poniedziałek, 14 lipca 2025

Nocny pociąg

 

Nocny pociąg

Pociąg był pustawy, co Witoldowi odpowiadało. Musiał wrócić  nocą do swojego miasta, gdzie od rana miał ważne, służbowe sprawy do załatwienia i powinien być w dobrej formie. Zależało mu zatem aby złapać kilka godzin snu, a zawsze miał problemy z zasypianiem w zatłoczonym przedziale. Były po temu zarówno oczywiste powody, takie jak problem z ułożeniem nóg tak aby nie być w nie bez przerwy poszturchiwanym  przez pasażera z przeciwka, albo to, że często trafiali się ludzie mający ochotę gadać przez całą podróż. Miał też jednak problem natury psychologicznej. Nie lubił gdy ktoś patrzy na niego podczas snu. Był to rodzaj fobii, instynktownej nieracjonalnej obawy, która sprawiła, że miał trudność by zasnąć w obecności obcych ludzi.

Na szczęście tym razem tłoku w pociągu nie było. Przechodząc korytarzem przez kolejne wagony widział, że w przedziałach siedziało po dwu, trzech pasażerów. Na koniec znalazł całkiem pusty  przedział. Wszedł i zajął miejsce pod oknem. Zawsze łatwiej mu było usnąć gdy mógł oprzeć głowę o ścianę wagonu. To było możliwe na miejscu przy korytarzu albo przy oknie. Ten drugi wariant odpowiadał mu znacznie bardziej. Pociąg ruszył. Witold wiedział, że zatrzyma się na kolejnej stacji za mniej więcej dwadzieścia minut. Postanowił, że jeśli  tam nikt się nie dosiądzie to położy się na siedzeniu i prześpi naprawdę wygodnie.

Pociąg przybył na tę stację planowo i po dwu minutach ruszył w dalszą trasę. Do chwili odjazdu nikt się nie dosiadł i Witold już myślał, że ma cały przedział dla siebie. Jednak kilka minut później drzwi na korytarz się uchyliły i do środka weszła młoda szatynka ubrana w cienki, granatowy płaszczyk odpowiedni na letnią noc. Powiedziała cicho „Dobry wieczór” i zajęła miejsce naprzeciw, przy oknie. Przez półprzymknięte powieki Witold ocenił, że kobieta jest ładna i wygląda na taką, z którą można porozmawiać nie tylko o aktualnych trendach w pielęgnacji paznokci. Pomimo tego odpowiedział jedynie „Dobry wieczór” i nie silił się na żadne dalsze błyskotliwe uwagi. Co do zasady uważał, że nie należy narzucać się obcym kobietom tylko dlatego, że podróżują samotnie, a  muszą przecież gdzieś usiąść. No chyba, że dadzą jakiś sygnał wskazujący na chęć nawiązania rozmowy. Jednak tym razem nie zwracał uwagi na żadne sygnały. Chciał się po prostu wyspać podczas nocnej podróży. Zamknął oczy.

Pociąg się rozpędził i gnał przez ciemność stukając miarowo kołami na rozjazdach i łączeniach szyn. Za oknami z rzadka migały światła mijanych osad. W pewnej chwili ze świstem minął ich pociąg pędzący w przeciwnym kierunku. Kobieta nagle wstała z miejsca, podeszła do drzwi i nerwowo wyjrzała na korytarz. Cofnęła się gwałtownie. To co nastąpiło po tym zupełnie Witolda zaskoczyło. Współpasażerka zdjęła granatowy płaszczyk, wywinęła go na drugą stronę i założyła na siebie ponownie. Wewnętrzna strona jej płaszcza okazała się intensywnie czerwona. Dziewczyna sięgnęła do kieszeni, wyjęła blond perukę i założyła na głowę. Następnie usiadła obok Witolda, przytuliła się do niego i oparła czoło o jego głowę. Usłyszał jak szepce mu do ucha:

