Wyższy wymiar
Kobieta miała
niewiele ponad pięćdziesiąt lat ale wyglądała na więcej. Smutek i rozpacz
zrobiły swoje. Do fundacji zazwyczaj zgłaszały się osoby wypalone emocjonalnie,
od dłuższego czasu żyjące na huśtawce nastrojów rozbujanych pomiędzy nadzieją i
zwątpieniem. Nie przychodziły tu od razu. Z początku liczyły na pomoc policji,
mediów i służb socjalnych. Dopiero gdy te instytucje okazywały się bezradne w
poszukiwaniu zaginionych bliskich
zwracały się do fundacji jako do ostatniej deski ratunku mogącej podtrzymać
gasnącą wiarę w to, że koszmar minie i ukochani powrócą cali i zdrowi.
Tadeusz
dobrze wiedział czego przedwcześnie postarzała kobieta potrzebuje, gdyż sam nie
tak dawno przeżywał podobny koszmar. Jego kilkunastoletnia córka pewnego dnia
nie wróciła do domu. Policja nie przyjmowała zgłoszenia przed upływem
czterdziestu ośmiu godzin. Później Tadeusz też miał wrażenie, że poszukiwania
nie są traktowane poważnie. Siedemnaście lat? – słyszał – Proszę się nie
przejmować. Na pewno wybrała się gdzieś z jakimś chłopakiem. Niedługo się
odezwie i wróci do domu. Kiedy popadając w coraz większą rozpacz dzwonił na
komisariat aby zapytać czy nie ma jakichś wiadomości odnosił wrażenie, że traktowany jest jak
histeryk, który tylko przeszkadza w pracy. Usłyszał gdzieś o fundacji, która
pomaga w poszukiwaniu zaginionych osób. Dopiero tam spotkał ludzi, których naprawdę
obchodził jego problem. Wolontariusze rozlepiali na mieście ogłoszenia o
zaginięciu dziewczyny, organizowali akcje w internecie. Niestety, poszukiwania
dały smutny efekt. Ciało zamordowanej córki znaleziono w zaroślach na
przedmieściu. Dopiero wtedy policja zabrała się na serio do pracy. Po kilku
tygodniach aresztowano jakiegoś zboczeńca, który, jak ustalono, porwał z ulicy do
furgonetki córkę Tadeusza wracającą wieczorem ze spotkania ze znajomymi. Facet
miał już poprzednio na koncie wyroki za gwałty i zanosiło się na to, że tym
razem nie uniknie kary dożywocia. Dla Tadeusza nie stanowiło to wielkiej
pociechy. Słyszał, że najstraszniejsza prawda jest lepsza od ciągnącej się w nieskończoność niepewności,
ale nie zgadzał się z takim stwierdzeniem.
W tym tragicznym okresie zrozumiał jakie znacznie ma to, że ktoś po
prostu jest gotów okazać współczucie, wysłuchać i pozwolić się wyżalić. Takie wsparcie znalazł w fundacji. Jego
małżeństwo nie przetrwało tragedii. Kiedy żona odeszła Tadeusz zrozumiał, że
praca w fundacji i pomoc osobom, które znalazły się w podobnej sytuacji jak on,
jest odtąd sensem jego życia.
-
W czym możemy pomóc? – spytał.
Nie
spodziewał się logicznej, klarownej odpowiedzi. Zrozpaczone osoby, które
przychodziły do fundacji po pomoc zazwyczaj mówiły nieskładnie i chaotycznie.
Gotów był cierpliwie wysłuchać opowieści kobiety. Po jej załzawionych oczach i
drżących dłoniach poznał, że przeżywa dramat.
