sobota, 12 czerwca 2021

Bunkier

 

Bunkier

                Julian, jako rodowity krakowianin, od dzieciństwa miał styczność z zabytkami. Szczególnie fascynowały go fortyfikacje. Te ogólnie znane, średniowieczne umocnienia Wawelu i resztki murów miejskich szybko go znudziły jak wielokrotnie oglądany film. Zainteresował się pochodzącymi z XIX wieku fortami twierdzy Kraków, których były dziesiątki, a wiedza o ich istnieniu nie była tak powszechna. W ciągu kilku lat spenetrował każdy z fortów rozmieszczonych pierścieniem wokół miasta. Naturalną koleją rzeczy, kiedy już poznał każdy zakamarek dawnych cesarsko-królewskich  umocnień, skierował swoją uwagę na fortyfikacje nowożytne. Takich akurat w Krakowie brakowało, więc rozpoczął poszukiwania w internecie. Natrafił na informacje o Śląskim Obszarze Warownym. W latach 30-tych XX wieku, kiedy  zagrożenie wojną z Niemcami stało się realne, Polska wybudowała linię fortyfikacji mającą bronić górnośląskiego regionu przemysłowego. Składały się na nie liczne bunkry, od niewielkich schronów wyposażonych w strzelnicę dla jednego karabinu maszynowego, po wielkie tradytory artyleryjskie wyposażone w działa i liczne ckm-y.  Bunkry te były ulokowane w odległości kilkuset metrów od siebie i nawzajem osłaniały się ogniem. Oglądają na zdjęciach w sieci ich charakterystyczne sylwetki z obłymi krawędziami zwieńczone od góry pancernymi kopułkami dla karabinów maszynowych  Julian zapragnął zobaczyć je na żywo.

Na Górny Śląsk nie było daleko. Pewnego majowego dnia Julian siadł w samochód i wyposażony w mapkę wydrukowaną z internetu wyruszył na poszukiwanie bunkrów. Zadanie nie było łatwe, bo dawna linia obronna ulokowana była w terenie z dala od wygodnych dróg dojazdu. Po ostatniej wojnie bunkry ulokowane daleko od granicy stały się nieprzydatne dla wojska i tkwiły porzucone w zaroślach, pośród lasów jakie w międzyczasie wokół nich wyrosły, a niejednokrotnie pośród budynków, jakie w pobliżu wybudowano. Julian za cel wybrał jedną z dzielnic Rudy Śląskiej. Dojechał tak blisko jak tylko się dało do miejsca gdzie według mapy powinien stać jeden z bunkrów ale na koniec musiał zaparkować auto i szukać dalej na piechotę. Próbował pytać miejscowych, których spotykał po drodze, ale w większości przypadków spotykał się ze wzruszeniem ramion. Wreszcie ktoś go nakierował. Julian zaczął wspinać się na wskazane mu  łagodne wzgórze i w połowie stoku dojrzał swój cel. Pod szczytem, na skraju lasu, dojrzał przysadzistą sylwetkę bunkra. Od strony, z której nadchodził widać było tylko stalową kopułę ze strzelnicami oraz zaokrąglone, betonowe krawędzie ścian, gdyż od strony spodziewanego ostrzału schron był zabezpieczony nasypem ziemnym, obecnie porośniętym niskimi krzewami.  Bunkier zbudowano w dobrze wybranym miejscu. W dolinie u stóp wzgórza wiła się niewielka rzeczka, wzdłuż której biegła droga. Lokalizacja na szczycie wzgórza pozwalała trzymać pod ostrzałem całą dolinę i uniemożliwiać nieprzyjacielowi korzystanie z szosy.

Kiedy Julian podszedł bliżej dostrzegł na ścianie bunkra tablicę z napisem „Schron imienia A. Kowolika”. Oprócz tablicy dostrzegł dwu mężczyzn, którzy siedzieli oparci o ścianę budowli trzymając w dłoniach butelki piwa. Nie wyglądali na obywateli, dla których picie piwa w plenerze stanowi główny element stylu życia. Sprawiali raczej wrażenie ludzi, którzy przyszli tu odpocząć po ciężkiej pracy. Julian pomyślał, że być może dowie się od nich czegoś o bunkrze.

- Dzień dobry – zagaił. – Czy wiecie może panowie kim był ten patron bunkra?

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Na chwilę zapadło milczenie, aż wreszcie odezwał się jeden z nich.

