wtorek, 18 kwietnia 2017

Wyspa Robinsona

Dziś trzecie "Opowiadanie bałkańskie".



WYSPA ROBINSONA
                Jak co roku, pod koniec lutego, Sandra zaczęła przeglądać strony internetowe  biur podróży aby zaplanować letnie wakacje. Wśród wielu podobnych do siebie ofert, prezentujących niemal identyczne  hotele z basenami o błękitnej wodzie, jedna  zwróciła jej uwagę swoją odmiennością.
                - Popatrz, -  powiedziała do Sebastiana – to wygląda interesująco. Oferta nazywa się „wakacje Robinsona”.  Biuro podróży przewozi cię łodzią na bezludną wysepkę na Adriatyku, na której stoi tylko mały domek zamieszkały kiedyś przez rybaków, a obecnie opuszczony. Zostawiają cię na tej wyspie z zapasem żywności i przyjeżdżają po ciebie po dziesięciu dniach. Przez ten czas musisz sobie radzić sam.
                - Rezerwujemy. – odpowiedział bez namysłu. – Zawsze marzyłem o tym, aby znaleźć się z tobą na bezludnej wyspie.
***
                Wysepka miała kształt półksiężyca, którego cięciwa nie przekraczała trzystu metrów.  Na jej północnym krańcu wznosiło się  wapienne wzgórze. Od wschodu, po wypukłej stronie rogalika, skały gwałtownie opadały w granatową głębię Adriatyku, natomiast brzegi położonej po przeciwnej stronie zatoki opadały łagodnie. Do zatoczki spod szczytu wzgórza wiódł jar wypłukany w skale przez ulewne deszcze, które tą drogą naniosły na brzeg morza drobnych kamyków, dzięki czemu powstało coś w rodzaju plaży. Nie była to żadna rajska, tropikalna plaża z drobnym, białym piaskiem, ale na kamykach dało się rozłożyć ręcznik i można było po nich wejść do wody nie raniąc nóg o ostre skały. Roślinność była skromna. Na nagrzanych w słońcu wapiennych zboczach gdzieniegdzie uchowało się kilka cyprysów i  starych drzewek oliwnych. Północny stok wzgórza porastały kolczaste krzewy, których nazw przybysze z północnej Europy nie byli w stanie podać. Dom stał w połowie wysokości wzgórza, od strony zatoki. Zbudowany był z miejscowego kamienia i nakryty łupkiem. Powyżej, w zboczu, wykuty został zbiornik na deszczówkę, której zapas łapany był wczesną wiosną na całe upalne lato.  Po adaptacji domku na potrzeby turystów wprowadzono udogodnienia w postaci kuchenki gazowej zasilanej gazem z butli oraz ulokowanego  na dachu panelu słonecznego ładującego akumulator zapewniający oświetlenie. Prysznic wykorzystywał bardziej tradycyjne technologie – rano należało napełnić wodą i powiesić na słońcu worek z czarnego, matowego plastiku, który do wieczora nagrzewał się i umożliwiał kąpiel.
                Pracownik biura podróży, który przywiózł na wyspę Sandrę i Sebastiana pomógł im wyładować na ląd zapasy, sprawdził stan gazu w butli, poziom deszczówki w zbiorniku, potwierdził datę odbioru z wyspy, po czym odpalił silnik i odpłynął w kierunku niedalekiego stałego lądu.
                Pierwsze dni pobytu upłynęły na lenistwie, zasłużonym po gorączce, jaka zazwyczaj, w przypadku pracowników korporacji, ma miejsce przed wyjazdem na urlop. Sandra i Sebastian po pięciu dniach znali już każdy kamień i każdą roślinę na wyspie, przemierzyli każdą ścieżkę i zajrzeli w każdy zakamarek. Poranki upływały im na nurkowaniu w krystalicznej wodzie i na wylegiwaniu się na kamiennej plaży. Wieczory spędzali czytając przywiezione ze sobą książki, które przez cały rok odkładali, obiecując sobie lekturę na urlopie.  Mniej więcej w połowie pobytu poczuli się na tyle wypoczęci, że ten ustalony codzienny rytm zaczął im wydawać się nudny. Zatęsknili za jakimiś atrakcjami, o które na wysepce było jednak trudno. Z braku lepszych możliwości postanowili spędzić kolejne przedpołudnie na obserwacji statków i jachtów, których sporo pływało  po wodach otaczających wyspę. Po śniadaniu, wyposażeni w silną lornetkę zajęli miejsce na ocienionej półce skalnej pod szczytem wzgórza. Przekazując sobie szkła kolejno wpatrywali się w morze. Wyspę mijały duże statki pasażerskie zmierzające kursem na Wenecję, od czasu do czasu wzdłuż  horyzontu przesuwały się wielkie frachtowce, najwięcej było jednak turystycznych, żaglowych łodzi.