- Wiem, że to brzmi niewiarygodnie ale grozi mi wielkie niebezpieczeństwo. Niech mi pan pomoże. Jestem aktywistką pracującą dla organizacji, która walczy z nadużyciami popełnianymi przez pewną wielką korporację. – szeptała szybko.- Zdobyliśmy na jej temat dane, która demaskują ich draństwa. Umieściliśmy je w chmurze i chcemy je udostępnić osobom, które mają możliwość ukrócenia tych praktyk. Musimy przekazać login do folderu z danymi i hasło dostępu do niego. Nie możemy tego zrobić telefonicznie, mailem ani nawet  tradycyjnym listem.  Ta korporacja wie, że zgromadziliśmy kompromitujące ich materiały i, niestety, dysponuje zasobami aby nam to uniemożliwić. Mogą włamać się do poczty elektronicznej i do każdej sieci telefonicznej. Przy pomocy zaawansowanych algorytmów sztucznej inteligencji analizują każdą wiadomość i są w stanie przechwycić nasz login i hasło. Gdy to się stanie zniszczą obciążające ich dane. Dlatego jedyną szansą jest osobiste przekazanie wiadomości przewożonej jedynie w pamięci. Ja wiozę hasło, a kto inny login. Niestety, korporacja zorientowała się w naszym planie. Najęli dwu zbirów, którzy mnie śledzą. Wskoczyłam do pociągu w ostatniej chwili, ale nie zdołałam ich zgubić. Zdążyli wsiąść do ostatniego wagonu. Zauważyłam, że idą wzdłuż korytarza i zaglądają do przedziałów. Są już blisko.

Kobieta wtuliła  twarz w jego  szyję. Witold spojrzał ponad jej głową w kierunku drzwi przedziału. Faktycznie, korytarzem szło dwu facetów, z gatunku takich, z którymi człowiek nie chciałby się w ogóle spotkać, a zwłaszcza nie w pustej,  ciemnej uliczce. Zaglądali przez szybę do przedziału. Witold wysiłkiem woli zmusił się do tego aby spojrzeć na nich bez obawy, obojętnie, tak jak facet przytulony do swojej dziewczyny spogląda na ludzi przechodzących korytarzem, nie mając powodu do obaw przed nimi.

- Przeszli? – zapytała dziewczyna nie odwracając głowy.

- Tak.

- Ten jaskrawy kolor płaszcza i ta peruka na razie ich zmyliły. Ale kiedy dojdą do pierwszego wagonu i mnie nie znajdą to się zorientują i będą wracać przyglądając się tym razem dokładniej. Muszę uciekać. – stwierdziła. – Dziękuję za pomoc.

Chwyciła rączkę okna i opuściła je. Do wnętrza przedziału wdarło się ze świstem powietrze pachnące lasem, przez który pociąg akurat przejeżdżał.

- Co pani zamierza zrobić? – zapytał przestraszony. – Chyba nie chce pani wyjść przez okno?

Za otwartą szybą przelatywały szybko słupy trakcyjne.

- Nie mam innego wyboru. Jeśli wyjdę na korytarz to szybko mnie dojrzą.

- Ale co dalej? Chyba nie chce pani skakać? Ten pociąg pędzi ze sto czterdzieści kilometrów na godzinę.

-  Wydostanę się na dach i zyskam trochę czasu. Oni będą musieli przejść z powrotem do końca pociągu aż dojdą do wniosku, że mnie w nim nie ma. W międzyczasie pociąg może zwolni. Dziękuję za pomoc.

Kobieta zawahała się na chwilę stojąc przy otwartym oknie.

- Obawiam się, że pana naraziłam na niebezpieczeństwo. Oni zapewne zapamiętali, że siedział pan z blondynką w czerwonym płaszczu i zapytają co się z nią stało.

- Powiem, że moja dziewczyna poszła do toalety.

- Szybko to sprawdzą a jak ustalą, że pan kłamie to będzie pan dopiero w kłopotach.

- To co mam zrobić? Nie wysiądę z panią przez okno. Pani też nie powinna. Może po prostu zadzwonimy po pomoc albo powiadomimy konduktora?

