niedziela, 13 października 2024

Wampir

 

Wampir

Wszystko zaczęło się dziesiątego października wczesnym rankiem.   Mężczyzna wyprowadzając psa na spacer natrafił w parku na ciało leżące w krzakach obok alejki.  Już na pierwszy rzut oka widać było, że kobieta nie żyje. Miała otwarte, wytrzeszczone i nieruchome oczy. Pomimo tego, pokonując strach, właściciel psa ujął ją za rękę i lekko nią potrząsnął.

- Proszę pani! – powiedział głośno.

Reakcji nie było, a dłoń była zimna. Wyglądało to na morderstwo, jako że kobieta miała sine pręgi na szyi. Mężczyzna uznał, że próby reanimacji nie mają sensu, a ponadto, ponieważ czytywał kryminały, obawiał się, że podejmując je mógłby zatrzeć ślady. Sięgnął po komórkę i zadzwonił na numer alarmowy.

Do prowadzenia sprawy wyznaczony został inspektor Jankowski.  Z identyfikacją nie było problemu. Przy ciele ofiary znaleziono torebkę, w której była legitymacja studencka i dowód osobisty. W ten sposób ustalono, że dziewczyna nazywała się Dorota S., miała 20 lat i studiowała biologię. Oględziny miejsca znalezienia zwłok nic nie dały. Wszystko wskazywało na to, że studentka została napadnięta na wyasfaltowanej alejce, na której próżno było szukać śladów butów. 

Zarządzono sekcję zwłok. Lekarz ocenił, że dziewczyna zginęła między północą a pierwszą nad ranem. Została uderzona w tył głowy jakimś twardym, podłużnym przedmiotem i w ten sposób ogłuszona, a następnie uduszona gołymi rękami. Na szyi znajdowały się ślady palców, a tchawica była zmiażdżona. Patomorfolog stwierdził w raporcie, że sprawcą najprawdopodobniej był mężczyzna.   Nie chodziło o aspekty psychologiczne, które pozwalały wątpić czy kobieta mogłaby wykazać się taką brutalnością. Lekarz w raporcie napisał, że spowodowanie tego rodzaju obrażeń gardła gołymi rękami wymaga wielkiej siły w palcach i jest bardzo mało prawdopodobne aby mogły tego dokonać jakiekolwiek kobiece dłonie. Ofiara była kompletnie ubrana, a sekcja zwłok nie wykazała żadnych śladów napaści seksualnej. W ten sposób wykluczono motyw, jaki narzucał się w przypadku morderstwa dziewczyny dokonanego nocą w pustym parku.

Na palcu zamordowanej znajdował się pierścionek, na jej szyi złoty łańcuszek, a w torebce był telefon komórkowy, karta płatnicza i trochę gotówki.  Trudno było przypuszczać, że mogła mieć przy sobie jeszcze  coś bardziej cennego, więc nic nie wskazywało na rabunek, czyli drugi z najbardziej oczywistych motywów.

Inspektor Jankowski zajął się badaniem ostatnich godzin życia ofiary. Udało się ustalić, że spędziła je na spotkaniu z kilkoma koleżankami w mieszkaniu jednej z nich.  Z zeznań uczestniczek spotkania wynikało, że nie działo się nic szczególnego. Rozmawiały o niedawnych wakacjach, trochę poplotkowały, wypiły po kieliszku wina i się rozstały. Ofiara morderstwa wyszła tuż przed północą. Gospodyni pytała czy nie wezwać dla niej taksówki ale Dorota odmówiła. Wieczór był dość ciepły, a do domu miała niezbyt daleko. Nikt nie przypuszczał czym się to skończy. Jankowski, aby ostatecznie wykluczyć motyw rabunkowy, zapytał czy zamordowana nie miała ze sobą czegoś cennego na widoku, co mogłoby skłonić kogoś do napadu. Koleżanki zgodnie zaprzeczyły. Wobec tego inspektor zaczął zadawać pytania o życie osobiste Doroty. Czy miała jakichś wrogów? Czy była z kimś związana? Może był jakiś odrzucony ex, który żywił urazę? To również nie pomogło w wyjaśnieniu sprawy. Koleżanki twierdziły, że Dorota była pogodna oraz bezkonfliktowa i nie słyszały aby ktokolwiek jej źle życzył.  Od ponad roku była związana z tym samym chłopakiem i był to udany związek. Jankowski odszukał chłopaka zamordowanej. Ten w całej rozciągłości potwierdził zeznania koleżanek. Od wielu miesięcy był szczęśliwy z Dorotą i nic mu nie wiadomo o żadnym zazdrosnym rywalu, ani o nikim innym, kto mógłby żywić urazę do jego dziewczyny. Chłopak był autentycznie zrozpaczony, a ponadto miał mocne alibi na czas morderstwa, który spędził w akademiku z kolegami.