- Alojz Kowolik to boł chop z Kochłowic. W trzydziestym dziewiątym boł przy wojsku i dostoł przydział do tego bunkra. Łobsługiwoł cekaem w tej wieżyczce. – mężczyzna wskazał kopułkę pancerną.

- A czym się zasłużył, że jego imię nadano temu schronowi? – zapytał Julian.

- Krótko przed wybuchem wojny Alojz dostoł przepustka i spotkoł się z chopami z Kochłowic. Wszyscy godali ło wojnie. Chopy pytali Alozja, jak to bydzie, czy  polskie wojsko się łobroni. Alozj na to rzekł – słuchejcie chopy, jo nie moga godać za cołkie wojsko, ale jo wom godom jedno – jo swojego bunkra byda bronił do końca. Niedugo po tym Niemce zaatakowali. Kajś tam pod Wielunim przełamali front i wojoki co bronili tych bunkrów dostali rozkaz do wycofanio coby nie być łokronżonym. Nie wiem co Alojz mioł wtedy w gowie, ale wiem, że nie mioł lekko. Bo kożdy Ślonzok je nauczony porządku. Jak rozkazują się cofać, to trza się cofać. Ale Alojz pamiętoł co przyłobiecoł tym chopom. Na koniec został w tym bunkrze. Dowódca roz rozkazywoł roz prosił coby się wycofał z niemi ale Alojz jak coś roz postanowił to się tego trzimoł. Na koniec te inne wojoki poszli, a on został we bunkrze som. Cołki dzień tym swoim cekaemem trzimoł pod łogniem cołko dolina – mężczyzna wskazał w stronę rzeczki płynącej w dole. – Żoden samochód niemiecki nie poradzioł przejechać.

- I co, Niemcy go nie atakowali ? – zapytał Julian.

- Takie głupie coby się ciepać na ten cekaem to łone ni boły. Żoden nie  chcioł na sam początek wojny ginąc za tego ich firera. Poczekali do zmroku i zakradli się od zadku, łod lasu. Alojz nie poradzioł strzelać na wszystkie strony, bo strzelnice w wieżyczce są nakierowane ino tam. Te Niemce naciepali handgranatów do środka bez strzelnice. Co boło później ludzie różnie godajom. Niektóre godajom, co po tym prziszli te gizdy z gestapo, zabrali co tam zostało z Alojza i pochowli bele kaj, coby grób nie przypomianoł polskiego bohatera. Inni godajom, że kiedy już cekaem Alozja umilkł to Najświętsza Panienka z Piekar prziszła po niego i zabrała do nieba. Kożdy wierzy w to co chce.

- A kiedy bunkier nazwano imieniem Alojza? –zapytał Julian.

- Po wojnie przez jakiś czas bunkry trzimało wojsko, ale im boły na nic tak daleko łod granice. Później stoły puste i ludzie zrobieli  z nich hasioki. Połno w nich boło różnego szajsu. My robiemy na grubie, pod ziemiom, i my sam po szychcie przychodzili na piwo. I tak my pomyśleli, że nie śmie tak być coby w miejscu kaj Alojz łoddoł życie terozki boł hasiok. My zaczęli ten bunkier sprzątać. Wyciepli my ten szajs, trocha odmalowali i ponaprawiali. Jednego razu prziszoł sam chop ze Straży Miejskiej. Chcioł nom dać mandat za dewastacja zabytku.   To my go zaprowadzili do sąsiedniego bunkra kaj nadal boł hasiok i my jemu pedzieli – podziwej się jak wyglądo zabytek niezdewastowany. A później my go wzienli nazod tukej i my mu pedzieli – a tak wyglądo zabytek kiery my zdewastowali. Łon nie boł gupi. Zameldowoł komendantowi co i jak i za jakiś czas Rada Miasta nam przyznała dotacjo. Ino my musieli założyć fundacjo co się nozywo „Fundacja ochrony zabytków Śląskiego Obszaru Warownego im. A. Kowolika”. A imię Alozja my nadali bunkrowi kiedy łon go drugi raz obronił.

- Jak to obronił drugi raz, skoro zginął? – nie zrozumiał Julian.