-
Mój syn jest bardzo zdolny. – zaczęła mówić niepewnym głosem. – Zawsze miał
świetne oceny. Zwłaszcza z przedmiotów ścisłych. Niektórzy mówili, że ma
autyzm, czy jakiś tam zespół Aspergera, ale to głupie gadanie. On po prostu zawsze
był znacznie mądrzejszy od swoich rówieśników i nie miał o czym z nimi
rozmawiać. Ze mną też niewiele
rozmawiał. Nie lubił kiedy go przytulałam. Nie żeby zaraz odpychał, co to to
nie, ale widać było że mu to nie sprawia przyjemności. Tylko tego ostatniego
wieczoru było inaczej. Wie pan, miałam
tylko jego. To znaczy, mam tylko jego. Mój mąż nie żyje od wielu lat. Wypadek,
to się zdarza. Nic na to nie można poradzić. Ale żeby Kaziu odszedł tak bez słowa, w to nigdy nie
uwierzę. Porwali go, proszę pana.
Policja w to nie wierzy. Usłyszałam wiele dobrego o waszej fundacji.
Proszę, pomóżcie mi go znaleźć. Mam tylko jego.
Tadeusz
nie przerywał zrozpaczonej matce, mimo że mówiła niezbyt składnie. Wiedział, że
jeśli pozwoli jej się wyżalić to wcześniej czy później dowie się co dokładnie
zaszło.
-
Był bardzo szczęśliwy kiedy po studiach został zatrudniony na uniwersytecie. –
podjęła opowieść kobieta. – Kochał pracę naukową, chociaż tam też nie znalazł
przyjaciół. Wie pan, jak to jest. Kiedy ktoś jest tak zdolny jak Kaziu to zaraz
mu zazdroszczą. Nie doceniali go. Normalnie bali się konkurencji, proszę pana.
Nawet ci profesorowie, chociaż on na razie jest tylko magistrem. Doszło do tego, że nie pozwolili mu prowadzić
badań na uczelni. Nie doceniali go, a może po prostu tak, z czystej zawiści. On
zorganizował takie małe laboratorium w swoim pokoju w naszym mieszkaniu. I
chyba osiągnął jakieś wyniki, skoro zdecydowali się go porwać. Pewnie jakaś zagraniczna firma albo obcy
wywiad zorientował się jakie znaczenie mają jego badania. Przełomowe, proszę
pana.
Kobieta
na chwilę zamilkła. Tadeusz wykorzystał okazję aby podjąć delikatną próbę
uporządkowania jej opowieści.
-
Chętnie pani pomożemy. Fundacja po to jest. Ale żeby pomóc musimy wiedzieć co
dokładnie zaszło. Jak rozumiem, pani syn zaginął. Proszę powiedzieć jak to się
stało.
-
Tego ostatniego wieczora niespodziewanie przyszedł do mnie, objął mnie i
przytulił. Tak sam od siebie. Nigdy wcześniej tego nie robił. Widać coś
przeczuwał. Potem poszedł do swojego pokoju, a rano już go nie było w
mieszkaniu.
-
Czy nie odniosła pani wrażenia, że on się chce w ten sposób pożegnać? Może
postanowił gdzieś wyjechać? Wspomniała
pani, że nie był rozmowny.
- To prawda, był zamknięty w sobie – przyznała
matka. – Ale nie do tego stopnia. Powiedziałby mi gdyby planował wyjazd.
Porwali go. Najlepszy dowód, że jego klucze zostały w domu. Gdyby wyjechał to
miałby je ze sobą. Rano wszystkie okna były zamknięte, drzwi też i to nie na
żaden zatrzask tylko na zamek. Gdyby wyszedł i zamknął za sobą drzwi, to klucze
nie zostałyby w mieszkaniu.
-
Ale skoro drzwi i okna były pozamykane, a klucze w środku to jak można było go
porwać? – Tadeusz ośmielił się wyrazić wątpliwość.
-
No wie pan! Właśnie dlatego mówię, że porwał go jakiś wywiad. To jedynie
wytłumaczenie. Dla takich ludzi otwarcie zamka wytrychem to żaden problem. My
mamy w drzwiach zwykłe Yale, a nie żadne specjalne zamki jak do bankowego
skarbca.