- Pomoc w najlepszym razie możemy otrzymać na kolejnej stacji. To mniej więcej za pół godziny. O wiele za późno. A konduktora tylko naraziłabym tak jak pana. On nic przeciw tym ludziom nie wskóra. Musi im pan po prostu powiedzieć prawdę. Przebrałam się i udawałam pana dziewczynę, a pan był tak zaskoczony, że nie zareagował. Powinni uwierzyć.

Dziewczyna nadal się nad czymś zastanawiała stojąc przy oknie w podmuchu wpadającego do środka powietrza.

- Bardzo możliwe, że panu uwierzą. Śledzili mnie, więc wiedzą, że nie byliśmy razem i mogą dojść do wniosku, że szukałam pomocy u  kogoś obcego.  Jest też bardzo możliwe, że mnie mimo wszystko dopadną i wtedy hasło przepadnie. Skoro już pana w to wciągnęłam to poproszę o dalszą pomoc. Gdybym nie przeżyła, to pan przekaże hasło.

- Jak miałbym to zrobić?

- Za dwa dni zadzwoni pan pod numer 603 245 711. Musi pan zapamiętać - 603 245 711. Powie pan, że jest kurierem i chce dostarczyć paczkę z karmą dla kota. Jeśli ja wcześniej zdołam to hasło przekazać to ten ktoś odpowie, że to pomyłka bo on nie ma żadnego kota i żadnej karmy nie zamawiał. W takim przypadku zapomni pan o tej całej sprawie. Ale gdyby mi się nie udało to rozmówca pana poinstruuje jak dalej bezpiecznie postępować.

- A jakie jest to hasło?

-PWns35uw2b750mlwp55$k

- Żartuje pani? Ja mam to zapamiętać?

- Wiem, że to się wydaje trudne jeśli się nie ma klucza. Ten klucz to zdanie „Pan Wacław na swoje 35 urodziny wypił 2 butelki 750 ml whisky po 55 $ każda” Hasło to pierwsze litery słów z tego zdania, pomiędzy nimi cyfry a dolar pisany jest symbolem. To zdanie łatwo zapamiętać.

- PWns35uw2b750mlwp55$k – przeliterował Witold. - Faktycznie, zgadza się. Skoro już zostałem w to wciągnięty to niech mi pani chociaż powie co to za groźna korporacja i kto ma pomóc w tej walce z nią.

- Im mniej pan wie tym bezpieczniej dla pana. Powiem tylko, że ta korporacja chociaż obraca setkami miliardów zrobi każde draństwo aby zarobić kolejne miliardy. A to się odbędzie kosztem krzywdy dzieci w biednych krajach. Nie powinien pan wiedzieć kto jest gotów z nimi walczyć. Może to ktoś z mediów, a może jakaś nieskorumpowana agencja rządowa.

Dziewczyna spojrzała mu w oczy.

- To byłoby wszystko. Jeszcze raz dziękuję i do widzenia. Niech  pan zamknie za mną okno.

- Spotkamy się jeszcze? – zapytał Witold.

- Być może. Chciałabym.

Kobieta zręcznie wspięła się na ramę okna. Sięgnęła ręką gdzieś na dach wagonu, widać znalazła jakiś punkt do uchwytu bo podciągnęła się w górę i zniknęła w ciemności.

Witold zamknął okno. Czekał co nastąpi dalej.  Jedno już wiedział – że tej nocy raczej się w pociągu nie wyśpi.

Dwaj faceci zjawili się po mniej więcej dziesięciu minutach.

- Gdzie ta kobieta? – zapytał jeden z nich bez żadnych wstępów.

- Już stąd poszła. – odpowiedział Witold. – Może panowie mi powiecie co to za wariatka. Dosiadła się, a chwilę później nagle przewróciła płaszcz na drugą stronę, założyła perukę i  przylepiła się do mnie. Może i nie miałbym nic przeciwko ale ona mi przyłożyła nóż w okolice serca i powiedziała, że jak tylko pisnę to mi go wbije. – Witold opowiedział nieco ubarwioną wersję wydarzeń. – A potem wyszła.

- Jak wyszła? Nie było jej na korytarzu.