                Około południa dał się zauważyć biały motorowy jacht z mahoniowym pokładem zmierzający w kierunku zatoki. Po chwili był już na tyle blisko, że przez lornetkę dało się rozpoznać trzy osoby znajdujące się na jego pokładzie. Za sterem stał młody brunet o wysportowanej sylwetce. Bardziej w oczy rzucały się jednak dwie pasażerki. Na przednim pokładzie, przed sterówką, opalała się toples szczupła blondynka. Obok sternika stała  wysoka, mniej więcej trzydziestoletnia kobieta z długimi, rudymi włosami. Miała na sobie intensywnie pomarańczowy, jednoczęściowy kostium kąpielowy. I krój i kolor świadczyły, że nie został on zakupiony w supermarkecie, lecz pochodził z autorskiej kolekcji jakiegoś kreatora mody. Sandra, która akurat miała przy oczach lornetkę, powiedziała podnieconym głosem:
                - Słuchaj, to jest Teresa Krammer!
                - Kto to jest Teresa Krammer? – spytał Sebastian.
                - Nie wiesz? To gwiazda serialu „Rajska miłość”!
                - Nie oglądam seriali, a zwłaszcza takich.
                - Fakt, że to raczej szmira, ale bardzo popularna. A Teresa, pomimo tego, że zdobyła sławę na tego rodzaju produkcji to kobieta z klasą. Organizuje i wspiera akcje charytatywne, pomaga się przebić ambitnym, off-owym artystom.
                - Chyba coś kojarzę. – przyznał Sebastian. – Czytałem, zdaje się, jakiś wywiad, którego udzieliła poważnemu tygodnikowi. Faktycznie, to niegłupia babka. Pokaż tę lornetkę.
                Przez chwilę spoglądał w kierunku jachtu.
                - Wiesz, ona jest bardzo do ciebie podobna.
                - Miły jesteś. Przypuszczam, że na kostium jaki ona ma na sobie musiałabym pracować z pół roku.
                - Mam na myśli sylwetkę. I fryzurę. Macie włosy tego samego koloru  i podobnej długości.
                - Od kiedy „Rajska miłość” jest na topie co druga babka farbuje włosy i czesze się jak Teresa Krammer. Ale mój kolor jest naturalny, a tę fryzurę nosiłam wcześniej.
                - Przecież wiem.  Chyba cię nie uraziłem, mówiąc że wyglądasz podobnie jak gwiazda filmowa.
                - Słuchaj, nie powinniśmy się tak na nich gapić, jak jacyś paparazzi, albo co.
                - Przecież nikogo nie podglądamy z drabiny ponad płotem. Każdy kto pływa łodzią powinien się  liczyć z tym, że jest widoczny z lądu.
                Pomimo tych słów Sebastian odłożył na bok lornetkę. Nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż jacht był już bardzo blisko. Woda za jego rufą przestała się kotłować, fale odcinane poprzednio na boki przez smukły dziób opadły. Łódź wolno, rozpędem, wpływała na wody zatoki. Mężczyzna stojący za kołem sterowym pokręcił nim, a jacht posłusznie zaczął pływać po okręgu, aż całkowicie wytracił prędkość. Kobieta w pomarańczowym kostiumie przeszła na rufę i po drabince wykonanej z nierdzewnej stali zeszła do wody. Zaczęła pływać żabką w przejrzystej wodzie, trzymając głowę ponad wodą. W pewnej chwili, gdy oddaliła się na ponad pięćdziesiąt metrów od jachtu, woda za jego rufą ponownie się zakotłowała, a ponad wodą rozległ się bulgoczący odgłos silnika. Mężczyzna i półnaga blondynka ironicznie pomachali rękami w kierunku pływaczki. Łódź zaczęła się szybko oddalać. Ruda kobieta w pierwszym odruchu wysunęła rękę ponad wodę jakby w przyzywającym geście i zamierzała coś zawołać, ale szybko zorientowała się, że to nie ma sensu. Popłynęła w kierunku brzegu.