Sprawa wobec braku jasnego motywu i braku innych poszlak utknęła w martwym punkcie. Inspektor Jankowski miał złe przeczucia. W większości śledztw w sprawach o morderstwo, jakie dotychczas prowadził były jakieś punkty zaczepienia, motywy czy dowody materialne. W tym przypadku trudno było zgadnąć dlaczego to zabójstwo popełniono. Mogło po prostu chodzić o pomyłkę. Ktoś miał powód aby zabić kobietę podobną do Doroty i po ciemku zaatakował niewłaściwą osobę. W takim przypadku trudno będzie dotrzeć do mordercy. Jeszcze gorsza możliwość polegała na tym, że mordercą był jakiś maniak, który zabił bez powodu, tylko po to aby zaspokoić swoją chorą żądzę mordu.

Z braku innych możliwości inspektor zarządził przeglądanie zapisów monitoringu z okolicy.  Niestety, monitoring nie obejmował parku, gdzie morderstwa dokonano. Można było oglądać nagrania z ulic wiodących w tym kierunku z nadzieją na zauważenie kogoś podejrzanego. Wyznaczono czas pomiędzy zmierzchem a pierwszą nad ranem licząc na to, że uda się dostrzec kogoś zmierzającego do parku i rozglądającego się za potencjalną ofiarą. Niestety, nie ma żadnej zasady, z której by wynikało, że facet planujący morderstwo ma się zachowywać podejrzanie.  Mimo wszystko inspektor Jankowski liczył, że uda się dostrzec kogoś kto się czai, przygląda przechodzącym kobietom czy też robi coś w tym rodzaju. Niestety, nic z tego nie wynikło.

Sprawa przybrała nowy obrót 15 października, kiedy przypadkowy przechodzień wczesnym rankiem znalazł kolejne zwłoki. Tym razem była to Elżbieta W., kobieta około czterdziestki. Jak ustalono, wyszła na tramwaj aby dotrzeć do pracy na szóstą. W tym czasie jej mąż, który rozpoczynał pracę później był jeszcze w domu z dwójką nastoletnich dzieci. Kobieta nie miała ze sobą niczego cennego, a z tego co miała nic nie zginęło. Przesłuchania bliskich nie wskazywały na to aby zamordowana miała jakichś wrogów. Sekcja zwłok wykazała, że Elżbieta została uderzona w głowę, a następnie  uduszona. Nie była wykorzystana seksualnie. W porównaniu ze sprawą Doroty była jednak istotna różnica. Pod paznokciami Elżbiety znaleziono fragmenty skóry, z której dało się uzyskać DNA. Wczesnym rankiem 15 października było chłodno i zamordowana miała na głowie wełnianą czapkę. Zdaniem patomorfologa sprawiło to, że  ofiara po uderzeniu w tył głowy nie straciła całkowicie przytomności. Próbowała oderwać dłonie zaciskające się na jej szyi i przy tym je podrapała.

Zaszła też kolejna okoliczność sprzyjająca śledztwu. Jedna z funkcjonariuszek przeglądająca zapisy monitoringu z okolicy poprosiła o ponowne dostarczenie taśm ze sprawy Doroty. Kiedy je przejrzała wezwała inspektora Jankowskiego.

- Niech pan spojrzy, inspektorze – z podekscytowaniem wskazała na ekran. – Ten mężczyzna przed północą 9 października szedł ulicą w kierunku parku, w którym zginęła Dorota. A tu jest nagranie z poranka 15 października z ulicy prowadzącej do miejsca, gdzie znaleziono zwłoki Elżbiety. To ten sam człowiek.

- Faktycznie, jest mało prawdopodobne aby niewinny facet przypadkiem został nagrany w pobliżu miejsca dwu zabójstw - przyznał Jankowski.

