poniedziałek, 15 grudnia 2025

Wizyta świętego Mikołaja

 

Wizyta świętego Mikołaja

              - Pokaż, na której przegródce jest numer pięć ? – zapytała mama pięcioletniego Krzysia.

              Chłopiec uważnie przyjrzał się zawieszonemu na ścianie kalendarzowi adwentowemu i triumfalnie zawołał wskazując paluszkiem:

              - Tutaj!

              - Brawo! – pochwaliła go mama. – teraz możesz otworzyć.

              Krzyś wyjął czekoladkę, odwinął z folii i włożył do buzi.

              - A teraz pomóż Frankowi znaleźć piątkę w jego kalendarzu. On ma dopiero niecałe trzy latka i sam nie zna cyferek tak dobrze jak ty.

              Krzyś odnalazł na kalendarzu  właściwą przegródkę i podał bratu czekoladkę.

              - Powiedzcie mi jaka jest następna cyfra po piątce? – zapytała mama.

              - Osiem! – wykrzyknął Franek.

              - Sześć! – poprawił go Krzyś.

              - A wiecie co to za dzień, szósty grudnia?

              - Cwaltek – oświadczył Franek.

              - Nie czwartek tylko sobota, ale nie o to mi chodziło. – powiedziała mama – Co się stanie tego dnia, czyli jutro?

              - Wiem! – wykrzyknął Krzyś. – Przyjdzie Mikołaj. Mamo, mamo czy on przyjedzie na saniach ciągniętych przez renifery i  wejdzie przez komin? Czy mamy zostawić na noc takie duże skarpetki koło kominka?

              - Mikołaj musiał trochę zmienić swoje zwyczaje. – powiedziała mama. – Widzicie jaka jest pogoda. U nas nie ma śniegu więc nie da się jeździć na saniach. Wobec tego Mikołaj, który musi przywieźć prezenty bardzo wielu dzieciom tej nocy objedzie na sankach kraje położone bardziej na  północ, gdzie jest zimno i leży śnieg. A do nas przyjdzie jutro za dnia. I nie będzie wchodził przez komin, bo Mikołaj ma duży brzuch, a nasz komin nie jest dość szeroki. Poza tym Mikołaj prosił żeby nie wieszać tych skarpetek. Były z tym problemy. Niektóre dzieci rozwieszały dziurawe skarpetki, prezenty spadały na podłogę i się tłukły, więc Mikołaj da wam podarunki prosto do rączek.

              Następnego dnia po powrocie z przedszkola Krzyś i Franek niecierpliwie oczekiwali na Mikołaja. Wreszcie rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy mama je otwarła do środka wkroczył ubrany w czerwony strój brzuchaty człowiek z bujną białą brodą i siwą czupryną, spod której spoglądały wesołe oczy.

              - Ho, ho, ho, ho. – zawołał niskim głosem. – Kogo my tu mamy? Jak masz na imię chłopczyku?

              - Krzyś.

              - A ty?

              Franek schował się za mamę.

              - Nie bój się. Powiedz jak się nazywasz. – namawiała mama.

              Jednak Franek nadal milczał przytulony do niej.

              - Zaraz, zaraz. – rzekł Mikołaj. – Mam tutaj przecież listy od wszystkich grzecznych dzieci, w których pisały jakie mam przynieść prezenty. W tym liście jest napisane, że brat Krzysia ma na imię Franek. Zgadza się?

              - Mamusiu, cemu Mikołaj ma takie same buty jak wujek Henio? – zapytał w tym momencie Franek.

              Mikołaj się zakrztusił.

              - Wiele osób  zimą nosi takie buty. – powiedziała mama.

              - A czy wy byliście grzeczni? – zapytał Mikołaj.

              - Taaak! – zawołali chórem Franek i Krzyś.

              - No to proszę! – Mikołaj sięgnął do worka z prezentami.

