdzie jesteśmy?

                - Nie wiem.  To jakaś mała wioska. Przy wjeździe nie było nawet tablicy z nazwą tylko znak oznaczający początek obszaru zabudowanego.  

                - Tak to jest gdy się korzysta z nawigacji. Na dobrą sprawę człowiek nie wie którędy jechał.

                - Ważne żeby trafić na miejsce.

                - Daleko jeszcze?

                Mężczyzna spojrzał na ekranik smartfona umocowanego pośrodku deski rozdzielczej.

                - Według GPS jeszcze 57 kilometrów albo godzina i pięć minut. Widać prowadzi nas po słabych drogach, bo przewiduje raczej marną średnią prędkość.

                - Za sześć kilometrów skręć w lewo na rozwidleniu. – odezwała się nawigacja.

                - Kiedy dojedziemy będzie już  ciemno. – stwierdziła Kasia.

                - Nie szkodzi. Na szczęście mamy lato,  a w letnie noce nigdy  nie ma takiej zupełnej ciemności jak w listopadzie.

                Droga weszła w las. Automatycznie zapaliły się światła kampera oświetlając stojące najbliżej szosy drzewa. Na skutek tego  wszystko co było dalej pozornie pogrążyło się w ciemności.  Kamper na przemian jechał pośród pół i lasów, ale coraz trudniej było z jego wnętrza oglądać okolicę gdyż reflektory wycinały z mroku jedynie asfalt i stojące na poboczu słupki odmierzające kolejne kilometry.  Z rzadka za oknami pojawiały się światła w oknach nielicznych zabudowań, a jeszcze rzadziej lampy uliczne stojące pośrodku mijanych miejscowości.  W miarę zbliżania się do celu  te oznaki cywilizacji stawały się coraz rzadsze. Na asfaltowej drodze przybywało dziur, a wokół gęstniały drzewa.  Droga zagłębiała się w duży leśny kompleks.

                - Za trzysta metrów skręć w prawo.

                Kierowca zawahał się.

                - Tutaj? – zdziwił się na głos. – To jakaś leśna dróżka.

                - Nie widać innej drogi. – powiedziała Kasia. – Nawigacja wie co robi.

                Kamper potoczył się wolno nieutwardzoną przesieką niemal ocierając się o gałęzie drzew. Reflektory oświetlały piasek porośnięty gdzieniegdzie mchem. Po kilku minutach nawigacja odezwała się ponownie:

                - Na rozwidleniu skręć w lewo. Cel znajduje się za dwieście metrów. 

                Kamper  wtoczył się na leśną polanę.  Po lewej, pomiędzy pniami drzew pobłyskiwała tafla jeziora. Kasia wraz z mężem wysiedli z kabiny i zachłysnęli się intensywnym zapachem sosen. Uderzyła ich leśna cisza, która wydawała się absolutna po zgaszeniu pomrukującego przez kilka poprzednich godzin silnika.  Rozejrzeli się wokoło. Na skraju polany stał w ciemności  drugi pojazd. Od jego strony w ich kierunku ruszyły jakieś postacie.

***

                Matka Kasi energicznie pchnęła drzwi komisariatu  i podeszła do dyżurki, w której, za szybą siedział młody   policjant.

                - Chcę zgłosić zaginięcie córki i zięcia. – powiedziała pochylając się do niewielkiego, półokrągłego otworu w dole szkła.

                - Od kiedy nie ma pani z nimi kontaktu? – zapytał policjant. – Bo my przyjmujemy zgłoszenia dopiero po czterdziestu ośmiu godzinach.

                - Słyszałam o tym. – powiedziała kobieta. – Dlatego tak długo czekałam z przyjściem tutaj. Oni wyjechali na urlop trzy dni temu. Od tego czasu usiłuję się do nich dodzwonić ale wciąż mam sygnał, że oba telefony są niedostępne. Jestem zaniepokojona, bo w Polsce praktycznie nie ma już miejsc gdzie nie byłoby zasięgu.

                - Wie pani dokąd zamierzali jechać?

                - Dokładnie nie wiem. – w głosie kobiety pojawiło się zakłopotanie. -  Normalnie mam bardzo dobry kontakt z córką, ale tym razem jakoś unikała konkretnej odpowiedzi kiedy pytałam gdzie się wybierają.  Zrozumiałam, że gdzieś nad morze albo na Mazury ale konkretnie niestety nie wiem.    