- To jeszcze nie wszystko – powiedziała policjantka. – Kiedy widziałam jego pierwsze nagranie nie zwróciłam na to uwagi bo nie miałam podstaw aby uznać go za podejrzanego. Ale kiedy zobaczyłam go na drugim nagraniu przyjrzałam się lepiej. Niech pan spojrzy na prawy rękaw jego kurtki. Ma nienaturalny kształt, odstaje od ręki. Według mnie on ma w tym rękawie schowaną pałkę.

- Dobra robota. – pochwalił funkcjonariuszkę Jankowski. – Mamy gościa. Szkoda, że na tych nagraniach nie widać jego twarzy. Ale mamy jego DNA i wiemy, że jest podrapany. Został tylko drobiazg. Trzeba go jeszcze znaleźć.

Spełniły się złe przeczucia inspektora Jankowskiego. W mieście działał seryjny, maniakalny morderca, który zabijał kobiety bez wyraźnego powodu. Obie sprawy połączono i niezwłocznie powołano zespół do wykrycia sprawcy, kierowanie którym powierzono Jankowskiemu. W komendzie policji zwołano naradę. Należało działać szybko, bo skoro morderca zaatakował po raz drugi po pięciu dniach, to należało się obawiać, że wkrótce może zaatakować po raz trzeci. Jak zwykle w takich sprawach rozpoczęto od stworzenia listy mężczyzn notowanych za agresję wobec kobiet, zwłaszcza bez podtekstu seksualnego. Zaczęło się żmudne sprawdzanie, czy ktoś z tej listy mógł się znajdować w okolicy i co porabiał w dwie krytyczne noce.

Zlecono opracowanie portretu psychologicznego mordercy.  Policyjni profilerzy orzekli, że jest to prawdopodobnie mężczyzna w średnim wieku, który żywi urazę do kobiet, gdyż doznał od jednej z nich jakiejś krzywdy lub upokorzenia.  To dopiero sensacja – pomyślał Jankowski.  - W życiu bym nie wpadł na to, że sprawcą nie jest ktoś kto uwielbia kobiety.

Rozważano wysłanie na ulicę przebranych policjantek w charakterze przynęty ale odrzucono tę możliwość ze względu na wysokie ryzyko. Dwie funkcjonariuszki zgłosiły się jednak na ochotnika. Opracowano dla nich plan działania. Przede wszystkim przygotowano lekkie, korkowe osłony na głowę dające się ukryć pod czapką, które miały chronić gdyby doszło do ataku. Zakładano jednak, że do tego nie dojdzie. Za przebranymi policjantkami, na tyle daleko aby nie płoszyć napastnika, mieli się poruszać policjanci, których zadaniem było ostrzec koleżanki przez telefon komórkowy gdyby ukradkiem ktoś zbliżał się do nich od tyłu. W takim wypadku policjantki miały od razy sięgnąć po służbową broń. Nie było potrzeby łapać mordercy na gorącym uczynku. Wystarczyło go zatrzymać i porównać DNA.

Najtrudniejsza decyzja, jaką musiał podjąć policyjny zespół dotyczyła tego czy należy upublicznić całą sprawę. Ogłoszenie, że w mieście grasuje seryny morderca mogło wywołać panikę. Z drugiej strony utrzymywanie tego w sekrecie mogło prowadzić do tego, że kolejną ofiarą padnie jakaś kobieta, która nie będąc świadoma zagrożenia wybierze się nocą na samotną przechadzkę.  Postanowiono wydać ostrzeżenie. Opublikowano wizerunek mordercy pochodzący z monitoringu, poinformowano, że ma on ślady zadrapania na rękach i zwrócono się z prośbą o informacje na jego temat, jeśli ktokolwiek je posiada.  Do kobiet skierowano apel aby nie wychodziły samotnie z domu, zwłaszcza nocą.  

Tabloidy pojęły temat. Mordercę określono mianem wampira terroryzującego miasto. Policja znalazła się pod presją gdyż media żądały szybkiego ujęcia sprawcy.  Trwała żmudna policyjna robota. Sprawdzano potencjalnych podejrzanych wytypowanych na podstawie akt. Policjantki w przebraniu wyruszały wieczorami na miasto asekurowane dyskretnie przez kolegów. Czekano na kogoś kto rozpozna mordercę na opublikowanych zdjęciach, mimo że nie ukazywały one twarzy.  Liczono się z tym, że nagłośnienie sprawy przestraszy mordercę i powstrzyma go od kolejnych ataków. W takim przypadku sprawa mogła pozostać nierozwiązana. Inspektor Jankowski sam nie wiedział co gorsze: nie wykryć sprawcy dwu morderstw czy ująć go po popełnieniu trzeciego.