Witold uznał, że jeśli mają mu uwierzyć, to musi powiedzieć jak było.

- Wyszła przez okno. Mówiłem wam, że to jakaś wariatka.

 Jeden z mężczyzn otworzył okno i wyjrzał.

- Poczekaj. – powstrzymał go drugi. – A jeśli ten gość jest częścią planu? Jeśli mieli umówione spotkanie w tym pociągu?

Witold poczuł zimny pot na plecach.

- Jakiego planu? – zawołał. – Ludzie, czy wyście wszyscy powariowali? Wracam spokojnie z delegacji, najpierw napada mnie jakaś zwariowana baba, a teraz wy chcecie mnie w coś wrobić?

Nagle zdał sobie sprawę, że przez otwarte okno dobiega jakiś głośny dźwięk. Jakby ryk silnika połączony z czymś przypominającym regularny łopot. Spojrzał w górę i zobaczył, że nad pociągiem, z tą samą prędkością  leci helikopter, co sprawiało, że pozornie wisiał nad oknem przedziału. Ze śmigłowca zwisała lina. Po tej linie opuściła się jakaś ubrana na czarno postać i wrzuciła do przedziału granat.

Huknęło.

Witold otworzył oczy. Zobaczył naprzeciw szatynkę w granatowym płaszczyku drzemiącą z głową opartą o `ścianę wagonu.

- Chyba oglądam za dużo thrillerów na Netflixie. – pomyślał. – Muszę się przerzucić na komedie romantyczne.

 

 

 

niedziela, 15 czerwca 2025

Wyspa

 

Wyspa

Zdecydował się powrócić na tę grecką wyspę trzydzieści lat po tym gdy tam ją poznał i pięć lat po tym gdy ją stracił. Poprzednio wiele razy myślał o tym aby odwiedzić miejsce, w którym poznał miłość swojego życia ale ona tego nie chciała. Mówiła, że wspomnienia są zbyt  piękne aby narażać się na rozczarowanie. Wyidealizowali sobie w głowach to miejsce, a konfrontacja z rzeczywistością mogłaby to tylko zepsuć. Przez pięć lat od jej śmierci szanował jej wolę, ale w końcu tęsknota skłoniła go do powrotu na wyspę, gdzie miał nadzieję odnaleźć przynajmniej jej cienie.

Obecnie nie mógł sobie przypomnieć co właściwie zdecydowało, że wtedy, trzydzieści lat temu,  wybrał się na wakacje właśnie tam. Internet dopiero się rozwijał i nie dało się jeszcze wybierać spośród ilustrowanych licznymi zdjęciami ofert. Chyba usłyszał o tej wyspie od kogoś z przyjaciół, a to czego się dowiedział do niego przemówiło. Nigdy nie lubił głośnych,  zatłoczonych kurortów. Ponadto nie było go wtedy stać na wakacje w renomowanych miejscach jak Santorini, Hvar czy nawet Ibiza.   Ta wyspa wydawała się miejscem jakiego szukał. Nie było wtedy tanich linii lotniczych, a ponieważ miał więcej czasu niż pieniędzy, pojechał do Pireusu koleją z dwoma przesiadkami po drodze, a dalej promem. Z oszczędności nie wykupił miejsca w kajucie, tylko przespał noc na pokładzie, pod sklepieniem  z gwiazd na granatowym niebie. Wyspę odnalazł taką, jaką ją sobie wyobrażał. Fale morza uderzały tam o urwiste klify w tym samym sennym rytmie jak wtedy, gdy leżące obecnie pośród podeschłych ziół kolumny podpierały dumnie tympanony marmurowych świątyń.

Dostrzegł ją gdy idąc skrajem morza zbierała muszelki. Była smukła i delikatna. Miała długie, ciemnoblond włosy z jaśniejszymi pasemkami pochodzącymi nie z salonu fryzjerskiego lecz od działania słońca i morskiej wody. Jej oczy, w zależności od światła, wydawały się raz żółte, a raz zielone. Nie wierzył, że tak piękna dziewczyna może być samotna, a zresztą nigdy nie umiał zagadywać aby nawiązać znajomość z kobietą. Tym razem jednak coś zmobilizowało go do działania. Dostrzegł na piasku sporą muszlę. Podniósł ją i podał dziewczynie.