                 - Czy zna pani może numer rejestracyjny auta? Bo jak rozumiem wybrali się samochodem?

                - Wypożyczyli kampera. Skąd miałabym znać jego numer?

                - A markę?

                - Też nie znam. Taki duży, biały.

                Policjant zachował dla siebie uwagę, że prawie wszystkie kampery są duże i białe. Z nieco zrezygnowaną miną sięgnął po formularz zgłoszenia i przystąpił do jego wypełniania przeczuwając, że w tej sytuacji poszukiwania nie będą łatwe.

***

                Pierwsze spotkanie z szefem agencji detektywistycznej zostało umówione w jego biurze mieszczącym się na parterze jednej z kamienic w centrum.   

                - Jak mówiłam, od kilku dniu nie mam kontaktu z córką.

                - Zgłosiła pani sprawę na policję?

                - Tak, ale nie sądzę aby coś z tego wynikło. Udało im się odszukać firmę, w której córka z zięciem wypożyczyli kampera i na tej podstawie ustalili numer rejestracyjny. Mówią, że nie mają zgłoszenia o wypadku, w którym uczestniczył ten pojazd.

                -To już coś.  – stwierdził detektyw. – Jedna możliwość została w ten sposób wykluczona.

                - Ponadto sprawdzili zgłoszenia meldunkowe ze wszystkich kempingów nad  morzem i na pojezierzu. Córka z zięciem nigdzie się nie meldowali. Wygląda na to, że na więcej ze strony policji nie ma co liczyć. Dlatego przychodzę do pana.

                -Przynajmniej wykonali podstawową, dość żmudną robotę. Co do tych meldunków na kempingach to nie byłbym w stu procentach pewien, bo w sezonie nie wszyscy skrupulatnie do tego podchodzą. Ponadto nie możemy wykluczyć że pani dzieci zatrzymały się w jakimś dzikim miejscu. To możliwe przy podróży kamperem.

                -Proszę pana. – powiedziała matka Kasi. – Ja mam świetny kontakt z córką. Dzwonimy do siebie codziennie. Doradzam jej co zrobić na obiad, jak postępować z mężem kiedy się posprzeczają i w tym podobnych sprawach. Jestem pewna, że coś złego się stało. Nie wierzę, żeby przez  tyle dni się nie odezwała albo chociaż nie wysłała SMS-a, że bezpiecznie dojechali na miejsce.    

                -Ale co pani zdaniem mogło się stać? Policja wykluczyła wypadek drogowy. Gdyby padli ofiarą jakiegoś napadu to  policja również miałaby na ten temat wiedzę.

                -Tak, ale tylko w przypadku gdyby ktoś znalazł ofiary napadu. Wie pan, ja od kilku nocy słabo śpię i zastanawiam się co mogło zajść.  Obawiam się, że zostali zwabieni w jakieś odludne miejsce i uprowadzeni albo obrabowani.

                -Jak mieliby zostać wabieni? – wyraził wątpliwość detektyw.

                -Przez ten cały GPS. Ja też z tego korzystam, nie mogę zaprzeczyć, że to przydatna rzecz.  Ale ja zawsze sprawdzam na tradycyjnej mapie, którędy ta nawigacja mnie prowadzi. Natomiast oni nie. Wpisują cel i bezkrytycznie jadą tak, jak GPS zaleca. Gdyby im nawigacja wyznaczyła trasę z Krakowa do Warszawy przez Szczecin, to też nie nabraliby wątpliwości. Wciąż się słyszy o tych różnych hakerach, którzy włamują się do różnych systemów. Pomyślałam, że ktoś mógł podczas ich jazdy włamać się do komputera obsługującego ten system i zmienić cel podróży na jakieś ponure i odludne miejsce. Dzieci, ufając nawigacji, dojechałyby tam, prosto w ręce czekających bandytów.  Takie mam przeczucie.

                -Hm…- zastanowił się głośno detektyw. – Pierwszy raz o czymś takim słyszę. Owszem, są włamania do systemu telefonii komórkowej. Hakerzy podsłuchują rozmowy, czytają wiadomości tekstowe, zdobywają listy połączeń. Ale żeby przejmować kontrolę nad nawigacją? Cóż, nie mogę tego całkowicie wykluczyć….

                - A może pan sprawdzić?