***

              Wieczorem, kiedy Franek położył się już spać Krzyś powiedział do mamy:

              - Ten Mikołaj był jakoś dziwny. Mnie się wydaje, że on ci podkradł prezent.

              - Co ty opowiadasz?

              - Bo ten prezent co on mi dał to ja widziałem wczoraj na szafie. Poznałem po opakowaniu. Ty go tam położyłaś.

              - Nie, coś ty, To chyba elfy. Przecież wiesz, że Mikołaj daje prezenty wszystkim grzecznym dzieciom. To bardzo dużo i nie zmieściłyby się w nawet w takim wielkim worku. Elfy pomagają Mikołajowi i myślę, że wcześniej dostarczają prezenty do domów dzieci, a Mikołaj je stamtąd pakuje do worka i rozdaje.

              - Mnie się wydaje, że Mikołaj nie jest prawdziwy. – powiedział Krzyś. – Wszędzie jest – w dużych sklepach, w przedszkolach i w domach. I za każdym razem wygląda trochę inaczej.

              - To prawda, że niektórzy ludzie udają Mikołaja po to aby zrobić innym, a zwłaszcza dzieciom, przyjemność. Ale to nie znaczy, że prawdziwego Mikołaja nie ma. Wielu chłopców nosi koszulki piłkarskie z napisem „Messi” na plecach. Oczywiście, żaden z nich nie jest  Messim, ale to nie znaczy, że prawdziwy Messi nie istnieje. Trzeba wierzyć, że istnieje prawdziwy Mikołaj. Bo jeśli wierzysz w Mikołaja to wierzysz w to, że nie jest dobrze gromadzić bogactwo tylko dla siebie. Kiedy wierzysz w Mikołaja to wierzysz, że prawdziwym szczęściem jest dzielenie się tym co masz z innymi i dawanie dzieciom radości. Dlatego, Krzysiu, wierz zawsze w prawdziwego Mikołaja bo jeśli w niego wierzysz, to wierzysz, że na świecie jest więcej dobra niż zła.

piątek, 14 listopada 2025

Willa

 

Willa

                Powiadają, że można zakochać się w jakimś budynku. To niezbyt trafny związek frazeologiczny, ale właśnie coś takiego przydarzyło się Tadeuszowi.  Po raz pierwszy ujrzał tę willę, gdy jako nastolatek włóczył się po peryferiach swojego miasta.  Była połowa października. Panowała piękna, jesienna pogoda. Złociste liście drzew kontrastowały z błękitnym niebem i tworzyły kobierce na trawnikach ogrodu otaczającego willę.  Jej jasne ściany były oświetlone jesiennym słońcem.  Nie potrafił określić co tak go urzekło w tym domu. Na pierwszy rzut oka wyglądał on na jakieś sto lat. Powstał pewnie  gdzieś pod koniec XIX wieku. Widać było, że ta willa została zbudowana dla jakiejś zamożnej rodziny. Zamożnej, lecz cechującej się dobrym gustem i nie odczuwającej potrzeby afiszowania się ze swoją zamożnością. W odróżnieniu o innych budynków z tego okresu willa nie posiadała nadmiernej ilości ozdób. Jej prostą bryłę rozcinały jedynie gzymsy pomiędzy piętrami i ryzalit ponad drzwiami wejściowymi ulokowanymi pośrodku fasady. Nakryta była czterospadowym, mansardowym dachem. Tadeusz dopiero później doszedł do wniosku, że od pierwszego wejrzenia zafascynowały go eleganckie proporcje budynku, który w jakiś dziwny sposób wydawał się jednocześnie solidny i lekki. Mimo, że wieku kilkunastu lat na ogół nie miewa się takich myśli, to już wtedy przeszło mu przez głowę, że chciałby kiedyś w tym domu zamieszkać z rodziną. Zdawał sobie sprawę, że zapewne będzie to niespełnione marzenie.