- Do kolekcji. – powiedział.

- Piękna. Dziękuję. – odrzekła.

Sam nie mógł wtedy uwierzyć, że tak nawiązana znajomość może się przerodzić w miłość jego życia. Teraz, gdy jej już nie było, odwiedzał ponownie miejsca, gdzie ta miłość się  rozwijała. Spacerował wzdłuż plaży nadmorską promenadą, ocienioną tymi samymi, lecz jeszcze starszymi tamaryszkami. Przemierzali tę drogę wiele razy mówiąc sobie rzeczy, których dotychczas nie mówili nikomu, a które oboje zawsze pragnęli usłyszeć.

Przy tej promenadzie była wciąż ta sama restauracja, do której zaprosił ją na pierwszą kolację. Drżał wtedy w duchu czy starczy mu gotówki aby uregulować rachunek. Ona jednak nie należała do kobiet, które naciągają mężczyzn na wysokie wydatki. Zamówiła jedynie jakąś sałatkę i kieliszek domowego wina.

Odszukał ruiny antycznego amfiteatru, w których spędzili wieczór przytuleni do siebie patrząc na księżyc wschodzący spoza urwistych wzgórz i słuchając koncertu cykad. Koncert trwał nadal, lecz tym razem musiał wysłuchać go samotnie.

Tamtego roku udało im się znaleźć odludną plażę, do której nie było wygodnego dojścia od strony lądu. Zdołali jednak zejść ze stromego klifu szukając oparcia dla stóp na kamieniach. Spotkała ich nagroda za ryzykowną wspinaczkę. Plaża była zupełnie pusta, pokryta drobnym żwirkiem. W miejscach gdzie fale rozbijały się o skały wzburzona woda odróżniała się jasnym błękitem od granatowego tła. Mieli tę scenerię wyłącznie dla siebie i beztrosko cieszyli się morzem i słońcem. Tym razem, po trzydziestu latach, ponowna wyprawa na tę plażę okazała się rozczarowaniem. Po pierwsze zejście okazało się znacznie trudniejsze niż pamiętał. I to nie klif się zmienił. Po drugie, gdy mocno ryzykując, wielkim wysiłkiem zszedł na plażę okazało się, że nie była pusta jak wtedy. Cumował przy niej drogi jacht, na którego pokładzie opalały się dwie kobiety składające się w znacznej proporcji z silikonu. Ubrane były w markowe bikini, których projektant musiał się mocno nakombinować aby znaleźć miejsce na zamieszczenie firmowego logo. Gdyby podzielić cenę tych kostiumów przez powierzchnię tkaniny to na centymetr kwadratowy przypadłaby jakaś absurdalna kwota. Wycofał się szybko bo nie chciał aby te panie pomyślały, że przyszedł na plażę aby się na nie gapić, a przede wszystkim dlatego, że to targowisko próżności jakie zastał, kompletnie zepsuło mu wspomnienia z tych szczęśliwych chwil jakie tu spędzał z nią.  

Trzydzieści lat temu w ostatni wieczór siedzieli obok siebie na plaży patrząc na zachodzące słońce. Byli szczęśliwi, lecz pełni obaw o przyszłość. Bali się, że ich znajomość zakończy się jak wiele innych wakacyjnych romansów. Ich miłość jednak przetrwała. Mimo, że mieszkali w odległych miastach, znaleźli do siebie drogę i przeżyli wspólnie dwadzieścia pięć szczęśliwych lat.

Wyspa był pełna jej cieni, które wyłaniały się spoza pni drzewek oliwnych, spośród kamiennych krytych dachówką domków i opadających stromo do morza skał. Czuł się szczęśliwy odnajdując wspomnienia tamtych beztroskich wakacji lecz jednocześnie czuł przejmującą tęsknotę i pragnienie aby jeszcze raz spotkać dziewczynę o żółto-zielonych oczach i włosach rozświetlonych jasnymi pasemkami. Wybrał się na plażę i wkroczył w wysokie fale gnane zachodnim, ciepłym i porywistym wiatrem.