                Sandra i Sebastian mimo woli obserwowali tę scenę.
                - Wygląda na to, że przyjaciele zrobili naszej gwieździe głupi kawał – stwierdził mężczyzna. – Chyba nie powinniśmy udawać, że nas tu nie ma.
                Sandra zgodziła się z tą opinią. Oboje zeszli skalną ścieżką w kierunku plaży.
                - Dzień dobry. – Sandra pozdrowiła aktorkę, która w międzyczasie wyszła już z morza. – Mimo woli byliśmy świadkami tego, że pani znajomi odpłynęli podczas gdy pani się kąpała. Zapewne to jakiś niemądry dowcip ale uznaliśmy, że  nie powinniśmy zostawić pani na plaży w mokrym kostiumie. Zapraszamy na kawę. – wskazała ręką w kierunku domku górującego nad zatoką.
                - Macie tu państwo jakąś łódź, którą można się dostać na ląd?
                - Niestety. – odpowiedział Sebastian -  Przywiozła nas tu łódź firmy, od której wynajęliśmy ten domek. Przypłynie aby nas odebrać za cztery dni. Mam nadzieję, że pani znajomi znają umiar w żartach i wcześniej po panią wrócą. W międzyczasie będzie nam miło panią ugościć, w miarę tutejszych, skromnych możliwości.
                Sandra zebrała się na odwagę:
                - Pani Teresa Krammer, prawda? Oglądam „Rajską miłość”.
                Aktorka skinęła głową na potwierdzenie.
                - Po prostu Teresa.
                - Ja mam na imię  Sandra, a to jest Sebastian.
                Ruszyli w kierunku domu.
                - Pewnie masz dość natarczywych fanów. – ni to stwierdziła, ni zapytała Sandra. – Przykro nam, że nawet na bezludnej wyspie się narzucamy.
                - Po pierwsze nie narzucacie się, tylko pomagacie mi w kłopotliwej sytuacji. –odrzekła Teresa.- Po drugie, moje koleżanki i koledzy, którzy tak ostentacyjnie narzekają na nadmiar popularności, z reguły nie są w tym do końca szczerzy. Możecie mi wierzyć, że każda aktorka z obsady „Rajskiej miłości” ciężko by odchorowała gdybyście jej nie poznali, bo to by wskazywało, że nie jest taką celebrytką, za jaką się uważa. Popularność ma, oczywiście, swoje złe strony ale nie ma co na nią narzekać, pod warunkiem, że fani zostawiają trochę przestrzeni na prywatność.  Czasem przeklinam tę cała „Rajską miłość” bo przez ten serial zostałam na dobre zaszufladkowana. Zagrania lady Makbet raczej nikt mi już po tym nie zaproponuje. Ale z drugiej strony ten serial dał mi niezależność finansową i możliwości, o jakich w innym przypadku nawet by mi się nie śniło.
                - Podziwiam i szanuję twoją działalność charytatywną.
                - Uwierz mi, że nie robię tego dla rozgłosu.
                W trakcie tej rozmowy cała trójka wspięła się ścieżką pod dom, przed którym stał stolik otoczony drewnianymi ławkami. Sandra z namysłem spojrzała na Teresę.
                - Może chciałabyś się przebrać? – zapytała. – Jest ciepło ale chodzenie w mokrym kostiumie to nic miłego. Mogę ci pożyczyć swój. Co prawda nie jest tak markowy jak twój, ale za to suchy i nieużywany. Nie wiem po co wzięłam ich kilka. Na tej wyspie nikogo nie ma i okazało się, że kostiumy właściwie nie są tu niezbędne.
                Teresa przyjęła propozycję. Obie panie zniknęły w głębi domku, a po chwili aktorka pojawiła się w czarnym bikini. Pomarańczowy kostium trafił na sznurek do suszenia.