                Myśli o willi nie opuszczały go. W kolejnych latach wielokrotnie wybierał się na spacer w tę stronę aby ponownie spojrzeć na nią. Z czasem zauważył, że ten dom, chociaż piękny, jest jakiś dziwny. Powinien tętnić życiem, rozbłyskać światłami w oknach, a w ogrodzie powinny radośnie bawić się dzieci. Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Ogród był pusty i cichy, a światło, jeśli już to pojawiało się w jednym oknie. Tadeusz dyskretnie starał się zasięgnąć informacji o lokatorach willi. Ustalił, że mieszka w niej samotny starszy mężczyzna. Po kilku latach w willi zanikły na dobre nawet te mizerne oznaki życia. Budynek przez kilka lat stał ciemny, aż wreszcie został wystawiony na sprzedaż. Tadeusz zdawał sobie sprawę, że wciąż nie stać go taki zakup ale skontaktował się z biurem nieruchomości.  Zapytał o poprzednich właścicieli. Agent nie był skłonny aby o tym mówić ale przyciśnięty przyznał, że ostatni lokator zniknął w nieustalonych okolicznościach. Sąsiadów zaniepokoiła cisza panująca w willi. Powiadomili służby. W obawie, że starszy pan zamieszkujący dom zmarł zdecydowano włamać się do środka, lecz nikogo żywego ani umarłego wewnątrz nie znaleziono. Nieobecność lokatora była zbyt długa aby mogło chodzić o jakiś urlop czy podróż. Gdyby z jakiegoś powodu postanowił się wyprowadzić to raczej by kogoś poinformował, zostawił jakieś dyspozycje, a nie porzucał swojej willi na łaskę losu. Trudno było rozwikłać tę zagadkę. Przypuszczano, ze właściciel gdzieś wyjechał i w trakcie wyjazdu zginął tak, że nie odnaleziono jego ciała. Mógł się na przykład utopić w jakimś bagnie albo zabłądzić gdzieś w górskim, niedostępnym  lesie. Miał kilku dalekich krewnych, którzy po pewnym czasie wystąpili o uznanie go za zmarłego, co otworzyło im drogę do dziedziczenia willi. Ponieważ nie mogli się porozumieć co do jej podziału postanowili wystawić ją na sprzedaż i podzielić się pieniędzmi. Tadeusz poprosił agenta o pokazanie domu. Nawet jeśli go nie kupi to przynajmniej pozna wnętrze fascynującego go budynku.

                To wnętrze go zaskoczyło. O ile willa od zewnątrz wyglądała pogodnie, to w środku sprawiała zupełnie inne wrażenie. Nie można było mieć zastrzeżeń do ilości pomieszczeń. Było tam wszystko co trzeba, na parterze hol, kuchnia, jadalnia, salon i biblioteka, na piętrze sypialnie i pokoje dziecięce, a w mansardowym dachu dodatkowe pokoje gościnne. Do tego trzy łazienki. Dziwny był natomiast układ tych pomieszczeń. Prowadziły do nich dość kręte korytarzyki, sprawiające, że w tym wnętrzu można było się zgubić. Na dodatek hol i korytarze wyłożone były ciemną boazerią co powodowało, że układ wnętrza wydawał się jeszcze bardziej tajemniczy. Chodząc z  agentem nieruchomości po willi  kilka razy stracili orientację.  To wszystko Tadeusza nie zniechęcało. Nadal pragnął aby był to jego rodzinny dom. Niestety, tak jak przypuszczał, zakup willi przekraczał jego możliwości finansowe na tym etapie życia.  Dowiedział się, że kupił ją znacznie starszy od niego mężczyzna, który mówił, że zawsze marzył o zakupie tego domu. Tadeusz rozumiał go i zazdrościł mu. Postanowił nie rezygnować, tylko zacząć oszczędzać i jeśli willa ponownie zostanie zaoferowana na sprzedaż, obiecał sobie że tym razem ja kupi. Stało się to jego obsesją. Rzucił się w wir pracy, poświęcił wszystko inne dla tego celu i przyniosło to efekty. Po latach miał już spore oszczędności.