Ratownik nie miał wiele do roboty bo kąpiących się na strzeżonej plaży było niewielu z powodu mocnych fal. Dlatego rozglądał się przez lornetkę poza akwen będący pod jego opieką. Widok mężczyzny wchodzącego do morza w ubraniu nie wróżył nic dobrego. Nie chodziło jedynie o strój lecz również o sposób, w jaki ten człowiek szedł naprzeciw fal. Ratownik mógł udać, że tego nie widzi bo rozgrywało się to poza plażą, za której bezpieczeństwo był odpowiedzialny. Wiedział jednak, że szanse na uratowanie tonącego człowieka maleją z każdą minutą, przez którą do mózgu krew nie dostarcza tlenu. Dlatego postarał się zapamiętać położenie względem nadbrzeżnych skał miejsca, w którym ten mężczyzna zniknął pod falami i jak najszybciej pomknął w tę stronę pontonem napędzanym potężnym silnikiem.

Kiedy odzyskał świadomość stwierdził, że znajduje się w jasnym pomieszczeniu. Sala szpitalna czy może…? Wracał do przytomności ale wzrok miał nadal zmącony. Widział, że obok łóżka siedzi biała postać. Czuwająca przy nim pielęgniarka czy może…? Sylwetkę kobiety widział jak przez mgłę lecz, o dziwo, wyraźnie widział, że ma ona żółto-zielone oczy i ciemnoblond włosy rozświetlone jaśniejszymi pasemkami.

środa, 14 maja 2025

Biały szkwał

 

Biały szkwał

Pogoda w majówkę była idealna dla żeglarzy. Na bezchmurnymi niebie świeciło słońce, wiał lekki wiatr. Taka trójeczka- czwóreczka sprawiająca, że jachty żwawo pędziły po toni jeziora ale bez większego zagrożenia i ryzyka wywrotki. Powierzchnia wody była pokryta drobnymi falami, ledwo zasługującymi na tę nazwę. Być może zamiast „fale” bardziej na miejscu byłoby określenie „zmarszczki”.  Tylko gdzieniegdzie przelatujące silniejsze powiewy sprawiały, że falki się zagęszczały.  Na jeziorze było pełno łodzi. Prawie wszyscy właściciele zdążyli już zwodować jachty po zimie, a teraz wykorzystywali wolne dni aby nacieszyć się żeglowaniem.  Na wodzie widać było najróżniejsze łódki – od mikroskopijnych „Optimistów” po wielkie jachty kabinowe, które z powodzeniem mogłyby pływać nawet po  oceanie. Jedni uparcie halsowali starając się płynąc pod wiatr, drudzy, przeciwnie, leniwie sunęli baksztagiem na w pełni rozwiniętych żaglach.

Nagle, nie wiadomo skąd, pośród jachtów pojawiła się stara, drewniana „Omega” z wypisaną na burcie nazwą „Kasandra”. W kokpicie, trzymając rumpel steru, siedział samotny, starszy żeglarz. Był siwy i brodaty, ogorzały od słońca mimo, że sezon dobrej pogody dopiero się zaczynał. Płynął na samym grocie ale manewrował sprawnie pomiędzy jachtami. Podpływał kolejno do poruszających się po jeziorze jachtów i wołał do załóg:

- Wracajcie do portu! Idzie biały szkwał.

Ludzie reagowali różnie, ale na ogół nikt nie przejmował się tym ostrzeżeniem. Jedni po prostu wzruszali ramionami. Skipper wielkiego jachtu, mający na nosie drogie, markowe okulary przeciwsłoneczne odkrzyknął:

- Co to was dziadku w kościach łamie na burzę? Bo ja w prognozach mam doskonałą pogodę. – wskazał na ekran zamocowanego w kokpicie laptopa.

Większość żeglarzy po prostu wołała:

- Nie zawracaj pan głowy. Pogoda jest świetna.