-
Kiedy dokładnie pan Kazimierz zniknął? – zapytał Tadeusz.
-
W zeszłym miesiącu. Piętnastego. Akurat była pełnia.
-
Zawiadomiła pani policję?
-
Oczywiście. Ale oni nie wierzą, że został porwany. Mówią, że pewnie postanowił
gdzieś wyjechać i niedługo wróci. Oficjalnie prowadzą poszukiwania, ale w
praktyce nic nie robią. Musicie mi pomóc. W waszej fundacji cała nadzieja.
-
Zrobimy co w naszej mocy.
***
Procedury
obowiązujące w fundacji nakazywały uzgadnianie wszelkich działań z policją.
Należało wspomagać jej działania ale nie wchodzić w jej kompetencje. Z tego
powodu Tadeusz zaczął od wizyty na komisariacie. Spotkał się z prowadzącą
sprawę młodą panią podkomisarz, która zreferowała mu status sprawy.
-
Niestety, wiele wskazuje na samobójstwo.
To wrażliwy młody człowiek. Nie był nigdy formalnie zdiagnozowany ale z relacji
ludzi, którzy go znali wynika, że cierpiał na pewną formę autyzmu. Nie miał
przyjaciół, w ogóle unikał kontaktów z ludźmi. Był bardzo zdolny, żył pracą
naukową. Ostatnio spotkało go wielkie rozczarowanie bo recenzenci odrzucili
jego pracę doktorską. Podobno jego tezy były za bardzo odjechane. Przepraszam,
że nie używam naukowego języka ale do tego się to sprowadza. Mówiąc potocznie,
luminarze nauki uznali, że mu do reszty odbiło i że ten doktorat grozi
ośmieszeniem uczelni. Nie mnie to
oceniać, jestem policjantką, a nie naukowcem.
Wygląda na to, że pan Kazimierz się załamał bo zawalił mu się jedyny
świat, jaki miał. Są dwie możliwości. Albo uciekł gdzieś daleko, albo
postanowił skończyć ze sobą. Mając na uwadze, że unikał kontaktów z ludźmi i
nie miał do kogo uciekać, niestety bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga
możliwość.
-
Jego matka twierdzi, że został porwany, bo jego klucze zostały w mieszkaniu.
Gdyby je opuścił z własnej woli, miałby
je ze sobą.
-
Bliscy zaginionych osób zawsze wypierają prawdę. – pokręciła głową policjantka.
– Tworzą różne dziwne teorie żeby nie pogodzić się z najgorszym. Skąd wiadomo,
że nie było jeszcze jednego kompletu kluczy, oprócz tego który został w
mieszkaniu? Matka woli nie przyjmować tego do wiadomości i zaprzeczać, że był
dodatkowy komplet.
-
Ale co z ciałem? – spytał Tadeusz. – Gdyby się zabił to ktoś by go znalazł.
-
Faktycznie, na razie ciała nie ma. – przyznała podkomisarz. – Dlatego sprawa ma
status zaginięcia. Gdyby ciało się znalazło to przed stwierdzeniem samobójstwa musielibyśmy
wykluczyć udział osób trzecich. Znalezienie ciała jednak nie zawsze jest takie
proste. Nie ma z tym problemu jeśli ktoś skończy ze sobą w mieszkaniu. Być może
jednak pan Kazimierz chciał oszczędzić
matce szoku i postanowił popełnić samobójstwo gdzie indziej. Gdyby wyskoczył z
jakiegoś okna albo rzucił się pod pociąg to mielibyśmy ciało od razu. Gorzej jeśli powiesił się gdzieś głęboko w
jakimś lesie. W takim przypadku też go pewnie
znajdzie jakiś grzybiarz albo leśnik, ale to może potrwać. Natomiast całkiem
źle to wygląda jeśli ktoś przywiąże do
siebie jakiś ciężar i skoczy do głębokiej wody. Wtedy ciało może nigdy nie
wypłynąć. A przecież nie możemy przeszukać wszystkich głębokich akwenów w całym
kraju.