                Los mu sprzyjał. Po kilkunastu latach willa ponownie została wystawiona na sprzedaż. Co ciekawe historia się powtórzyła gdyż właściciel, tak jak poprzedni, też zniknął bez śladu. Tadeusza to nie zniechęciło. Nie oglądając powtórnie wnętrza zaakceptował  w biurze nieruchomości cenę nie próbując nawet się targować.  Gdy już zostały podpisane wszystkie dokumenty u notariusza wprowadził się do willi szczęśliwy, że jego młodzieńcze marzenie się spełniło. Co ciekawe, układ wnętrza wydał mu się nieco inny niż wtedy gdy oglądał dom podczas pierwszej próby zakupu.  Pamięć potrafi płatać figle. Ten układ był jednak naprawdę dziwny. Nawet po kilku tygodniach Tadeusz wciąż gubił się we własnym domu. Na przykład był przekonany, że ten korytarz prowadzi do biblioteki, bo niedawno tamtędy tam trafił. Tymczasem dziś idąc tą samą drogą znalazł się w jadalni.

                Jego szczęście ze spełnienia marzeń stopniowo gasło. Zaczynał rozumieć, że pracując przez tyle lat na zakup tej willi wiele nieuchronnie utracił. Przez to dorabianie się nie założył rodziny. Zrozumiał, że jest już za późno, że pokoje dziecinne na piętrze pozostaną puste, że wnętrza domu ani ogrodu nie wypełnią radosne dziecięce głosiki.  Chodził po pokojach i zakamarkach willi starając sobie przypomnieć, że niemal od zawsze o tym marzył, że niczego innego tak nie pragnął. Jednak teraz brakowało mu kogoś z kim mógłby dzielić się swoją radością.

                Któregoś dnia idąc po kolacji z jadalni do holu znów się zagubił. Tym razem nie chodziło o to, że jakiś korytarzyk poprowadził go w inne miejsce niż chciał.  W ogóle nie mógł wyjść z tego korytarzyka. Okazał się on kręty, ciemny i pozbawiony drzwi wyjściowych. Tadeusz szedł w nim najpierw długo w jedną stronę i nie znalazł wyjścia. Postanowił wrócić do jadalni. Zawrócił i poszedł w przeciwną stronę ale wkrótce trafił na ślepą ścianę. Biegał tak, coraz bardziej zdenerwowany tam i z powrotem co chwila napotykając zakręty, których, jak mu się zdawało, przed chwilą nie było.  Wreszcie zrozumiał, że do swojej willi już nie wróci, ale też jej nie opuści.

środa, 15 października 2025

Wróżenie z grzybów

 

Wróżenie z grzybów

              Ryszard od dziecka lubił sobie powróżyć. Oczywiście, nie używał w tym celu żadnej szklanej kuli ani fusów ale wymyślał różne, własne sposoby w zależności od tego co akurat działo się wokół niego. Dla przykładu, kiedy szedł do szkoły nie czując się zbyt pewnie przed klasówką z matematyki to myślał sobie tak:

- Jeśli pośród pierwszych dziesięciu samochodów, jakie przejadą ulicą będzie choć jeden czerwony, to klasówka dobrze mi pójdzie.

              Wyniki takich wróżb często się sprawdzały, tym bardziej, że często, gdy mocno mu na czymś zależało, trochę szachrował oszukując samego siebie. Na przykład w klasie maturalnej zadurzył się w Jolce. Miał ochotę zaprosić ją na randkę i wracając ze szkoły wróżył sobie czy ma u niej jakieś szanse.

- Jeśli idąc do domu naliczę  przynajmniej dziesięć BMW, które mnie miną to Jolka się zgodzi.