                - Napijesz się z nami kawy? – zaproponowała Sandra. – Warunki są tu prymitywne, nie ma żadnego ekspresu. Pijemy ze zwykłych kubków kawę zaparzoną w dzbanku.
                - Nikt  nie oczekuje serwisu Rosenthala na bezludnej wyspie. A na kawę mam akurat ochotę.
                Kiedy pachnące kubki pojawiły się na stoliku Sandra powiedziała:
                - Nie spodziewaliśmy się tutaj takiego gościa.
                - Ja też się nie spodziewałam, że zostanę porzucona na wyspie.
                - Masz, jak się  wydaje, przyjaciół skorych do żartów.
                Teresa nie podjęła żartobliwego tonu. Przez chwilę milczała, jakby zastanawiając się na decyzją co powiedzieć.
                - Nie chcę was absorbować swoimi prywatnymi sprawami, ale skoro tak się złożyło, że mimo woli zakłóciłam wam romantyczny pobyt na tej wyspie, to chyba jestem winna jakieś wyjaśnienia.  Facet, który steruje jachtem nazywa się Tom Robinson. Jego ojciec jest znanym autorem przebojów. Łódź należy do niego.
                Widząc minę Sebastiana Teresa szybko dodała:
                - To nie tak jak myślisz. On nie jest playboyem, który się tylko bawi za kasę ojca. Nie jego wina, że stary ma jacht. Tom jest zdolnym fotografem. Pomagał mi bezinteresownie w akcjach charytatywnych. Dzięki jego zdjęciom strony internetowe naszej fundacji są bardziej atrakcyjne. Współpraca nas zbliżyła. Stał się dla mnie przyjacielem, a może kimś więcej. No, nie wiem  sama. W każdym razie jest dla mnie w pewien sposób ważny.  Zaproponował mi wspólne wakacje na jachcie. Nie zgodziłam się na rejs tyko we dwoje. Nie jestem pewna czy już jestem na to gotowa. Poza tym, przy tej całej popularności, muszę myśleć o mediach. Gdybyśmy razem wsiedli na jacht to na sto procent w porcie ktoś by nas sfotografował, bo paparazzi całe lato czekają na takie okazje. Już widzę te tytuły w tabloidach: „Kim jest partner Teresy Krammer?”. „Czy gwiazda ‘Rajskiej miłości’ planuje ślub?”. Umówiliśmy się na rejs we czworo. Oprócz nas miała jeszcze popłynąć Linda, znana modelka, z jakimś facetem. Ale coś poszło nie tak i na łodzi zjawiła się tylko ona, więc wypłynęliśmy we troje. Szczerze mówiąc, Linda to kretynka, która myśli tylko o tym jak zawrócić w głowie każdemu mężczyźnie.  Od razu zaczęła paradować bez stanika, mówiąc że na pokazach mody musi prezentować na sobie stroje o różnym kroju, więc  nie może opalić się w paski. Może to  i prawda, ale jej nie tylko o to chodziło. Wyraźnie prowokowała Toma tym silikonem. Jestem pewna, że dowcip z odpłynięciem  to jej pomysł, bo to jest koncept na jej poziomie.
                -  Jeśli Tom dał się podpuścić to powinien szybko zrozumieć swój błąd i powinien wkrótce po ciebie wrócić. – stwierdziła Sandra.
                - Zdaje się, że już wraca. – Sebastian wskazał białą łódź zbliżającą się do wysepki. – Jak mi się wydaje, płynie sam.
                Teresa na chwilę zamyśliła się.
                - Wobec tego musimy przygotować mu właściwe powitanie. – stwierdziła.
***
                Tom prowadził jacht w kierunku zatoki. Był wściekły na siebie. Zastanawiał się jak przeprosić Teresę i jak ona przyjmie te przeprosiny. Nie zdziwiłby się, gdyby kazała mu odpłynąć w diabły. Ale przecież nie mógł jej zostawić na tej skale. Kiedy ominął przylądek wyspy z ulgą dostrzegł, że ruda kobieta w pomarańczowym kostiumie siedzi na kamieniu nad brzegiem wody. Była odwrócona tyłem. Zredukował obroty silnika. Łódź wolno zbliżała się do lądu.