                -Córka z zięciem korzystali z nawigacji w telefonie, czy z jakiegoś GPS w tym wypożyczonym kamperze?

                -Zazwyczaj posługiwali się telefonem. Córka mówiła mi, że to daje aktualne informacje o korkach, których nie ma w nawigacji wbudowanej w aucie.

                -To ułatwia sprawę.  Od telefonii komórkowej da się uzyskać informacje, przynajmniej w sensie technicznym. Bo legalność to inna sprawa. Teoretycznie należałoby uzyskać nakaz sądowy, a to zazwyczaj trochę trwa.

                -Jest pan w stanie przyspieszyć sprawę?

                - Od tego jesteśmy. Wie pani, detektyw obecnie to już nie facet w prochowcu i ciemnych okularach robiący zdjęcia teleobiektywem.  Nasza praca polega na uzyskiwaniu informacji, które w dzisiejszych czasach znajdują się przede wszystkim w systemach informatycznych. Na ogół odbywa się to, mówiąc oględnie, na pograniczu prawa.

                -Czyli zatrudnia pan własnych hakerów czy po prostu kupuje pan dane od telekomów?

                -Pani wybaczy, ale nasze metody pracy to poufna sprawa. Zresztą z punktu widzenia prawa lepiej żeby pani nie wiedziała. Pani zleca nam zadanie w dobrej wierze, zakładając że działamy całkowicie legalnie. Ja nie daję pani żadnych powodów aby myśleć inaczej.  Jest tylko jeden delikatny niuans – to niestety nie jest tania usługa.

                -Nie będę żałować pieniędzy gdy chodzi o bezpieczeństwo dzieci. Zresztą stać mnie. Oczywiście przy założeniu, że ta cena jest rozsądna. Może pan zdobyć te dane?

***

                Detektyw odezwał się po dwu dniach.

                - Znam współrzędne punktu docelowego wpisanego jako ostatni w telefonie pani zięcia. Pokrywa się to z miejscem, w którym telefony jego i pani córki łączyły się z siecią po raz ostatni. To miejsce leży w środku lasu, daleko od najbliższej ludzkiej osady.

                -Rany boskie! – wykrzyknęła matka Kasi. – Moje najgorsze przeczucia się potwierdzają. Musimy tam jechać natychmiast. Jak rozumiem będzie pan miał ze sobą jakąś broń.

                Niespełna osiem godzin później samochód prowadzony przez detektywa jechał leśnym duktem pokonanym niedawno przez kampera Kasi i jej męża. Sceneria była jednak zupełnie inna, gdyż słońce świeciło jeszcze wysoko rzucając przez korony drzew złociste plamy na leśne podszycie. Po wjeździe na polanę z jednej strony pomiędzy drzewami widać było błękitną ton jeziora.  Na skraju polany stały dwa białe kampery. Od strony wody nadeszła Kasia ubrana w szorty i koszulkę na ramiączkach.   Miała ładnie opalone nogi i ramiona. Na jej widok matka wydała najpierw okrzyk radości ale za chwilę  zaczęła wyrażać pretensje.

                -Jak mogłaś nie dać znaku życia przez tyle dni. Zamartwiałam się na śmierć. Wynająłem detektywa – wskazała na towarzyszącego jej mężczyznę – żeby cię odszukać.

                -Dlaczego się zamartwiałaś? – spytała Kasia. – Po prostu doszliśmy z mężem do wniosku, że chcemy na okres urlopu  wyłączyć telefony żeby zapomnieć o korporacjach, w których harujemy przez cały rok. Znajomi powiedzieli nam o tym miejscu, umówiliśmy się tutaj i spędzamy urlop w dwie pary.

                -Jak to dlaczego się martwię? Przecież dzwonimy do siebie co dziennie!

                - Nie mamo. Nie dzwonimy do siebie. To ty dzwonisz do mnie codziennie, mówisz mi co ma  zrobić na obiad chociaż mam już trzydzieści lat i mówisz mi jak postępować z mężem, chociaż to mój mąż, a nie twój. Po prostu chciałam sobie zrobić małą przerwę.  

środa, 15 września 2021

Radio

 

Radio

                -Mówmy sobie po imieniu. – zaproponowała właścicielka domu. – Łatwiej się nam będzie współpracowało. Mam na imię Alicja, a znajomi mówią do mnie Ala.