Przez kolejne dni nic się nie działo. Morderca, nawet jeśli nie przestraszył się policyjnej akcji, miałby problem ze znalezieniem kolejnej ofiary, gdyż apele poskutkowały i kobiety nie wychodziły po zmroku z domów. Jednak nie wszystkie mogły sobie pozwolić na taką ostrożność.

Trzecią ofiarę znaleziono rankiem 22 października. Modus operandi mordercy był taki sam. Cios w głowę od tyłu i uduszenie gołymi rękami. Tym razem ofiarą okazała się prostytutka, którą prawdopodobnie sutenerzy zmusili do wyjścia nocą na ulicę pomimo zagrożenia i nie potrafili zapewnić jej ochrony. Tak jak poprzednio, nie znaleziono żadnych śladów pozwalających na zidentyfikowanie  zabójcy. Policja poinformowała o zdarzeniu pomijając zawód uprawiany przez zabitą kobietę.  Tabloidy nie pozostawiły na śledczych suchej nitki. Tytuł na pierwszej stronie „Wampir kpi z policji” należał do najbardziej wyważonych.  Policja będąc pod presją zdecydowała o wysłaniu na ulice licznych radiowozów, które na sygnale patrolowały nocami miasto.  Było to działanie o charakterze raczej propagandowym, które mogło powstrzymać mordercę przed kolejnymi napadami lecz w żaden sposób nie przyczyniało się do jego wykrycia. Zabójca, nawet jeśli nie wystraszył się niebieskich świateł i ryku syren, to i tak nie miałby na kogo napadać, gdyż po trzecim morderstwie nocne ulice na dobre opustoszały.

Zaczęły się tworzyć patrole obywatelskie. Sąsiedzi organizowali się i trójkami patrolowali nocą ulice. Policja apelowała aby ograniczyć się do przekazywania informacji i nie podejmować żadnych samosądów. Łatwo o pomyłkę. Samozwańczy szeryfowie mogli na przykład wziąć małżeńską sprzeczkę na ulicy za próbę napadu i próbować wymierzyć sprawiedliwość nie temu komu trzeba.  Policyjni informatorzy donieśli na komendę, że gang sutenerów rozpoczął poszukiwania mordercy na własną rękę. Chodziło im nie tyle o pomszczenie pracującej dla nich zabitej kobiety, co o straty jakie ponosili, gdyż w warunkach zagrożenia biznes erotyczny przygasł.

Sytuacja nie uległa zmianie aż do pierwszego listopada. Tego dnia i poprzedniego wieczoru ludzie, w tym nawet niektóre samotne kobiety,  zdecydowali się na odwiedzenie cmentarzy. Zmrok o tej porze roku zapada szybko. Cała policję postawiono na nogi. Po mieście krążyły radiowozy, zwłaszcza w rejonie nekropolii, gdzie panował spory ruch. Inspektor Jankowski przez czterdzieści osiem godzin był na nogach i nie opuszczał komendy.  Rano drugiego listopada zgłosił się do niego funkcjonariusz z meldunkiem.

- Mamy kolejną ofiarę. – poinformował.

- Jasna cholera! – zaklął inspektor.

- Szefie, to nie tak. – sprostował policjant. – Tym razem to nie kobieta tylko facet w średnim wieku. Znaleziono go w pobliżu cmentarza.

Uwagę patomorfologa w trakcie sekcji zwróciły świeże blizny po zadrapaniach na nadgarstku denata. Porównano DNA i stwierdzono bez żadnych wątpliwości, że jest ono identyczne jak w materiale znalezionym pod paznokciami zabitej Elżbiety.  Zatem morderca sam padł tym razem ofiarą zabójstwa. Okoliczności były nietypowe. W raporcie z sekcji stwierdzono, że na szyi mężczyzny znaleziono ślady jak po ukąszeniu. Ich układ odpowiadał ludzkim zębom lecz z kłami o nietypowej wielkości. Rozerwaniu uległa tętnica szyjna i przyczyną śmierci było wykrwawienie. Raport stwierdzał, że ofiara została całkowicie pozbawiona krwi, jakby ją ktoś wyssał.