                - Teresa! – zawołał – Wybacz! Zachowałem się jak idiota.
                Kobieta nie zareagowała. Nadal siedziała zwrócona w kierunku wyspy, udając że nie słyszy wołania.
                -Wiedziałem, że nie będzie łatwo. – pomyślał Tom. – Sam sobie jestem winien.
                Ostrożnie, aby nie uszkodzić kadłuba o podwodne skały zbliżył się do brzegu na tyle, na ile było to możliwe. Wyłączył silnik i wyskoczył do wody trzymając w ręku cumę. Brodząc po uda w morzu dotarł do brzegu i przywiązał linę do dużego kamienia. W trakcie tej czynności szukał w myślach odpowiednich słów.
                - Wiem, że nawet bukiet róż by nie wystarczył po tym co zrobiłem. – powiedział. – A na dodatek nie mam bukietu róż. Proszę cię, Teresa, wybacz mi to idiotyczne zachowanie.
                Sandra powoli odwróciła głowę.
                - O jakiej Teresie pan mówi? Nikogo o tym imieniu tu nie ma.
                Tom, zaskoczony,  na chwilę zaniemówił.
                - Dwie godziny temu pływała w tej zatoce. Musiałem odwieźć inną znajomą na ląd, więc Teresa tu na chwilę została. Musiała ją pani zauważyć.
                - Nikogo tu nie było. Chyba pomylił pan wyspy. Tu jest cały archipelag i wszystkie są do siebie podobne.
                - Pani ma na sobie jej kostium! – wykrzyknął Tom. – To jest model z prywatnej kolekcji. Skąd go pani ma?
                Zza skały wyszedł Sebastian. Zbliżał się wolno patrząc na Toma ponurym wzrokiem.
                - Pan sugeruje, że moja dziewczyna ukradła komuś kostium? – powiedział groźnie brzmiącym głosem. – To jest prywatna wyspa. Niech pan stąd spieprza i szuka swojej Teresy tam, gdzie ją pan zostawił.
                Tom zbladł.
                - Co wyście z nią zrobili? – wykrzyknął.
                Nerwowo rozejrzał się wokół. Nagle krew do reszty odpłynęła mu z twarzy. Dostrzegł, że zza  jednej ze skał wystaje stopa leżącej kobiety.
                - Zabiliście ją! – jego krzyk zabrzmiał jak jęk.
                Pochylił się i podniósł z plaży spory kamień. Wziął zamach i zawołał:
                - Nie zbliżajcie się!
                Teresa podniosła się i wyszła zza skały.
                - Zostaw ten kamyk, bo sobie przytłuczesz palce, bohaterze.
                - Teresa! Rany Boskie! Myślałem, że oni cię zabili!
                - Trzeba było pomyśleć kiedy odpływałeś, że może spotkać mnie coś złego. Na szczęście spotkałam miłych ludzi. Poznaj Sandrę i Sebastiana. Zaprosili mnie na kawę.
                - A ten kostium? – Tom wskazał w kierunku Sandry.
                - Nie wolno się zamienić? Doszłam do wniosku, że w pomarańczowym mi nie do twarzy.
                - Strasznie cię przepraszam. Zachowałem się jak smarkacz, jak idiota. Dobrze, że tak się to skończyło. Szybko zrozumiałem jakie głupstwo zrobiłem i wróciłem po ciebie najszybciej jak mogłem.  Popłyniesz ze mną?
                - Nie mam wielkiego wyboru. – odpowiedziała Teresa. - Nie mogę Sandrze i Sebastianowi zakłócać wakacji na ich wyspie. Odwieziesz mnie na ląd. Ale nasze wakacje się skończyły.
                Przed odpłynięciem Teresa poprosiła o kawałek papieru i podała Sandrze numer telefonu.
                - Zadzwoń kiedyś, po wakacjach. – powiedziała na pożegnanie. – I jeszcze raz dziękuję za kawę.