- Alozj pedzioł, co bydzie bronił bunkra do końca. A wto wie kiedy je koniec? Boł taki czas, kiedy się pojawili złomiorze. Jo nie mom nic naprzeciw kiedy jaki borok, kiery nie mo za co dzieci wyżywić się nazbiero niepotrzebnego nikomu żelastwa. Ale ci złomiorze to boły richtig gangi, kiere kradły cołki metal. Nawet gleizy czyli szyny łod koleje. I łone chcieli ukraść kopuła łod tego bunkra. Wiedzieli co cołkiej nie weznom bo to waży więcej niż dziesięć ton. To łoni wzienli ze sobą palnik i butle coby połokrawać ta kopuła na kąski i po kąsku wynieść. Prziszli nocom od tej strony skąd wyście prziszli. Ale Alozj czuwoł nad swojem bunkrem. Kiedy te chachary podeszli blisko, najsamprzód we wieżyczce cosik błysło, a później Alozj puścił seria ze swojego cekaemu. Nie chcioł ich zabijać, strzeloł do wierchu ale stykło. Złomiorze ciepli ten palnik i butle bele kaj i gibko pitali.

- Ale to przecież niemożliwe, skoro pan Kowolk zginął podczas wojny. – wyraził wątpliwość Julian.

- Wyście, panie się nos spytali fto to boł Alozjz Kowolik. To jo żem wom richtig i do porządku pedzioł. A kożdy wierzy w to co chce,

Ślązak sięgnął po butelkę piwa dając w ten sposób do zrozumienia, że rozmowę z gorolem uważa za zakończoną.

sobota, 15 maja 2021

Pasażerka

 

Pasażerka

                Na lotnisku należy się znaleźć  około półtorej godziny przed planowanym odlotem. Dojazd do poru lotniczego z domu Pawła zajmuje około trzech godzin. Paweł na wszelki wypadek dodał do tego jeszcze godzinę. Na drodze zdarzają się korki, czasem trudno jest znaleźć miejsce na lotniskowym parking, a kolejka do odprawy pasażerskiej, zwłaszcza do kontroli bezpieczeństwa na bramkach bywa długa. Jednak nie tym razem. Szosa była pustawa, jazda odbywała się płynnie. Parking przy lotnisku był wypełniony zaledwie w połowie, a odprawa przebiegała szybko.

                W rezultacie `Paweł znalazł się w strefie bezcłowej, z kartą pokładową w ręku, ponad dwie godziny przed odlotem. Nie planował żadnych zakupów, a bezproduktywnego oglądania wystaw sklepowych nie lubił. Dla zabicia czasu wypił kawę w jednej z kafejek, co zajęło około dwudziestu minut. Przeciągać się tego nie dało, gdyż nad głową stali mu inni pasażerowie polujący na wolne miejsca na nielicznych krzesełkach, a do dalszej konsumpcji zniechęcały go zbójeckie, lotniskowe ceny.  Wobec tego udał się do bramki, z której odlatywać miał jego samolot. Na szczęście właśnie wystartował poprzedni lot i rzędy krzesełek w pobliżu wejścia do rękawa były pustawe, a zatem przynajmniej było gdzie usiąść. Nadal miał prawie półtorej godziny do spodziewanego wejścia na pokład. Z braku lepszego pomysłu wyjął laptopa z podręcznej torby i zaczął przeglądać internet, korzystając z darmowego, lotniskowego wi-fi.  Zbliżała się połowa kwietnia i właśnie minęła rocznica katastrofy „Titanica”. Niemal wszystkie portale zamieściły artykuły z tej okazji, bo akurat żadna aktualna katastrofa się nie wydarzyła i należało wypełnić strony wspomnieniami o tej sprzed lat.  Szczególnie zainteresowała go obszerna galeria archiwalnych zdjęć dołączona do jednego z tekstów. Wi-fi było słabe i kolejne obrazki otwierały się opornie, co Pawłowi nie przeszkadzało. Cierpliwie czekał aż stare fotografie zapełnią ekran, a następnie uważnie je studiował.  Jego uwagę zwróciło zdjęcie transatlantyku odbijającego od nabrzeża w Southampton. Na wszystkich pokładach, przy relingach widać było pasażerów pozdrawiających ludzi, którzy żegnali statek z portu.  Widok pasażerów skłaniał ku refleksji. Z perspektywy ponad stu lat wiadomo było, że większość z nich ma przed sobą niewiele dni życia ale oni nie mieli takiej świadomości.  Płynęli ku swemu przeznaczeniu radośni, uśmiechnięci, pełni nadziei na lepsze życie w `Nowym Świecie.  Nie zdawali sobie sprawy, że na drodze do swoich marzeń napotkają pośród zimnej, bezksiężycowej nocy górę lodową.