                - Bardzo chętnie. – odpowiedziała architektka. – Jestem Jola. Masz rację, Alu.  Jeśli ten projekt ma się udać, to znaczy jeśli masz być zadowolona z efektu to musimy się dobrze rozumieć. Mówienie sobie po imieniu temu sprzyja.

                -Czuję, że się dogadamy. Już mam wrażenie, że nadajemy na tych samych falach. – powiedziała Ala. – Ten dom, który niedawno kupiłam to ma być spełnienie moich marzeń. Niedawno przeszłam na emeryturę. Mam sporo oszczędności bo nieźle mi się powodziło. Nie mam też innych ograniczeń bo dzieci się wyprowadziły i wreszcie mogę urządzić się całkiem po swojemu. Oczywiście z twoją fachową pomocą.

                -To piękna, przedwojenna willa. – powiedziała Jola. – Widzę, ze zachowało się sporo oryginalnego wystroju. Parkiety są w niezłym stanie, wystarczy scyklinować. Proponuję też nie zmieniać stolarki. Gdybyśmy wstawiły tu współczesne, plastikowe okna to byłby dysonans. Ale powinnam zacząć od pytania jak ty to widzisz? Chcesz utrzymać klimat sprzed prawie stu lat, czy przerabiamy to wszystko na współczesną modłę?

                -Chciałabym uniknąć skrajności. – odpowiedziała Ala.- Szkoda byłoby zupełnie zatracić ten przedwojenny klimat, ale z drugiej strony wolałabym nie mieszkać w skansenie.

                -Oczywiście. – zgodziła się Jola. – Trzeba będzie wymienić podstawowe instalacje, bo te wszystkie kable i rury są zapewne po tylu latach w marnym stanie. Nie chciałybyśmy aby wkrótce po remoncie zdarzyło się jakieś zalanie i zwarcie.

                -Jasne. – powiedziała Ala. – Zgadzam się z tobą, że podłogi, drzwi i okna zachowamy. Oczywiście po renowacji.  Kuchnię, łazienki i sypialnie chciałabym urządzić współcześnie. Natomiast w holu, salonie i jadalni spróbujmy pozostawić dawny klimat.

                -To rozsądny kompromis. – stwierdziła Jola. – Wobec tego bierzmy się do roboty.

***

                Po pół roku remont był na ukończeniu. Stary dom odzyskał blask. Nadeszła pora na meblowanie.

                Właścicielka willi i architektka znajdowały się w salonie na parterze i zastanawiały się nad ustawieniem sprzętów.

                -Jak rozmieścić podstawowe meble ustaliłyśmy już dawno. – przypomniała Jola. – Mamy wszystko na szkicach i wizualizacjach. Sofa przy tej ścianie, obok niej stolik i fotele. Tam komoda, a nad nią duże lustro. Teraz chodziłoby o dodanie kilku drobiazgów, które dadzą temu wnętrzu indywidualny klimat. Takie kilka wisienek na tym torcie, które pozwolą nam uzyskać efekt.  Muszę zapytać o budżet. Ile jeszcze możesz wydać po tym całym remoncie?

                -Na obraz Tamary Łempickiej raczej mi nie starczy. – stwierdziła Ala. – A szkoda, bo byłby w sam raz skoro usiłujemy urządzić ten salon w stylu art deco. Ale serio, to nie jest tak całkiem źle. Coś tam mi jeszcze zostało.

                -OK. Łempicką odpuszczamy. – powiedziała Jola. – Ale coś na tej ścianie powinnyśmy powiesić. Proponuję jakąś starą fotografię lub grafikę. Poszukamy po antykwariatach albo po prostu w internecie. Natomiast tam, na tym małym biureczku, które ma stanąć w rogu dałabym jakiś sprzęt z epoki. Na przykład przedwojenną maszynę do pisania albo coś w tym rodzaju. Poszukamy.

                Ostatecznie obie panie zdecydowały się na przedwojenny radioodbiornik, który znalazły w sklepie ze starociami. Miał ładną, fornirowaną obudowę, a z przodu naniesioną na szklanej płytce skalę pokazującą częstotliwości poszczególnych stacji oraz tzw. „magiczne oko”, które po załączeniu płonęło  zielonkawym światłem. Sprzedawca twierdził, że radioodbiornik jest sprawny ale niestety, nie nadaje się do słuchania współczesnych stacji radiowych nadających w paśmie UKF, gdyż w czasach gdy został skonstruowany nadawano na znacznie dłuższych falach. Tłumaczył coś dosyć mętnie, ale sens był taki, że generalnie odradzał podejmowanie prób słuchania tego radia. Niezależnie od wątpliwej funkcjonalności aparat pełnił funkcję dekoracyjną, dobrze wpisując się w klimat wnętrza.