                Tom prowadził łódź w  milczeniu. Dopiero kiedy wysepka zaczęła niknąć na horyzoncie powiedział:
                - Gdyby to było możliwe chciałbym cofnąć czas. Kiedy pływałaś, Linda zaproponowała ten idiotyczny dowcip. W pierwszej chwili wydało mi się to  zabawne i bez większego zastanowienia odpłynąłem. Dopiero później zrozumiałem, jaki błąd popełniłem. Ona zaczęła się zachowywać triumfująco i prowokacyjnie. Pomińmy szczegóły. Powiedziałem jej, że muszę ją odstawić do portu i wrócić po ciebie sam. Wiem, że wyrządziłem ci przykrość zostawiając cię i odpływając z nią. To był  idiotyczny wygłup. Wybacz mi.
                - Faceci mają problem z łapaniem subtelności, więc powiem wprost. – odrzekła Teresa. – Ustalmy jedno. Rzeczywiście, było mi przykro, ale nie z powodu Lindy. Jakiś wieszak na ciuchy nie jest w stanie sprawić mi przykrości. Jest mi smutno z twojego powodu. Przez jakiś czas wydawało mi się, że spotkałam odpowiedzialnego, myślącego faceta, którego warto bliżej poznać. Tymczasem okazało się, że ten facet, jak pierwszy lepszy smarkacz, głupieje na widok silikonowych cycków.
                Tom przez chwilę milczał.
                - Czy dasz mi jeszcze jedną szansę? – zapytał cicho.
                - Nie wiem, muszę to przespać. Jeśli dostaniesz tę szansę, to dlatego, że widziałam twoją twarz, kiedy myślałeś, że tam, na wyspie, spotkało mnie coś złego. Widziałam twoją rozpacz, przerażenie i radość, kiedy okazało się, że żyję. Ale to nie zmienia tego, że nie będzie już jak dawniej. To co się stało spowodowało, że straciłam złudzenia. Nie uwierzę już, że marzenia o idealnym facecie mogą się spełnić.  Będę musiała zaakceptować fakt, że w realnym życiu,  faceci są tacy, jacy są.
***
                W tym samym czasie na wyspie Sebastian zapytał Sandrę:
                - Zadzwonisz do niej po wakacjach?
                - Nie wiem. – odpowiedziała – Dała mi numer na pożegnanie, bo w takiej chwili wydawało jej się, że tak wypada. Możliwe jednak, że po pewnym czasie wolałaby zapomnieć o tym co tu zaszło i nie wiem czy swoim telefonem powinnam o tym przypominać. Jeśli zadzwonię, to  dlatego, że jestem ciekawa czy ona mu wybaczy ten wygłup.
                - Myślisz, że może wybaczyć?
                - Jest w nim zakochana. Nie musiała nas wtajemniczać w swoje prywatne sprawy. Jeśli mimo wszystko opowiedziała nam o relacji z nim, to znaczy, że czuła taką potrzebę. A jeśli ktoś czuje potrzebę opowiadania o swoich relacjach z kimś innym,  to znaczy, że go kocha. On sprawił jej zawód. Ale gdyby kobiety nie umiały wybaczać zawodów, jakie sprawiają im faceci, to chyba żadne małżeństwo nie doszłoby do skutku.
                - Jak widać pieniądze szczęścia nie dają. – zauważył filozoficznie Sebastian. – Ja nie ma jachtu ale przynajmniej nie zostawiam cię aby odpłynąć z inną babą.
                - Bo tu nie ma żadnych innych bab. Myślisz, że z jakiego powodu wybrałam wakacje na bezludnej wyspie?.

piątek, 17 marca 2017

Przedostatnie spotkanie.

Wracam do cyklu "Opowiadania o śmierci".



            Przedostatnie spotkanie

            Marek zjawił się na peronie już na  kwadrans przed odejściem pociągu, ale mimo to znalezienie wolnego przedziału nie było łatwe. Pospieszny podstawiany był na tej stacji pół godziny przed odjazdem i najwyraźniej cieszył się powodzeniem wśród pasażerów, gdyż nadmiaru wolnych miejsc nie było. Znalezienie pojedynczego miejsca siedzącego nie stanowiło co prawda problemu, ale Markowi dzisiaj zależało na osobnym, w miarę pustym przedziale. Musiał przejrzeć w trakcie podróży kilka ważnych dokumentów i nie miał ochoty na słuchanie rozmów współpasażerów. Lubił co prawda kontakty z ludźmi, jednak na pewnym poziomie. Doświadczenie nauczyło go, że spotkanie interesującego rozmówcy wśród przypadkowych współpasażerów jest mało prawdopodobne. Z reguły miało się do czynienia z pospolitą paplaniną, która raczej  nie sprzyjała  rozwijaniu horyzontów, nie pozwalała natomiast skupić się na własnych myślach.