                Pasażerów przy bramce powoli przybywało. Paweł nie zwracał uwagi na osoby zajmujące miejsca w pobliżu niego, zaabsorbowany myślami o słynnej katastrofie, o której słyszał cały świat. Zaczął się zastanawiać nad losem wielu innych ludzi, którzy również zginęli na morzu, ale bez rozgłosu, o losie których niewielu usłyszało.  W dziejach polskiej marynarki, pomijając okres wojny, nie było na szczęście wielu katastrof. W pierwszej kolejności Paweł przywołał wspomnienie promu „Heweliusz”. Pamiętał, że zatonął on zimą, bodajże w połowie stycznia, ale nie potrafił przypomnieć sobie jak dawno temu. Lata lecą. Ponieważ wciąż było sporo czasu do odlotu, zaczął w szukać w sieci informacji o „Heweliuszu”. Udało mu się znaleźć zdjęcie promu opuszczającego Świnoujście. Kontrast z fotografią „Titanica” rzucał się w oczy. Nie było wiwatujących tłumów, eleganckich arystokratów na pokładach przypisanych do pierwszej klasy, ani pełnych nadziei skromnych emigrantów. W połowie stycznia promem do Szwecji wypływali głównie kierowcy ciężarówek, których na nabrzeżu nikt nie żegnał. Mroźna i wietrzna pogoda nie zachęcała do przebywania na pokładzie.  Przy relingu promu stała jedynie niewielka grupka mężczyzn ubranych tak jak ubierają się kierowcy tirów. Palili papierosy i spoglądali na oddalający się port. Ich twarze nie wyrażały emocji. Kolejny kurs i tyle. Po dokładniejszym przyjrzeniu się fotografii Paweł zauważył jednak jeszcze jedną osobę stojącą z dala od grupy kierowców. Była to kobieta w trudnym do dokładnego określenia, średnim  wieku. Zastanawiąjące było co skłoniło tę pasażerkę aby w połowie stycznia wybrać się w podróż promem zajmującym się głównie transportem ciężarówek. Pora roku sugerowała, że raczej nie była turystką. Raczej chodziło o podróż służbową albo odwiedziny u krewnych lub znajomych w Szwecji.  Kobieta stojąca samotnie na pokładzie była dziwnie ubrana. Mimo mrozu miała na sobie nie płaszcz lecz długą, czarną suknię z silnie podkreślonym wcięciem w talii, a na głowie duży kapelusz z rondem opadającym na jedno z ramion. Strój ten wyglądał staromodnie i z jakiegoś powodu wzbudził niepokój Pawła. Miał wrażenie, że skądś zna tę kobietę, że już ją gdzieś widział. Jak zwykle w takich przypadkach po głowie zaczęły mu krążyć natrętne myśli, nie ustępujące aż do momentu, kiedy sobie przypomni. 

                Przypomniał sobie po trzech minutach ale sam nie chciał wierzyć w to co ustalił. Musiał sprawdzić i się upewnić. Ponownie odszukał w sieci zdjęcie „Titanica” opuszczającego Southhampton i zaczął je starannie studiować. Nie mylił się. Na jednym z pokładów, samotnie, z dala od pasażerów połączonych w grupy znajomych lub krewnych, stała kobieta w czarnej sukni i kapeluszu z obszernym rondem. Oglądając zdjęcie za pierwszym razem nie zwrócił na nią uwagi, gdyż była jedynie jedną z kilkuset osób widocznych na pokładzie statku. Jednak jej obraz zapisał się gdzieś w jego podświadomości i uruchomił dzwonek alarmowy przy oglądaniu zdjęcia polskiego promu. Nie miał wątpliwości, że na zdjęciach „Titanica” i „Heweliusza” była  ta sama pasażerka. Mało tego, była tak samo ubrana i, na pierwszy rzut oka w tym samym wieku. Nie mogło być zatem tak, że kobieta  przeżyła katastrofę „Titanica” i przypadkiem wsiadła na „Heweliusza” gdyż obie katastrofy dzieliło zbyt wiele czasu.  Nawet gdyby dożyła ponad stu lat to nie mogłaby wyglądać tak samo jak w 1912 roku.
                Paweł oglądał czasem horrory klasy B i z tego powodu nasunęła mu się myśl, że ta kobieta pojawia się z jakichś zaświatów zapowiadając katastrofę. Był jednak trzeźwo myślącym inżynierem, i nie mógł zaakceptować takiego wytłumaczenia. Usiłował znaleźć jakieś racjonalne rozwiązanie zagadki.  Może kobieta z „Heweliusza” była po prostu sobowtórem pasażerki „Titanica”. Zdarzają się pary ludzi o niemal identycznym wyglądzie. Pasażerka promu mogła się urodzić po wielu latach jako sobowtór tej z transatlantyku. Nie można wykluczyć, że obie były spokrewnione. Sądząc po zdjęciach kobieta wsiadając na „Titanica” mogła już mieć dzieci, i nawet jeśli zginęła na Atlantyku to jej potomstwo przeniosło determinujące wygląd geny w przyszłość. Zresztą nie jest powiedziane, że zginęła. Kobiety w pierwszej kolejności trafiały na łodzie ratunkowe, więc może przeżyła zatonięcie „Titanica”. A w takim przypadku tym bardziej mogła się doczekać dzieci. Być może jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności jej prawnuczka wyglądem przypominająca do znudzenia prababkę wsiadła na pokład „Heweliusza”.  Ta teoria nieco uspokoiła Pawła, ale tylko nieco gdyż miała słabą stronę. Bo niby czemu ta prawnuczka miałaby na zimową podróż przez Bałtyk ubierać wyszczuplający talię gorset i staromodny kapelusz? Nie dało się wykluczyć, że to jakiś makabryczny żart. Być może ktoś pozbawiony wyczucia i szacunku dla ofiar korzystając z Photoshopa wyciął ze zdjęcia „Titanica” jedną postać i wkleił ją w fotografię „Heweliusza”.