***

                Zapadał zmrok. Ala stała w salonie ciesząc się spokojem, który nastał wreszcie po wyjściu ekipy remontowej. Rozglądała się wokoło z zadowoleniem. Praca, jaką wykonały z Jolą dała efekty. Miała swój wymarzony dom, w którym będzie mogła się wygodnie zestarzeć. Razem z architektką zadbały o wszystko. Każdy szczegół pasował do całości i cieszył oko.

                Zaczynało się ściemniać ale Ala nie chciała jeszcze zapalać światła, żeby nie wypłoszyć nastroju, jaki panował w salonie. Wpadła natomiast na pomysł aby włączyć stary radioodbiornik. „Magiczne oko” wypełniło pokój zielonkawą poświatą dodatkowo wspomagając lekko nostalgiczną aurę  wnętrza.  Nagle przyszła jej chęć aby sprawdzić czy radio rzeczywiście działa. Pokręciła gałką, a czerwona wskazówka przesunęła się w lewo na tle skali. Aparat zaskrzeczał, wydał kilka pisków i trzasków, a na koniec popłynął z niego głos spikera:

                „Jest dziewiętnasta, czwartek, piętnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Zapraszamy na wiadomości W Brukseli odbyła się kolejna runda negocjacji w sprawie przystąpienia Polski do NATO. Przedstawiciele polskiej delegacji na konferencji prasowej stwierdzili, że pomimo sprzeciwu ze strony Federacji Rosyjskiej osiągnięto postęp w rozmowach…”

                -Ciekawe. - pomyślała Ala. – To brzmi jak prawdziwe wiadomości sprzed ponad dwudziestu lat. Czyżby jakaś stacja nadawała audycje archiwalne? A może to stare radio ma jakieś urządzenie do nagrywania transmitowanych audycji i teraz się to przypadkiem odtworzyło? Nie ma instrukcji do tego radioodbiornika. Sprawdzę na smartfonie w internecie. Może coś na ten temat znajdę.

                Zaczęła rozglądać się za smartfonem, ale ten zniknął. Nie było go w żadnym z miejsc, gdzie mógłby się znajdować. W trakcie poszukiwań Ala przypadkiem spojrzała w lustro i oniemiała.

                -Wow.. – szepnęła do siebie. – Wyglądam jakbym miała o dwadzieścia lat i dziesięć kilogramów mniej. Ten dom mi służy.

                Przez chwilę z zadowoleniem przyglądała się swojemu odbiciu. Następnie podeszła do radia i kręcąc gałką przesunęła wskazówkę na skali jeszcze bardziej w lewo. Po kilku piskach z radia popłynął głos:

                „Witamy w wieczornych wiadomościach dnia szóstego lutego tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku. W referacie wygłoszonym podczas plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysz Władysław Gomułka stwierdził, że nienaruszalność granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej jest podstawą powojennego ładu europejskiego…”

                Ala zastygła ze zdziwienia. Odruchowo spojrzała w lustro i zdumiała się jeszcze bardziej, gdyż zobaczyła w nim małą dziewczynką z dwoma cienkimi, jasnymi warkoczykami. Obróciła się za siebie lecz w pokoju nikogo poza nią nie było. Coś skłoniło ją do tego aby sięgnąć do gałki radioodbiornika i jeszcze bardziej przesunąć wskazówkę na skali. Rozległo się kilka trzasków, a później z głośnika dobiegła marszowa muzyka. Na jej tle zabrzmiały słowa spikera:

                „Witamy w piękny poranek pierwszego maja tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. W pochodzie maszerują przodownicy pracy, robotnicy i inżynierowie, którzy odbudowują naszą stolicę. Powiewają szturmówki i transparenty z napisami sławiącymi dokonania Polski Ludowej…

                Ala spojrzała w lustro, ale dostrzegła w nim tylko pusty pokój, w którym nikogo nie było.