-Jak
pani wspomniała sprawa na razie ma status zaginięcia. – rzekł Tadeusz. – Czyli,
jak rozumiem, prowadzicie poszukiwania?
-
Oczywiście, prowadzimy. Pan Kazimierz figuruje na liście zaginionych, po
komisariatach poszedł komunikat z rysopisem. Ale wie pan jak to jest z
rysopisami. Średniego wzrostu, twarz owalna, włosy ciemne, brak znaków
szczególnych. Pasuje do połowy mężczyzn. Jest też oczywiście zdjęcie, ale
trudno oczekiwać, że patrol pozna na ulicy kogoś z fotografii. Tym bardziej, że
takich komunikatów mamy w diabły i trochę. W praktyce najłatwiej znaleźć kogoś
kto się pojawi w jakimś systemie informatycznym. Wystarczy, że kupi bilet
lotniczy, podejmie legalną pracę objętą ubezpieczeniem albo po prostu użyje
karty płatniczej i już jest zlokalizowany. Jednak jeśli ktoś chce zmienić swoje
życie i zatrzeć za sobą ślady to nie jest łatwo go namierzyć. W Europie nie
mamy granic, a mieszka tu pół miliarda ludzi. To nie Chiny, gdzie jest pełno
kamer rozpoznających twarze. Może i dobrze, chociaż nam w policji pracy to nie
ułatwia. Jeśli ktoś na przykład wyjedzie do Włoch i najmie się do pracy na
czarno, wiosną przy zbiorze truskawek, później szparagów, a jesienią przy
winobraniu i oliwkach to naprawdę trudno go odszukać, zwłaszcza gdy otrzymuje
pieniądze z ręki do ręki i posługuje się
tylko gotówką.
-
Właśnie, - zapytał Tadeusz, - czy sprawdziliście stan jego konta? Podjął jakąś
gotówkę, przy użyciu której mógłby się gdzieś ukrywać? Było go na to stać?
-
Oczywiście, że sprawdziliśmy. Nie uniwersytecie nie zarabiał dużo. Ale z
drugiej strony wiele nie wydawał, bo mieszkał z matką, nie miał samochodu, nie
balował i nie stroił się do przesady. Miał oszczędności ale sporo z tego podjął
z banku, tyle że nie bezpośrednio przed zniknięciem, tylko jakiś czas temu.
Pytaliśmy o to jego matkę. Powiedziała, ze urządzał w swoim pokoju jakieś laboratorium, bo nie
pozwolono mu prowadzić badań na uczelni. Wydał sporo pieniędzy na sprzęt.
***
W
następnej kolejności Tadeusz chciał porozmawiać z kimś na uniwersytecie, gdzie
pracował zaginiony. Próbował umówić się telefonicznie. Okazało się to nie takie
proste. Każdy z profesorów, kiedy tylko usłyszał, że chodzi o Kazimierza
oświadczał, że nie ma nic do powiedzenia w tej sprawie i odkładał słuchawkę.
Robiło to dziwne wrażenie. Dopiero gdy Tadeusz osobiście wybrał się na uczelnię
sekretarka w jednym z instytutów poradziła mu aby porozmawiał z pewnym młodym
asystentem, który był najbliżej z zaginionym. Tadeusz odszukał młodego
naukowca, który zgodził się na rozmowę.
-
Był pan przyjacielem Kazimierza? – zapytał na wstępie.
-
To za dużo powiedziane. – odpowiedział asystent. – Kazimierz nie miał
przyjaciół. On w ogóle unikał normalnych kontaktów z ludźmi. Mówiono, że jest
autystyczny. Coś było na rzeczy. Ja go ceniłem, bo był bardzo zdolny ale nie
udało mi się z nim zaprzyjaźnić, chociaż jakiś czas temu próbowałem.