                W tym momencie odezwał się głoś pracownicy linii lotniczej zapraszający pasażerów na pokład samolotu. Paweł zamknął laptopa i podniósł wzrok.  Naprzeciwko niego siedziała kobieta w czarnej, staromodnej sukni. Na głowie miała kapelusz z opadającym rondem zakrywający znaczną część twarzy. W ręku trzymała kartę pokładową na lot Pawła. 

 

czwartek, 15 kwietnia 2021

Życzenia

 

Życzenia

                - Wesołych Świąt! – zawołał wuj Stefan wchodząc do mieszkania.

                Niezwłocznie zabrał się do wyściskiwania gospodarzy – swojej siostry i szwagra. Jego żona, ciocia Halina, stojąc w pobliżu drzwi wejściowych czekała aż jej małżonek zakończy powitalne rytuały. Po dłuższej chwili  wuj wypuścił właścicieli mieszkania ze swoich objęć, zdjął oraz odwiesił płaszcz.  Całe towarzystwo przeszło  do jadalni. Na środku pokoju stał obficie zastawiony świąteczny stół.

                - A gdzie Ela z mężem? – zapytał wuj rozglądając się po mieszkaniu.

                Miał na myśli córkę i zięcia gospodarzy.

                - Nie będzie ich. – powiedziała gospodyni nieśmiało, jakby obawiając się reakcji brata. – Uważają, że to niebezpieczne w czasie pandemii. Nikt z nas nie jest jeszcze zaszczepiony, więc uznali, że lepiej będzie nie odwiedzać nas w święta. Poprosili nas o przekazanie życzeń.

                - Coś podobnego! – zagrzmiał wuj. – Słyszałaś, Halinka? Więc oni też wierzą w tę pandemię? Nie spodziewałem się, że nawet moja siostrzenica da sobie zrobić wodę z mózgu.

                - Więc uważasz, że pandemii nie ma? – zwrócił się do szwagra gospodarz. -  Przecież codziennie podają dane o zakażeniach i zgonach.

                - Czarna propaganda! – oświadczył wuj. – Chcą nas nastraszyć żeby na nas zarobić.

                - Niby kto ma  na tym zarabiać?

                - Jak to kto? – oburzył się wuj. – Bankierzy, bo rządy się zapożyczają na walkę z tą niby pandemią, firmy informatyczne bo wszyscy musza pracować zdalnie przez internet, a przede wszystkim firmy farmaceutyczne. Chyba ci tego nie muszę tłumaczyć. Nie znoszę tych bogaczy. Mają miliardy, a jeszcze im mało. Dranie nie cofną się przed niczym żeby tylko oskubać ludzi. A ten nasz rząd zamiast nas przed tym bronić to jeszcze dokłada do pieca. Bo w gruncie rzeczy im to też pasuje. Po prostu lubią nadużywać władzy i wykorzystują okazję żeby nam odebrać wolność i narzucić różne durne obowiązki. Debile każą mi nosić maseczkę kiedy spaceruję po wolnym powietrzu. Nie cierpię tych nieudolnych kandydatów na dyktatorów. Jedyna korzyść z tej niby pandemii jest taka, że ci cholerni politycy też noszą maseczki i nie muszę patrzeć na te zakazane mordy.