Stary żeglarz nie przejmował się lekceważeniem, z którym się spotykał lecz cierpliwie kontynuował ostrzeżenia.

Rafał i Krystyna pływali wypożyczonym jachtem. Ten wypad planowali od wczesnej wiosny i cieszyli się, że pogodna na majówkę dopisała. Nie uśmiechało im  się przerywanie rejsu wyczekiwanego od tak dawna.  Jednak z jakiegoś powodu żadne z nich nie potrafiło przestać myśleć o ostrzeżeniu przed nadchodzącym niebezpieczeństwem.

- Ten facet wyglądał na doświadczonego żeglarza. – powiedziała Krystyna. – I nie wyglądał na kawalarza ani złośliwca, który  chce ludziom popsuć zabawę.

- Daj spokój – odrzekł Rafał – nic nie wskazuje na żadną burzę.

- Na tym polega problem z białym szkwałem – odpowiedziała Krystyna. – Powstaje bez obecności chmur burzowych, całkiem bez ostrzeżenia.

- Trzeba przyznać, że facet dobrze sobie wybrał nazwę łodzi. – stwierdził zgryźliwie Rafał. – „Kasandra”. Też ostrzegała przed upadkiem Troi i też nikt jej nie słuchał.

- Ale okazało się, że miała rację. Proszę cię, płyńmy do portu. Zjemy obiad, a jak pogoda się nie zmieni to po południu wypłyniemy znowu.

Rafał niechętnie wziął kurs na port. Kiedy już przycumowali jacht do kei spojrzał na akwen i stwierdził, że dzieje się coś dziwnego. W oddali nad wodą zgromadził się biały obłok pary. Ludzie na jachtach też to spostrzegli. Większość gwałtownie skręciła w kierunku przystani ale wiatr zupełnie zamarł. Żagle smętnie zwisały z masztów. Ci co mieli silniki próbowali je uruchamiać. Było już jednak za późno. Biały obłok z oddali ruszył nagle po powierzchni jeziora z  nieprawdopodobną prędkością porywając po drodze białą, spienioną wodę. Jako pierwszy jego ofiarą padł ten wieli jacht od komputerowych prognoz pogody. Jego kadłub z połamanymi masztami znaleziono następnego dnia w przybrzeżnych szuwarach.  W sumie tego dnia zatonęło siedem łodzi, a wiele innych doznało uszkodzeń. Jako cud można uznać to, że nikt nie zginął. Było kilka kończyn połamanych przez uderzenia bomów, a wielu żeglarzy rozchorowało się od przymusowej kąpieli w lodowatej jeszcze wodzie.

- Może powinniśmy odszukać tego żeglarza z „Kasandry” i podziękować mu, że w porę wróciliśmy do portu? – rzekła Krystyna.

- Racja. - zgodził się Rafał.

Odszukanie :Kasandry” okazało się jednak nie takie proste, Jacht o takiej nazwie nie figurował w rejestrach, co nie było dziwne, jako że mniejsze łodzie nie podlegają obowiązkowi rejestracji.  Poszukiwania w internecie też nie pozwoliły na zlokalizowanie właściciela łodzi o tej nazwie. Jedyne co udało się odnaleźć w sieci to skan starego artykułu z „Gazety Olsztyńskiej” pochodzący z 1976 roku.

Tragedia na jeziorze Niegocin.

W pierwszych dniach maja niespodziewany szkwał spowodował znaczne szkody wśród żeglarzy. Zatopionych zostało pięć jachtów, a liczne doznały uszkodzeń. Do tej pory nie odnaleziono Jana S,. który feralnego dnia pływał po jeziorze Niegocin jachtem klasy „Omega” o nazwie „Kasandra”. Po kilku dniach przerwano poszukiwania gdyż nie było już szans na odnalezienie żywego żeglarza. Wraku łodzi również nie zlokalizowano.

- Wygląda na to, że jakiś facet  ochrzcił  obecnie swoją „Omegę”  nazwą  tamtej zaginioną pięćdziesiąt lat temu łódki. – stwierdził Rafał. – Bo przecież ten Jan S, nie mógł się odnaleźć po tylu latach.