Kiedy od domu dzieliła go już tylko jedna przecznica, a spostrzegł do tej pory tylko sześć BMW, to skręcił w bok i poszedł okrężną drogą. Spacerował ulicami tak długo aż naliczył dziesięć. Usprawiedliwiał się sam przed sobą:

- Przecież nie powiedziałem „Jeśli idąc do domu najkrótszą drogą….” więc mogłem nieco zboczyć z trasy.

W rezultacie sam uwierzył, że tego rodzaju wróżby się sprawdzają.

Inną jego pasją było zbieranie grzybów. Co roku nie mógł się doczekać na jesienny wysyp. Niby nie zależało mu na ilości, wmawiał sobie, że nie o to chodzi aby nazbierać pełny kosz. Udawał sam przed sobą, że chodzi o spacer po pięknym jesiennym lesie, o wdychanie świeżego powietrza i o wrażenia estetyczne, jakich dostarczały grzyby. Borowiki pięknie komponowały się pośród mchu, ceglaste kapelusze kozaków wspaniale wyglądały wśród żółknących paproci. To wszystko prawda, ale mimo wszystko ilość też miała znaczenie. Lubił chodzić na grzyby po pracy. Ludzi w lesie w dni robocze było mniej niż w weekendy. Poza tym uważał, że po południu lepiej się  szuka grzybów bo słońce schodziło już poniżej koron drzew i jego prześwitujące przez listowie promienie nie utrudniały wypatrywania. Niestety, dni w połowie października są już krótkie i kiedy w tę środę wybrał się do lasu zmierzch już się zbliżał. Ryszard, jak zwykle, powróżył sobie rozpoczynając grzybobranie:

- Jeśli w ciągu pierwszych minut znajdę co najmniej pięć grzybów to zbiór będzie dziś udany.

Była to w gruncie rzeczy samospełniająca się przepowiednia, bo jeśli od początku było sporo grzybów, to na ogół było tak do końca. I na odwrót, jeśli od początku niczego nie było to znaczy, że akurat nie udało się trafić na wysyp. Tego dnia było średnio. W ciągu pierwszych pięciu minut znalazł dwa grzyby, co nie wróżyło dobrze. I tak było już do końca. Znalazł kilka sztuk, w tym nawet ładnego, wyrośniętego prawdziwka ale szału nie było. Czyli wróżba się sprawdziła. Kiedy była już pora wracać nagle przyszło mu do głowy wypowiedzenie kolejnej wróżby:

- Jeśli znajdę jeszcze jednego grzyba to bezpiecznie wrócę do domu.

Dopiero kiedy to pomyślał to zdał sobie sprawę co zrobił. Ponieważ wierzył w swoje wróżby to zrozumiał, że musi jeszcze co najmniej jednego grzyba znaleźć bo inaczej nie wróci bezpiecznie. Tymczasem w lesie robiło się już ciemno. Zaczął gorączkowo biegać wypatrując miejsc, w jakich, według jego doświadczenia, grzyby powinny rosnąć. Zagajniki świerkowe, dęby rosnące pośród sosen, młode brzózki, jednym słowem wszystkie leśne zakamarki, w jakich zazwyczaj grzyby rosły. Nie było już prawie nic widać. Zapalił latarkę w telefonie i nadal gorączkowo biegał całymi minutami po ciemnym lesie świecąc pod drzewa. Niestety, grzybów nie było. W pewnym momencie telefon wyświetlił ostrzeżenie o niskim poziomie naładowania baterii. Chwilę później zgasł. Ryszard nie mógł już nawet zadzwonić po pomoc, a  w trakcie gorączkowej bieganiny w poszukiwaniu tego jeszcze jednego  grzyba zupełnie stracił orientację. Ogarniała go panika.

Rodzina zgłosiła zaginięcie krótko po północy. Akcja poszukiwawcza, w którą zaangażowana jest policja i straż pożarna do tej pory nie dała rezultatów.