                - Jednak statystyki wskazują, że ilość zgonów wzrasta. – argumentował gospodarz.

                - Niby kto umiera? – odparł wuj. – Same grubasy. Jak ktoś przez całe życie żre bez opamiętania i waży sto dwadzieścia kilo to nie potrzebuje covidu bo i tak ledwo dyszy. Nie znoszę tych obżartuchów. Sami się proszą o cukrzycę, nadciśnienie i tym podobne. Później łażą po lekarzach, a człowiek przez to musi czekać w kolejkach.

                Gospodyni widząc, że temperatura dyskusji niebezpiecznie rośnie zaprosiła wszystkich do stołu. Wuj zasiadł na honorowym miejscu i zlustrował wzrokiem świąteczne potrawy.

                - Może i dobrze, że Eli nie ma. – stwierdził. – Ten jej wegetarianizm psuje mi apetyt. Zawsze kiedy jem mięso czuję na sobie jej pełen wyrzutu wzrok.  Nie cierpię tych   wszystkich jaroszy i innych cyklistów. Bardziej im zależy na zwierzętach niż na ludziach. Przydałoby się odrobinę tolerancji. Niech sobie jedzą ten jarmuż, tofu  i inne soczewice ale niech zostawią w spokoju człowieka, który ma ochotę zjeść odrobinę mięsa.

                To mówiąc wuj nałożył sobie na talerz potężny kawałek szynki.

                - Stefan! – syknęła Halina. – Trochę kultury. Nie musisz zjeść na raz wszystkiego. Sam przed chwilą narzekałeś na łakomczuchów.

                - Jest chyba różnica między kimś kto się obżera na okrągło, a kimś kto w święta zje coś dobrego – oburzył się wuj. – A ty się nie zachowuj jak zołza. Nie znoszę kobiet, które przy każdej okazji pouczają mężów, a najbardziej lubią poniżać ich przy obcych. Nie rozumiem co takie sobie myślą.  Stale krytykują, a później się dziwią, że facet pije.

                - A gdzie w takim razie spędzają święta Ela z mężem, skoro obawiają się być tu z nami? – ciocia Halinka przerwała wynurzenia męża.

                - Mówiła, że zjedzą śniadanie, a później pójdą na rower. – odpowiedziała gospodyni.

                - No tak. – stwierdził sarkastycznie wuj. – Ta moda na rowery. Tym rowerzystom się wydaje, że im wszystko wolno. Przecież ten przepis, że rower ma takie same prawa jak samochód to idiotyzm. Jedzie taki środkiem jezdni, sam się naraża i do tego blokuje ruch. Nie cierpię tych cyklistów. Ale jeszcze gorsi są ci na rolkach. Pędzą jak szaleni po chodnikach.

                Gospodarz poczekał aż wuj skończy narzekania i rzekł:

                - Zanim na dobre zaczniemy jeść te wszystkie przysmaki, chciałem wam życzyć wesołych świąt, dużo zdrowia i radości.

                - I życzliwości ze strony wszystkich naokoło. – dodał wuj. – Nie rozumiem skąd w ludziach tyle nietolerancji.

poniedziałek, 15 marca 2021

Chmura

 

Chmura

                Paweł nie zwrócił uwagi na pierwsze reklamy pamięci zewnętrznej, jakie pojawiły się w jego poczcie elektronicznej. Miał zwyczaj kasować bez czytania wszelkiego rodzaju wiadomości, jakie nadchodziły na jego adres od nieznanych nadawców.  Tak też postąpił w tym przypadku. Rzucił jedynie okiem na temat maila, który brzmiał „Przenieś pamięć do chmury” i usunął go bez otwierania. Sądził, że chodzi o przeniesienie danych zapisanych na twardym dysku prywatnego laptopa na jakiś niesprecyzowany serwer. Był to aktualny trend w informatyce, którego unikał z powodu braku zaufania do tej technologii. Może był staroświecki, ale uważał, że co własny dysk to własny dysk i nie miał ochoty aby zgromadzone na nim dokumenty i zdjęcia znalazły się nie wiadomo gdzie i pod kontrolą nie wiadomo kogo.