Jankowski spojrzał na zdjęcia z miejsca odnalezienia zwłok. Jeśli ofiara utraciła tam kilka litrów krwi, to wokół powinny być widoczne jej całe kałuże. Jednak na zdjęciach niczego takiego nie było widać. Stąd wniosek, że zabójstwa dokonano  gdzie indziej, a już po śmierci przeniesiono pozbawione krwi zwłoki. Inspektor zarządził przegląd okolicy w poszukiwaniu krwawych śladów ale niczego takiego nie znaleziono.

Morderca trzech kobiet został wykryty. Teraz inspektor Jankowski musiał z kolei wykryć jego zabójcę. Miał dwie robocze hipotezy. Pierwsza zakładała, że gang sutenerów dopadł mordercę, przy pomocy narzędzia przypominającego ludzkie zęby z powiększonymi kłami rozszarpał mu szyję, doprowadził do wykrwawienia, a następnie przeniósł zwłoki w inne miejsce.  Według drugiej hipotezy morderca tym razem wybrał w pobliżu cmentarza na ofiarę bardzo niewłaściwą osobę i sam stał się ofiarą. Inspektor wolał aby potwierdziła się pierwsza hipoteza. Bo jeśli prawdziwa miałaby być druga to sprawca będzie nieuchwytny w ciągu dnia, a gdyby doszło do jego zatrzymania nocą to należało wątpić czy poradzi sobie  z tym nawet brygada policyjnych antyterrorystów.

 

niedziela, 15 września 2024

Wysyp

 

Wysyp

Z grzybami nigdy nic nie wiadomo.  Trudno przewidzieć gdzie i kiedy wyrosną.  Teoretycznie każdy wie, że grzyby wolą lasy iglaste od liściastych, że borowiki pojawiają się  w miejscach gdzie pośród sosen rosną dęby, a koźlarze lubią towarzystwo brzóz. Niektórzy twierdzą, że znają specjalne miejsca, gdzie grzybów można się spodziewać i trzymają te miejsca w tajemnicy. Może to i prawda, ale osobiście nie wierzę, że można tam znaleźć  grzyby zawsze.  To kwestia prawdopodobieństwa. Skoro w jakimś miejscu kiedyś grzyb wyrósł, to znaczy że jest tam grzybnia, więc mogą wyrosnąć kolejne. Problem w tym, że nie na pewno i nie zawsze. Wydaje się, że od miejsca ważniejszy jest czas. Zdarzają się tak zwane wysypy, gdy grzybów jest pełno wszędzie, nie tylko w tych sekretnych miejscach.  A w innych porach można złazić cały las, łącznie z tymi tajemnymi miejscami i nie zobaczyć grzyba na oczy.  Nikt nie jest w stanie przewidzieć kiedy taki wysyp nastąpi.  Teoretycznie wiadomo, że grzyby nie rosną gdy jest sucho i zimno. Zdecydowanie wolą dni wilgotne i ciepłe. Ale nie ma gwarancji. Nie raz zdarza się wracać z lasu w wilgotny i ciepły dzień  z pustym koszem.  Czyli z grzybami nigdy nic nie wiadomo.  Najlepszym dowodem jest to, że nikomu nie udaje się grzybów uprawiać, pomijając pieczarki i takie tam. Gdyby dało się przewidzieć w jakich warunkach grzyby na pewno wyrosną to wystarczyłoby stworzyć takie warunki i mielibyśmy hodowlę. Ale nic z tego.

Być może z tego powodu zbieranie grzybów jest tak popularne w naszym kraju. Bo znalezienie grzyba jest jak wygrana w totka.  A każdy woli wygrać w totka niż na coś zapracować.  Jeśli zdecydujemy się pójść na jagody i wykażemy dość cierpliwości, to na pewno jagód nazbieramy. To nie jest kwestia szczęścia tylko pracowitości. A z grzybami jest wręcz odwrotnie. Można się pracowicie nałazić po lesie  i nic nie znaleźć, a można po paru krokach mieć farta i pełen kosz.