 

               

                -

sobota, 14 sierpnia 2021

Exodus

 

Exodus

                Pierwsze objawy ocieplenia klimatu przeszły niemal niezauważone. Wyjątkowo gorące lato, podobnie jak bezśnieżną zimę uznano za sporadyczne wybryki natury, które się od zawsze zdarzały co pewien czas.  Jednak kiedy w ciągu kolejnych lat takie zjawiska zaczęły się regularnie powtarzać nie dało się już zaprzeczyć, że wzrost temperatury planety to stały, niebezpieczny trend. Sprawą zajęli się naukowcy. W wyniku analiz utworzonych w tym celu modeli klimatycznych uczeni osiągnęli porozumienie co do tego, że przyczyną globalnego ocieplenia jest wzrost ilości gazów cieplarnianych znajdujących się w atmosferze. Prognozy wskazywały, że jeśli w najbliższym czasie nie zostaną podjęte środki zapobiegawcze, to proces nabierze nieodwracalnego charakteru i życie na planecie stanie się niemożliwe. Problem w tym, że konieczne środki zapobiegawcze jakie należałoby podjąć wymagały generalnej zmiany dotychczasowego stylu życia.  Utrzymanie modelu rozwoju gospodarczego polegającego na stałym wzroście produkcji pociągającym za sobą konieczność zwiększania wytwarzania energii i wydobycia  surowców było niemożliwe. Planeta po prostu nie była w stanie tego wytrzymać.  Niestety, wystąpiły problemy z  akceptacją tego faktu. Znaczna część ludzi po prostu nie wierzyła w raporty naukowców. Natomiast nawet ci, którzy byli w stanie zrozumieć przesłanie nauki i uwierzyć w nie, niekoniecznie byli skłonni do wyrzeczeń. Starsi myśleli, że planeta jakoś wytrzyma jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.  A później to już będzie problem młodszych.  Mieszkańcy chłodniejszych rejonów, położonych bliżej biegunów uważali, że im ocieplenie klimatu może nawet przynieść korzyść, a niech się tym martwią obywatele ciepłych krajów.  Bogatsze społeczeństwa  byłyby nawet w stanie zgodzić się na pewne wyrzeczenia, ale kraje na dorobku się temu opierały, chcąc najpierw dorównać poziomem życia tym bardziej rozwiniętym. Największy opór pochodził jednak ze strony biznesu. Aby ratować planetę należałoby zmienić tradycyjne podejście do marketingu polegające na wmawianiu klientom, że potrzebują wciąż nowych produktów, których rzekoma innowacyjność i przydatność jest wątpliwa, a cała rzecz polega na bezustannym zastępowaniu obecnych produktów nowymi wyłącznie dla podtrzymania produkcji. Jeśli nie da się wymyśleć czegoś rzeczywiście lepszego to trzeba wmówić odbiorcom, że zmieniła się moda, a kto za nią nie nadąża jest nieudacznikiem.

Chciwość korporacji, oraz egoizm i brak solidarności społeczeństw w połączeniu z  nieufnością do nauki spowodowały, że proces ocieplania klimatu przekroczył stan krytyczny i stał się nieodwracalny. Na skutek wzrostu temperatura woda intensywnie parowała. Powierzchnia planety wysychała, a w atmosferze kłębiła się para wodna dając w rezultacie co pewien czas katastrofalne opady, którym towarzyszyły tornada. Życie pomiędzy następującymi cyklicznie suszami, powodziami i huraganami stawało się stopniowo koszmarem. Kiedy zrozumiano, że żarty się skończyły, wybuchła panika i  rozpoczęły się procesy migracyjne oraz walki o chłodniejsze tereny w pobliżu biegunów.  W tym czasie ktoś rzucił propozycję przeniesienia się na sąsiednią, bardziej oddaloną od Słońca, planetę. W pierwszych chwili pomysł wywołał entuzjazm. Chęć podjęcia kosmicznej podróży zgłosiły  miliony osób.  Jednak kiedy zaczęto analizować ten pomysł w szczegółach liczba kandydatów do exodusu spadła niemal do zera. Okazało się, że dane na temat warunków panujących na sąsiedniej planecie są bardzo skąpe. Pomiary dokonane przez nieliczne sondy wskazywały, że mogą tam istnieć warunki do życia, a nawet samo życie. Niektórzy naukowcy sugerowali, że to życie może nawet przyjmować rozwinięte formy. Nie wykluczano istnienia prymitywnych cywilizacji. Dostępne dane były jednak bardzo niekompletne. W rezultacie decyzja o przeniesieniu się na sąsiednią planetę przypominała decyzję o skoku do basenu, w którym była jakaś  ciecz, ale nie wiadomo czy to woda czy kwas siarkowy. A nawet jeśli to woda to nie wiadomo czy nie za gorąca, a jak chłodna, to nie można wykluczyć, że pływają w niej rekiny.