                Reklama pojawiała się w poczcie systematycznie, a Paweł konsekwentnie umieszczał ją w koszu razem z całą resztą spamu. Po jakimś czasie zmianie uległ temat. „Przenieś pamięć do chmury” zostało najpierw zastąpione przez „Nie obciążaj sobie głowy”, a później przez „Już nigdy o niczym nie zapomnisz”.  Któregoś wieczora ciekawość wzięła jednak górę i Paweł postanowił przeczytać treść natrętnej reklamy. Zdawał sobie sprawę, że otwieranie wszelkiego rodzaju załączników pochodzących z nieznanego źródła grozi ułatwieniem zadania hakerom, ale według jego wiedzy przeczytanie samej treści maila było raczej bezpieczne.  Obok tematu nie było żadnej ikonki w kształcie spinacza wskazującej na obecność załączników, więc zdecydował się kliknąć w wiadomość.  Na ekranie pojawił się tekst:

                „Naprawdę uważasz, że masz niezawodną pamięć? Nigdy nie zdarzyło ci się zapomnieć o zapłaceniu rachunku na czas, albo o spotkaniu, na które byłeś umówiony? Czy wracając ze sklepu do domu zawsze masz wszystko co miałeś kupić?  Ile razy musiałeś wracać do marketu po zapomniany produkt i na nowo szukać miejsca na parkingu?  Czy zawsze pamiętasz gdzie co położyłeś i umiesz to odszukać gdy jest potrzebne? Nie oszukujmy się. Nasza pamięć nie działa idealnie. Jeśli nie chcesz więcej płacić odsetek za przeterminowane płatności, nie chcesz znowu wymyślać głupich usprawiedliwień dla ludzi, których zawiodłeś, nie chcesz tracić czasu na szukanie potrzebnych przedmiotów to mamy dla ciebie rozwiązanie. Przenieś swoją pamięć z głowy do chmury.

                Jak to działa? – Nasza korporacja opracowała przełomowe rozwiązanie. Z obu stron głowy, pod skórę na skroniach wszczepiamy dwa mikroprocesory, które monitorują ośrodki pamięci w twoim mózgu. Określone informacje, które chciałbyś zapamiętać nasz system  kopiuje do pamięci zewnętrznej w chmurze, a następnie w odpowiednim czasie, przypomina ci o tym co w danej chwili istotne. Co więcej, nasz system nie tylko potrafi pobrać określone dane z twojego mózgu, ale może też usunąć niechciane wspomnienia. Czy nigdy nie zdarzyło ci się coś, o czym wolałbyś zapomnieć?  My możemy to zorganizować.

                Czy to jest bezpieczne? – Całkowicie. Nie zwlekaj. Zapomnij o czym chciałbyś zapomnieć i pamiętaj o czym powinieneś pamiętać. Odwiedź nas na Facebooku”

                Treść ogłoszenia przemawiała do Pawła mimo, że nauczył się nie ufać reklamom. Jednak zbyt wiele razy zdarzyło mu się ostatnio zapominać o rzeczach ważnych, a z drugiej strony, w tyle głowy mimo woli przechowywał  wspomnienia, których przywoływanie było przykre. Zdecydował się zajrzeć na podany w ogłoszeniu profil. Znalazł tam opinie wielu zadowolonych użytkowników systemu. Wątpliwości powoli ustępowały, tym bardziej, że korporacja oferowała bezpłatny, trzymiesięczny okres próbny. Skontaktował się z firmą i umówił na wszczepienie mikroprocesorów.

                Zabieg był mało dokuczliwy. Mikroprocesory rozmiarami nie przewyższały ziarenek maku, więc ich zainstalowanie pod skórą wymagało tylko niewielkiego nakłucia i w sumie nie było to bardziej bolesne niż zwykły zastrzyk.  Nie było wiadomo czy facet, który wszczepiał procesory był lekarzem czy informatykiem. W każdym razie miał na sobie biały fartuch co nadawało mu pewien autorytet. Paweł zapytał go o kilka spraw, jakie wciąż budziły jego wątpliwości.

                - Kiedy ten system zacznie działać?

                - W zasadzie natychmiast, a z całą pewnością gdy tylko nakłucia się zabliźnią.

                - Jak to jest z tym kasowaniem niemiłych wspomnień? Skąd wiadomo których z nich chciałbym się pozbyć?