-
Słyszałem, że miał problemy z doktoratem? Podobno recenzje były negatywne?
-
To prawda, ale to nie takie proste. Kazimierz był bardzo uzdolnionym
matematykiem. Powiedziałbym nawet geniuszem. Zajmował się rozwiązywaniem równań
Maxwella, które opisują między innymi pola elektromagnetyczne. Mimo, że był
młody, pracował starymi, klasycznymi metodami, to znaczy stosował czystą
matematykę, szukał rozwiązań teoretycznych. Obecnie prawie nikt się w to nie
bawi, bo to wymaga wielkiej wiedzy i talentu. Każdy teraz kupuje gotowe
oprogramowanie komputerowe, które daje rozwiązania numeryczne. Ludzie
zamieszczają w swoich pracach kolorowe wykresy generowane przez komputer i
tyle. Natomiast Kazimierz podszedł to tego w sposób analityczny. Szukał
rozwiązań teoretycznych przy określonych warunkach brzegowych i w
przestrzeniach wielowymiarowych. My żyjemy w trójwymiarowym świecie. Lewo,
prawo, przód, tył, góra, dół i tyle. A Kazimierz szukał rozwiązań dla kolejnych
wymiarów i doszedł do interesujących wniosków. Udowodnił mianowicie, że w
pewnych okolicznościach na rozwiązanie dotyczące rozkładu pola
elektromagnetycznego ma wpływ układ współrzędnych, w którym zapisane są
równania. Najczęściej stosowany układ współrzędnych to po prostu trzy
prostopadłe osie, x, y, z. I okazało się, że w takim układzie niektóre
rozwiązania równań Maxwella są niestabilne. Jeśli jednak zapisać je w innym
układzie współrzędnych o wykrzywionych osiach to da się znaleźć stabilne
rozwiązania. Kazimierz postawił bardzo śmiałą tezę. Skoro zakrzywienie układu
współrzędnych opisującego przestrzeń wpływa na stabilność pola
elektromagnetycznego, to może też obowiązywać zależność odwrotna, czyli że określone
pole elektromagnetyczne może wykrzywić
przestrzeń i ułatwić wejście w wyższy wymiar. Taki, którego na co dzień nie
znamy.
-
Jak rozumiem taka teza była zbyt śmiała i praca została odrzucona przez
recenzentów?
-
Nie do końca o to chodziło. Taka teza była kontrowersyjna ale mieściła się
granicach hipotez akceptowanych przez naukę. Natomiast Kazimierz posunął się
dalej. Twierdził, że człowieka można przenieść w wyższy wymiar jeśli poddać go
działaniu pola elektromagnetycznego o określonym natężeniu oraz przy spełnieniu
kilku dodatkowych warunków. Mianowicie musi się to odbyć podczas pełni
księżyca, który jego zdaniem odbija wtedy odpowiednią część widma
promieniowania kosmicznego, a ponadto wszystkie komórki ciała osoby, która
zamierza wejść w wyższy wymiar muszą ulec polaryzacji czyli posiadać jednoznacznie określony
kierunek pola emitowanego przez ich ładunki elektryczne. I tu się zaczął problem, bo Kazimierz zaczął
szukać sposobu jak spolaryzować komórki ciała. Gdy się o tym dowiedział szef instytutu
to zabronił tych badań uważając, że jest to na granicy szarlatanerii i może
narazić instytut na śmieszność. Kazimierz zaczął wtedy prowadzić badanie w
swoim domu. Mam w posiadaniu jego
notatki. Poddawał kawałki mięsa działaniu różnych substancji i próbował je
wysłać w wyższy wymiar. Twierdził, że skuteczne okazało się nasączenie mięsa
olejem z wiesiołka. Tak spreparowana próbka znikła podczas pełni księżyca
poddana polu elektromagnetycznemu wywołanemu przez prąd przepuszczony przez
kable owinięte spiralnie wokół pokoju w jego mieszkaniu. Napisał to w doktoracie. Wszyscy zaczęli go
wyśmiewać . Pytali czy przypadkiem w trakcie eksperymentu nie było w pokoju
psa, które zeżarł tę próbkę mięsa, i takie tam
żarty. W rezultacie doktorat został odrzucony. Nie ma go nawet w
bibliotece bo panowie profesorowie uznali, że może ośmieszać uczelnie.