            Szedł wolno wzdłuż pociągu, w kierunku lokomotywy, zaglądając w okna przedziałów. Skład był bardzo długi i pierwszy wagon stał w miejscu, gdzie peron już się kończył. Być może dlatego pasażerów było w nim wyraźnie mniej. Marek wszedł do środka i przeszedł korytarzem aż do końca. Pierwszy przedział od lokomotywy był zarezerwowany dla konduktorów, ale w drugim siedział tylko jeden pasażer, mężczyzna około czterdziestki. Ponieważ na znalezienie przedziału tylko dla siebie nie było co liczyć, zdecydował się wejść. Spytał dla formalności czy miejsca są wolne, usiadł i od razu wyjął z teczki papiery do czytania, aby towarzyszowi podróży nie przyszła ochota na rozpoczynanie rozmowy. Tamten zresztą nie przejawiał takiego zamiaru. Siedział pod oknem z przymkniętymi oczami i zdawał się drzemać. Marek na wszelki wypadek zajął miejsce po przekątnej, na przeciwległym siedzeniu przy drzwiach na korytarz. Obawiał się, że gdyby usiadł pod oknem naprzeciwko tamtego, mogło to być odebrane jako zachęta do konwersacji.
            Gdy do odjazdu zostało już tylko kilka minut w drzwiach przedziału pojawiła się baba. Marek nie był w stanie określić jej w myślach mianem kobiety. Osoba ta miała znaczną nadwagę, skłonność do nadmiernej gestykulacji i taszczyła ze sobą tobół większy od jej tyłka, co oznaczało naprawdę spore gabaryty. Usiłowała umieścić go (tobół nie tyłek) na półce bagażowej, ale okazało się to trudnym zadaniem. Pasażer spod okna poczuł się w obowiązku pomóc. Oboje usiłowali wepchnąć tobół na półkę, ale była ona za wąska. W rezultacie tobół został ulokowany na siedzeniu naprzeciwko Marka. Nie przypuszczał w tym momencie, że uratuje mu to życie.
            Baba uznała wspólne starania nad umiejscowieniem tobołu za dobry początek znajomości, usiadła naprzeciw pasażera pod oknem i zaczęła zabawiać go rozmową, prowadzoną bynajmniej nie przyciszonym głosem. Był to zresztą raczej monolog niż rozmowa, a pozory konwersacji nadawały mu jedynie wtrącane od czasu do czasu retoryczne pytania w rodzaju „No i co pan na to powiesz?” Nie wiadomo co pasażer spod okna chciał na to powiedzieć, nie wiadomo, czy w ogóle chciał coś powiedzieć bo baba nie dawała mu żadnych szans na zabranie głosu, wyrażając bez ustanku swoje opinie na temat polityki, seriali telewizyjnych i w ogóle na temat tego, jak obecny świat schodzi na psy.
            Marek z rezygnacją wpatrywał się  w swoje papiery, mając świadomość, że zrozumienie sensu dokumentów musi odłożyć na lepsze czasy, gdyż gadanina baby nie dawała żadnych szans na skupienie. W międzyczasie pociąg ruszył. Na zewnątrz ściemniło się, pociąg opuścił oświetlony teren miasta i mknął ze świstem i stukotem przez ciemne pola.
            Nieznajoma pojawiła się niespostrzeżenie. Marek, w chwili gdy ją zauważył nie potrafił stwierdzić jak długo stoi już w drzwiach przedziału. Jednakże, gdy w pewnej chwili ją spostrzegł podnosząc wzrok znad dokumentów, nie mógł oderwać od niej oczu. Była to dokładna odwrotność baby. Jedynym słowem, jakie przychodziło do głowy na określenie nieznajomej, była dama. Brunetka o bladej cerze, gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką. Ubrana w ciemną sukienkę do kolan, o prostym, klasycznym kroju. Stała w pozie z pozoru zwykłej, lecz pełnej gracji. Jedną ręką przytrzymywała się framugi drzwi. Lekko wygięta w biodrach, z prawym kolanem nieco ugiętym i wysuniętym w przód. Plecy dumnie wyprostowane, szyja tworząca piękny łuk, głowa odrobinę przechylona. O innej kobiecie można by pomyśleć, że celowo upozowała się jak do fotografii, lecz ta sprawiała wrażenie w pełni naturalnej, gdyż piękno w każdym geście jej ciała nie było wystudiowane, lecz zdawało się być nieodłączną, wrodzoną cechą.