                - To się odbywa automatycznie. Te dwa procesory monitorują aktywność pana mózgu. Kiedy powróci do pana wspomnienie, to w przypadku, gdy odbiera je pan jako niemiłe, ośrodek pamięci reaguje określonymi falami elektromagnetycznymi. System je wykrywa i wie, że sprawiają panu przykrość, więc je kasuje.

                - Czy to jest nieodwracalne?

                - Na wszelki wypadek te usunięte wspomnienia są przechowywane w chmurze przez rok. Jeśli w tym czasie nie poprosi pan o ich przywrócenie to zostaną skasowane ostatecznie.

                - Skoro wspomnienia zostają usunięte z pamięci to jak mogę prosić o ich przywrócenie? Przecież nie powinienem w ogóle pamiętać, że takie wspomnienia istniały.

                - W zasadzie ma pan rację, ale to nie jest takie całkiem proste. Pomimo tego, że wykonaliśmy gigantyczne badania nad funkcjonowaniem ludzkiej pamięci, to niektóre aspekty pracy mózgu wciąż nam się wymykają. Człowiek to nie komputer.  Czasem pomimo skasowania jakieś szczątkowe ślady wspomnień pozostają i może pan mieć wrażenie, że czegoś pan zapomniał ale nie wie pan czy to ważne i miłe czy raczej nieprzyjemne. W takich wypadkach może pan prosić o przywrócenie jakiegoś wspomnienia i samodzielnie zdecydować co z nim zrobić. A tak w ogóle, to proszę pamiętać, że na razie ma pan tylko wersję demo. Ona nie funkcjonuje w pełni doskonale. Mogą być jakieś zakłócenia. Żeby tego uniknąć powinien pan po okresie próbnym zakupić wersję profesjonalną. Ale jestem przekonany, że nawet z tej wersji demonstracyjnej będzie pan zadowolony.

                Najbliższe dni potwierdziły te słowa. Paweł budząc się każdego ranka miał w głowie plan zadań na cały dzień. Nawet jeśli całkowicie angażował się w jakieś działanie i nie myślał o niczym innym, to system w porę przypominał mu, że należy pamiętać o kolejnych sprawach. Na skutek tego jego notowania w pracy poszły w górę gdyż szybko wyrobił sobie opinię wiarygodnego i rzetelnego pracownika, który zawsze wykonuje na czas wszystko co powinien. Przestał tracić czas na poszukiwanie potrzebnych w danym momencie przedmiotów. Zawsze pamiętał gdzie co schował. Niemiłe wspomnienia, zgodnie z zapowiedzią, również powoli znikały. Od czasu do czasu przypominały mu się różne wpadki, jakie mu się w życiu przydarzyły. Na przykład, wracało wspomnienie imprezy, na której za dużo wypił, nagadał kompromitujących głupot, a na koniec narzygał w łazience.  Za każdym razem, gdy pomyślał o czymś takim, pamięć o tym w trakcie najbliższej przespanej nocy znikała z jego głowy. Nazajutrz miał tylko niejasne poczucie, że poprzedniego dnia przypomniało mu się coś niemiłego, ale zupełnie nie pamiętał o co chodziło.  Wybierając się na zakupy nie musiał sporządzać żadnej listy, gdyż świetnie pamiętał co powinien nabyć. I tu zaczęły się problemy. Coraz częściej po powrocie do domu zaczynał się zastanawiać po co właściwie kupił jakiś produkt. Pamiętał, że miał go kupić, ale nie wiedział w jakim celu. Po kolejnym tego rodzaju przypadku zaczął podejrzewać, że system zarządzający jego pamięcią działa na zlecenie producentów określonych produktów i przypomina mu o konieczności ich zakupu, pomimo, że takiej konieczności nie ma. Zdecydował się zgłosić reklamację. Dodzwonił się do firmy, która wszczepiła mu procesory. Telefon odebrała kobieta o miłym głosie. Paweł zreferował sprawę. Stwierdził, że zasadniczo jest zadowolony z działania systemu ale ma wrażenie, że ten od czasu do czasu przypomina mu o zakupach, których wcale nie planował i których w gruncie rzeczy nie potrzebuje. Kobieta uprzejmie wysłuchała jego zażalenia, przeprosiła za niedogodności i obiecała, że podczas najbliższego nocnego snu usterki zostaną usunięte.

                Stało się zgodnie z jej słowami. Kiedy Paweł obudził się następnego ranka, nie pamiętał już o żadnej reklamacji ani o wątpliwościach co do funkcjonowania systemu. Pamiętał natomiast, że musi pilnie kupić wersję profesjonalną.