Kazimierz w ogóle zaczął być traktowany w instytucie jak trędowaty.
-
Czy pana zdaniem mieli rację? - zapytał Tadeusz.
-
Nie całkiem. W tych końcowe rozdziały z pełnią księżyca i olejem z wiesiołka
Kazimierz faktycznie posunął się za daleko. To brzmi jak opis pracy jakiegoś
średniowiecznego alchemika. Ale początkowa część pracy poświęcona teorii pola
jest błyskotliwa, niemal genialna. Podejrzewam, że to przerosło panów
profesorów piszących recenzję. Nie chciało im się wgryzać w teorię cząstkowych
równań różniczkowych i analizę przeprowadzoną przez autora. Zamiast tego woleli
wyśmiać końcowe wnioski.
-
Czy sądzi pan, że Kazimierz mógł zostać porwany? Tak twierdzi jego matka.
Uważa, że porwał go jakiś obcy wywiad żeby wykorzystać wyniki jego pracy.
-
Gdyby ktoś chciał wykorzystać jego dorobek naukowy , to nie musiałby posuwać
się do porwania. Kazimierz chętnie by kontynuował pracę gdyby ktoś chciał mu
stworzyć do tego warunki, a instytut chętnie by się go pozbył.
-
Co w taki razie pana zdaniem stało się z Kazimierzem?
-
Nie wiem. Mam pewne podejrzenia, ale niech mnie pan nie cytuje. Nie chcę zostać
uznany za wariata jak on.
-
Proszę się nie obawiać. To co pan powie zostanie miedzy nami.
-
Myślę, że on postanowił dowieść słuszności swoich wniosków wykonując
eksperyment na sobie. Tego dnia kiedy zaginął przyszedł do mnie, dał mi egzemplarz
tej swojej pracy doktorskiej oraz notatki ze swoich badań. Podziękował mi za
wszystko, chociaż prawdę mówiąc, nie wiem za co. Może za to, że jako jedyny się
z niego nie wyśmiewałem. Na pożegnanie podał mi rękę, czego nigdy wcześniej nie
robił.
-
Jego matka mówi, że później tego dnia przyszedł do niej i ją przytulił, czego
też nie miał w zwyczaju. – rzekł Tadeusz. – Wygląda to jakby żegnał się z jedynymi osobami, jakie
były mu przychylne. O w takim razie zamierzał?
-
Tego dnia była pełnia. Przypuszczam, że wypił tyle oleju z wiesiołka ile się
dało i poddał się działaniu pola elektromagnetycznego.
-
I co z tego wynikło?
-
Są dwie możliwości. Albo miał rację i w takim przypadku jest teraz w wyższym
wymiarze. Albo się mylił, a kiedy się o tym przekonał postanowił ze sobą
skończyć. Nie wiem czym ten eksperyment się skończył.
-
Jest tylko jeden sposób aby się przekonać. Może mi pan pożyczyć ten doktorat i
te notatki? – poprosił Tadeusz.
Po
powrocie do domu zadzwonił do matki Tadeusza z prośbą aby nie zmieniała niczego
w laboratorium zbudowanym przez jej syna. Zaznaczył, że będzie chciał je
obejrzeć, bo to może pomóc w ustaleniu co się stało z Kazimierzem.
Następnie
sprawdził w internecie kiedy będzie kolejna pełnia księżyca oraz gdzie można
dostać olej z wiesiołka w większych ilościach.