W połowie września pogoda była taka, że teoretycznie powinien nastąpić wysyp. Solidnie polało, a po tym przyszły parne noce. Nawet księżyc był w pełni, co według nie w pełni dowiedzionych teorii sprzyja wystąpieniu grzybów. Wybrałem się do lasu. Oczyma wyobraźni widziałem całe stada prawdziwków pośród mchów, wrzosów oraz igliwia. Niestety, jak to często w przypadku grzybów bywa, teoria się nie sprawdziła. Przez pół godziny nie widziałem nawet zeschłego muchomora. Już miałem wracać z pustym koszem do domu kiedy dostrzegłem kilka niewielkich grzybków pośród paproci. Zazwyczaj zachowuję daleko posuniętą ostrożność wobec grzybów. Zbieram tylko gatunki, które znam, a zwłaszcza unikam tych z blaszkami pod kapeluszem. Ale tym razem jakoś wstyd mi było wracać z lasu z niczym. Mimo, że te małe grzybki miały blaszki postanowiłem je zidentyfikować. Zrobiłem zdjęcie telefonem i skorzystałem z aplikacji rozpoznającej gatunki.  Wyświetliło się, że to gąsówka świerkowa, grzyb jadalny.  Wobec tego pozbierałem te grzybki i wróciłem do domu. Poddusiłem je na maśle, dodałem cebuli, wbiłem jajko, popieprzyłem i zjadłem. Były nawet dość smaczne.

Po posiłku zacząłem mieć wątpliwości czy nie za wcześnie zrezygnowałem z dalszych poszukiwań. Wydawało mi się, że w lesie byłem jakiś ospały, mało skoncentrowany i nieuważny. Mogłem przegapić sporo grzybów. Przecież wszystko wskazywało, że powinien być wysyp. Teraz miałem wyostrzone zmysły. Postanowiłem ponownie wybrać się do lasu. Przeczucia mnie nie myliły. Ledwo minąłem pierwsze, rosnące na skraju zagajnika, świerczki dostrzegłem trzy dorodne prawdziwki. Zastanawiałem się jak poprzednio mogłem ich nie zauważyć. Chyba wchodziłem do lasu w innym miejscu. Wszystkie te drzewa wyglądają tak samo.  Dobra praktyka nakazuje uważnie rozejrzeć się wokoło gdy się znajdzie jednego grzyba, bo one często rosną stadami. Tym razem to się sprawdziło. Nie dalej jak dwa metry od tej trójki borowików rosły kolejne cztery. A kiedy je zebrałem i znów się rozejrzałem dostrzegłem kolejne. I tak to już poszło. Nawet się nie obejrzałem jak miałem pełen kosz. Żal było wychodzić z lasu podczas takiego wysypu ale co miałem zrobić. Jednak to jeszcze nie był koniec. W rowie przy drodze, którą szedłem do domu znalazłem koleją grupę prawdziwków, zdrowych, i dorodnych. Gdzie jak gdzie ale w takim miejscu bym się ich nie spodziewał. Jeden z borowików rósł dosłownie na granicy asfaltu. Wyjąłem koszulę ze spodni, i nawrzucałem do niej te dodatkowe zbiory. Podczas takiego wysypu nic nie było  w stanie mnie zadziwić. Nawet to, że znalazłem kolejne dwa prawdziwki na betonowych schodach mojego domu.

Usiadłem na krześle w kuchni. Trochę kręciło mi się w głowie. Pomyślałem, że ta aplikacja chyba nie podaje wszystkich informacji. Owszem, te gąsówki świerkowe był jadalne, jednak wyglądało na to, że nie napisali, że są też halucynogenne. Zresztą z grzybami nigdy nic nie wiadomo.  

sobota, 17 sierpnia 2024

Szyb

 

Szyb

Nie lubię ostatnich dni sierpnia. Niby to jeszcze wakacje ale już się czuje, że zbliża się koniec laby. Najbardziej mnie denerwują te reklamy przyborów szkolnych. Nie pozwalają zapomnieć, że wkrótce koniec wolności. To gadanie, że spotka się na nowo kolegów, że będzie można sobie radośnie opowiadać wakacyjne przygody jakoś do mnie nie trafia.  Nie muszę wracać do szkoły żeby spotkać kumpli.  Większość z nich cały czas jest na miejscu. Wyjazdy na Zanzibar albo na Karaiby to nie są klimaty z naszych familoków i bloków.  Chłopaki wyjeżdżają na wieś do dziadków, co najwyżej któremuś się trafią tanie, dwutygodniowe wakacje w Egipcie z promocji last minute. Pod koniec sierpnia wszyscy byli już na miejscu.