W tej sytuacji zdecydowana większość  uznała, że lepiej będzie pomęczyć się na swojej starej planecie, która stawała się nieprzyjazna, ale była przynajmniej dobrze znana.  Jeszcze przez jakiś czas da się wytrzymać, a później się zobaczy. Może coś się zmieni i jakoś to będzie. Chętnych do kosmicznej podróży została garstka. Znalazła się fundacja mogąca sfinansować ich lot, ale kandydatom uczciwie przedstawiono sytuację. Przede wszystkim będzie to bilet w jedną stronę bo rakiety, jakie da się zbudować przy obecnym poziomie technologii aby wystartować i pokonać siłę grawitacji mogą zabrać jedynie określony ciężar. Oznaczało to, że nie starczy paliwa na lot powrotny. Z tego samego powodu pasażerowie mogą zabrać ze sobą jedynie bardzo ograniczone zapasy i wyposażenie. Bez odpowiedniego sprzętu nawet zaawansowana wiedza nie przyda się na wiele w obcym, surowym środowisku. Znajomość medycyny niewiele pomoże, jeśli można zabrać ze sobą tylko niewielki zapas podstawowych leków, a szpitali wyposażonych w  sale operacyjne i sprzęt diagnostyczny  tam nie będzie.  Powstanie problem z wytwarzaniem energii. Dałoby  się zabrać ze sobą co najwyżej niewielkie panele fotowoltaiczne, które wcześniej czy później przestaną funkcjonować, a co gorsza nie na wiele się zdadzą w sytuacji kiedy nie da się przetransportować maszyn, jakie mogłyby być przez nie zasilane. W najlepszym razie, jeśli na nowej planecie znajdą się jakieś rzeki, przy pomocy prostych narzędzi mieszczących się na pokładzie statku kosmicznego da się może skonstruować jakieś prymitywne koła wodne. Podobnie przedstawiała się sprawa z budownictwem. Bez cementowni, stalowni, cegielni, hut szkła i tym podobnych, a także bez dźwigów i innych maszyn budowlanych nie da się stworzyć żadnego porządnego budynku. Co najwyżej, jeśli znajdą się tam jakieś odpowiednie skały, da się może zbudować prymitywne piramidy. Na to wszystko nakładała się niepewność co do tego, czy planeta będąca celem podróży jest zamieszkała i przez jakie stworzenia. Mogło się okazać, że będą to jakieś nieprzyjazne bestie.

Wszystkie te fakty przedstawione do publicznej wiadomości spowodowały, że kandydatów do exodusu zostało niewielu. Pozostali postanowili pozostać na miejscu, przynajmniej do chwili aż powstaną statki kosmiczne zdolne do przetransportowania niezbędnego do bezpiecznego życia wyposażenia. Wciąż nie wierzono w opinie naukowców mówiące, że wcześniej stara planeta ugotuje się w gorących oparach. 

Ci, którzy zdecydowali się na lot wierzyli w swoją szczęśliwą gwiazdę. Ufali, że na sąsiedniej planecie znajdą korzystne warunki do życia, a jeśli napotkają tam dotychczasowych mieszkańców to zdołają ich przekonać, że przybywają w dobrych zamiarach, że przekażą im wiedzę i na przestrzeni wielu pokoleń zbudują cywilizację nie ustępującą tej ze starej planety.

Nadszedł dzień odlotu. Do kilku rakiet załadowano starannie wyselekcjonowany sprzęt i zapasy. Na pokład weszła garstka śmiałków gotowych bezpowrotnie pozostawić za sobą dotychczasowe życie. Start przebiegł pomyślnie. Rakiety szybko oddalały się od powierzchni planety. Pasażerowie, uczestnicy exodusu, jeszcze przez chwilę widzieli na ekranach pozostającą za nimi ich rodzinną Wenus otoczoną gęstniejącymi, gorącymi oparami. Później patrzyli już tylko na będącą celem podróży błękitną planetę, którą od tej pory mieli nazywać swoją Ziemią.