            Marek zreflektował się, że przygląda się jej zbyt długo. Wobec osoby z taką klasa nie chciał wyjść na impertynenta pozbawionego manier. Zorientował się jednak, że kobieta w ogóle go nie dostrzega. W pierwszej chwili pomyślał, że dama po prostu doskonale potrafi ignorować zbyt natrętne spojrzenia. To jednak było nie to. Kiedy na chwilę odwróciła głowę, jej niewidzący wzrok przemknął po nim, sięgając tapicerki siedzenia, zupełnie jakby miejsce to było puste. Wpatrywała się w dwoje pasażerów siedzących pod oknem. Wpatrywała się było właściwym słowem, gdyż powiedzenie że się im przyglądała byłoby niedopowiedzeniem. Dama nie spuszczała baby i jej rozmówcy z oka. W jej wzroku była jakaś zaduma i coś jakby oczekiwanie na to, co ma się za chwilę stać. Z kolei dwoje pasażerów spod okna najwyraźniej jej nie widziało. Nie tylko nie dostrzegali, że obserwuje ich ona z takim natężeniem, lecz w ogóle zdawali się nie dostrzegać, że ktoś stoi w drzwiach.
            Cała sytuacja wydała się Markowi jakoś dziwnie nierealna. Piękna i elegancka kobieta wpatrująca się w dwoje ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy z jej obecności, ze swojej strony nie dostrzegała jego, mimo, że nie potrafił przerwać taksowania jej wzrokiem pełnym podziwu.
            Hamulce zazgrzytały przeraźliwie w chwili gdy maszynista spostrzegł stojący na torze przed pędzącym ekspresem pociąg towarowy. Koła zaiskrzyły o tory, ludzie i bagaże polecieli w przód, lecz chwila hamowania była zbyt krótka by rozproszyć potężną energię kinetyczną rozpędzonego pociągu. Lokomotywa z chwilą uderzenia w wagon towarowy wyleciała w górę, a blachy pierwszego wagonu zaczęły się składać jak  harmonijka. Marek wpadł siłą bezwładności w leżący naprzeciw tobół, co pozwoliło mu przeżyć. Doznał złamania kilku kości i czekała go długa rehabilitacja, lecz zachował życie. Dwoje pasażerów spod okna nie miało tyle szczęścia. Zostali zamienieni w krwawe strzępy ciał pomiędzy porozrywanymi fragmentami wagonu.
            Fascynująca, tajemnicza kobieta w trakcie katastrofy ledwie się poruszyła. Nadal stała w eleganckiej pozie w drzwiach, mimo że ich framuga kształtem nie przypominała już prostokąta. Wpatrywała się w dwoje zabitych podróżnych wzrokiem matki, która ułożyła swoje dzieci do snu.             Marek co chwila tracił przytomność. W chwilach gdy na krótko wracała mu świadomość zdawał sobie sprawę, że nie mógł tego widzieć. Nikt nie byłby w stanie utrzymać się na nogach podczas takiej katastrofy. W każdym razie nikt z tego świata. Ból sprawił, że ponownie omdlał. Kiedy się ocknął stwierdził, że dama zniknęła. Wokół niego krzątała się ekipa ratowników usiłując oswobodzić  go spomiędzy poskręcanych blach. Zapytał ich co się stało z nieznajomą damą. Opisał ją jako piękną kobietę w czarnej sukience. Odpowiedzieli, że nikogo takiego w  wagonie nie znaleźli. Wciąż myślał o tajemniczej nieznajomej. Miał przekonanie, że spotka ją jeszcze raz. Wiedział też, że w trakcie tego spotkania jej nie ujrzy, ale ona będzie się w niego wpatrywać z uwagą.