Jakieś dwa kilometry od naszego osiedla znajduje się stary kopalniany szyb wentylacyjny. Kiedy kopalnię zamknięto został nakryty betonowym stropem, żeby ktoś do niego nie wpadł. Wiadomo, nikt normalny nie ma zamiaru polecieć kilkaset metrów w dół, ale idiotów nie brakuje. Wszystkie co bardziej wartościowe urządzenia zdemontowano, a na zrujnowanych ścianach dawnej stacji wentylatorów zawieszono tabliczki „Wstęp wzbroniony”. Akurat się tym przejęliśmy. Urządziliśmy tam sobie z chłopakami bazę. Teren wokół szybu w międzyczasie zdążył zarosnąć młodymi brzózkami i sosenkami więc był ukryty przed obcymi. Spotykaliśmy się tam wieczorami, palili ogniska, i gadali do późna.

Któregoś sierpniowego dnia jak zwykle urzędowaliśmy z kumplami w naszej bazie. Nagle z ciemności wyłonił się jakiś starszy facet i stanął w blasku ogniska. Dziwnie wyglądał. Ubrany był w sfatygowane, wełniane spodnie i mocno spraną koszulę bez kołnierzyka uszytą z grubego płótna. Miał fryzurę z przedziałkiem pośrodku i długie, podkręcone do góry wąsy.

- W 1912 roku na poziomie 350 metrów w kopalni wybuchł pożar. – zaczął mówić nie pytany przez nikogo. – Odciął stu siedemnastu górników od szybu, którym mogli wyjechać na powierzchnię. Korytarze kopalniane wypełniły się dymem. Na szczęście sztygar kierujący pracami w tym rejonie, stary doświadczony górnik,  nie stracił głowy. Powiedział swoim ludziom, że mogą ratować się przez ten szyb wentylacyjny. – nieznajomy wskazał za siebie w mrok. – Poprowadził wszystkich niemal po omacku poprzez zadymione chodniki. W tym czasie w szybie nie było żadnych urządzeń wyciągowych. Służył tylko do przewietrzania podziemnych wyrobisk. Uciekający przed ogniem górnicy musieli się wspinać po zawieszonych na ścianach drewnianych drabinach, które były oślizgłe i miejscami zmurszałe. Dziewięćdziesięciu ośmiu się udało. Pozostałym dziewiętnastu nie.  Nie wiadomo co się dokładnie stało. Może jakiś spróchniały szczebel nie wytrzymał, a może któryś zatruty dymem górnik odpadł od drabiny i strącił z niej tych co wspinali się za nim. W każdym razie tych dziewiętnastu nie pojawiło się na powierzchni. Kierownictwo kopalni nie podjęło akcji ratunkowej.  Na chłodny rozum mieli rację. Ludzi, którzy spadli kilkaset metrów w dół nie dało się uratować, a szyb należało szybko zaślepić bo dopływające nim powietrze podsycało pożar. Wyrobiska tliły się niemal przez dwa lata aż komisja z urzędu górniczego uznała, że pożar wygasł. Dopiero wtedy wydobyto z dna szybu szczątki tych dziewiętnastu. Nie dało się ich zidentyfikować, więc zostali pochowani we wspólnej mogile na miejscowym cmentarzu. Kopalnia ufundowała nawet pomnik na tym grobie, który przetrwał kilkadziesiąt lat aż zniknął, a wraz z nim pamięć o tych ludziach.

Stary człowiek zamilkł, przez chwilę patrzył zamyślony w ogień, a później cofnął się w otaczającą nas ciemność i zniknął. Przez dłuższą chwilę żaden z nas nie wypowiedział słowa. Opowieść dziwnego gościa zapadła wszystkim w pamięć.

Następnego dnia znów spotkaliśmy się w bazie. Przez chwilę wspominaliśmy wczorajsze odwiedziny ale później zaczęły się zwyczajne rozmowy i żarty. Dopiero po dłuższej chwili zauważyliśmy, że na granicy blasku ognia i ciemności stoi mężczyzna ubrany w dwurzędową, gabardynową marynarkę i za szerokie spodnie. Był niezwykle chudy, a raczej należałoby powiedzieć, wyniszczony. Miał bladą twarz z podkrążonymi oczami i zapadniętymi policzkami.

- Styczeń 1945 roku był bardzo mroźny. – zaczął mówić. – Wiadomo było, że zbliża się front. Od kilku dni słychać było huk armat. Którejś nocy Niemcy się wycofali, a kopalnię zajęli Rosjanie. Pomimo tego prawie cała załoga rano stawiła się do pracy. Ślązacy są nauczeni porządku. Wojna nie wojna, front nie front, a fedrować trzeba. Ruscy nie znali miejscowych realiów. Kopalnia leżała po niemieckiej stronie przedwojennej granicy, więc nie rozróżniali pomiędzy Ślązakami a Niemcami. Wszystkich górników ustawili na placu przy tym szybie i kazali stać tak przez dwie doby. Było ponad dwadzieścia stopni poniżej zera. Ludzie byli zmarznięci na kość. Po tych dwu dniach rosyjski komendant kazał odliczyć do dziesięciu i wystąpić tym, na których wypadło. Okazało się, że mieli wielkie szczęście bo zostali do obsługi pomp, aby kopalnia nie została zalana. Pozostali prosto z tego placu trafili do wagonów, które zawiozły ich do pracy w syberyjskich kopalniach. Dopiero po śmierci Stalina niektórzy wrócili na Śląsk. Niespełna połowa. Rodziny pozostałych nigdy się nie dowiedziały co stało się z ich bliskimi. Ci, co wrócili nie opowiadali o swoich przeżyciach. Urząd Bezpieczeństwa pilnował aby wieści o tym jak wygląda przyjaźń polsko-radziecka z punktu widzenia Ślązaków się nie rozpowszechniały.

Słuchaliśmy tej opowieści w osłupieniu. Zanim ktoś z nas zdążył się odezwać starszy, wychudzony człowiek zniknął w ciemności.

Następnego dnia mieliśmy kolejną wizytę. Tym razem z mroku wyszedł do naszego ogniska mężczyzna ubrany we wzorzysty, turecki sweter i przybrudzone dżinsy. Patrząc w ognisko zaczął mówić:

- Kiedy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zamknięto kopalnię, to zatrudnieni w niej górnicy nie mieli jeszcze najgorzej. Kto chciał mógł wziąć niezłą odprawę, a tym co chcieli nadal pracować proponowano robotę w innych kopalniach. Jednak nikt się nie troszczył o okoliczne zakłady pracy, które poprzednio żyły z zamówień kopalni. Kiedy to się skończyło tylko nieliczne firmy znalazły szybko innych klientów i przetrwały. Wiele innych padło, a ludzie poszli na bezrobocie. Kto miał  szczęście to dostał chociaż na koniec jedną pensję. Byli tacy, co nie dostali nic. Żeby wyżywić rodzinę zajęli się zbieraniem złomu z zamykanych zakładów, również z tego szybu. Wyposażenie stacji wentylatorowej zdemontowano ale zostało sporo kabli, prętów zbrojeniowych, metalowych framug i takich tam.  Człowiekowi nauczonemu solidnej roboty żal było wyrywać to ze ścian ale jakie było inne wyjście? Władze ścigały złomiarzy, niby dla ich bezpieczeństwa, bo przy odzyskiwaniu metali nie przestrzegali BHP. Ale kto by się przejmował BHP kiedy rodzina nie ma za co żyć? – mężczyzna pokręcił głową w zadumie, a po chwili cofnął się w ciemność.

Sporo myślałem o tych trzech ludziach. W naszej dzielnicy znamy się niemal wszyscy z widzenia i mam pewność, że żaden z nich nie jest stąd. A w jaki sposób ktoś obcy mógł się dowiedzieć o starym, opuszczonym szybie ukrytym w zaroślach i trafić tam wieczorem? Poza tym wszyscy trzej wyglądali tak jakoś niedzisiejszo. Jakby pochodzili z dawnych czasów. Nieważne kim byli i skąd przyszli. Wierzyłem im. Usłyszałem od nich kawałek śląskiej historii, której inaczej bym nie poznał.