wtorek, 17 kwietnia 2018

Upiorny walc



Upiorny walc
Pani Genowefa usiadła w wiklinowym fotelu na balkonie swojego mieszkania ulokowanego na drugim piętrze kamienicy pochodzącej z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.  Na skraju chodnika biegnącego  wzdłuż fasady domu rosły stare lipy, a po drugiej stronie spokojnej ulicy stały wille otoczone starannie utrzymanymi ogrodami.   Był ciepły, jesienny wieczór.  Zmierzch zapadał już wcześnie, lecz dzięki wyżowi, który przyniósł ze sobą  powietrze z południa, temperatura była wciąż niemal tak wysoka jak minionego lata.
Pani Genowefa sięgnęła po filiżankę herbaty, którą naparzyła uprzednio i przyniosła  z kuchni. Smakując drobnymi łyczkami aromatyczny napój wsłuchała się w dźwięki muzyki. Piętro niżej mieszkała młoda skrzypaczka, która wieczorami miała zwyczaj ćwiczyć przy otwartym oknie.  Niektórym sąsiadom to się nie podobało ale pani Genowefa nie podzielała ich zdania. Artystka nie ćwiczyła gam, ani żadnych wprawek, od których mogły rozboleć uszy, lecz grała zazwyczaj dobrą, klasyczną muzykę. Często, na zakończenie wykonywała coś lżejszego i melodyjnego. Możliwość słuchania  w pogodny wieczór muzyki na żywo w dobrym wykonaniu   dla pani Genowefy była miłą atrakcją. Dziwiła się ludziom, którzy mieli do tego zastrzeżenia.
Skrzypaczka skończyła koncert Wieniawskiego i po krótkiej pauzie zagrała melodyjnego walca pochodzącego z jakiejś operetki. Pani Genowefa miała już swoje lata ale nie była na tyle wiekowa aby pamiętać czasy kiedy operetkowe tematy muzyczne były odpowiednikami dzisiejszych utworów zajmujących czołowe miejsca na listach przebojów. Słyszała tę melodię ale nie potrafiła przypisać jej do kompozytora. Czy to Strauss? A może Lehar? Jednak kapryśna pamięć, gdzieś ze swoich zakamarków podpowiedziała jej słowa refrenu:
…lecz walc ten w niepamięć nie pójdzie, o nie!
Bo każde z nas schowa go w sercu na dnie…
                Nuty wirowały w wieczornym powietrzu, a pani Genowefa pozwoliła marzeniom dać się porwać.  Zobaczyła w wyobraźni, że jest znów młoda i tańczy walca z przystojnym mężczyzną.  Nie był to jednak zwykły taniec. Pomiędzy partnerami iskrzyło. Każdym ruchem i  każdym krokiem okazywali sobie zainteresowanie w sposób niedostrzegalny dla patrzących z zewnątrz.  Ten walc był wyznaniem uczuć. Pani Genowefa zastanawiała się, czy będzie on początkiem wielkiej miłości i wspólnego życia, czy też czar pryśnie wraz z końcem tańca, po którym pozostanie tylko wspomnienie na dnie serca.
                Z nostalgicznego nastroju wyrwał ją nagły widok. Obok pnia jednej z lip rosnących pod domem spostrzegła ciemną sylwetkę. Był to wysoki mężczyzna w czarnym kapeluszu na głowie, ubrany w równie czarny płaszcz sięgający niemal do kostek. Postać wydawała się niesamowita i nierzeczywista. Jak cień przemknęła wzdłuż szpaleru drzew i znikła z pola widzenia. W tym momencie muzyka ucichła. Pani Genowefa poczuła zimny powiew i nie potrafiła powiedzieć czy był to po prostu chłodny wiatr zapowiadający nadejście jesiennej nocy  czy też podmuch jakichś ponurych mocy.
                Incydent szybko zatarł się w jej pamięci. Przez kolejne dni utrzymywała się ciepła pogoda i pani Genowefa słuchała wieczornych koncertów sąsiadki. Po kilku dniach na zakończenie zabrzmiał ten sam walc. Poczuła dziwny niepokój. Spojrzała z balkonu w dół i jej obawy potwierdziły się. W cieniu drzew przemykała ponura, wysoka postać, która po chwili znikła równie nagle jak się pojawiła.
                Od tej pory słuchanie wieczornych koncertów nie było już taką przyjemnością jak poprzednio. Pani Genowefa z niepokojem wyczekiwała czy zabrzmi znów melodia operetkowego walca. Któregoś dnia usłyszała ją znowu. Czując dreszcz na plecach spojrzała w dół. Złowroga, ciemna postać przemykała pod drzewami.
                Starsza pani postanowiła działać. Następnego popołudnia zapukała do drzwi skrzypaczki. Młoda artystka była zdziwiona wizytą lecz zaprosiła sąsiadkę do salonu i zaproponowała herbatę.
                - Pięknie pani gra, moja droga. – powiedziała pani Genowefa kiedy już wymienione zostały konwencjonalne uprzejmości na przywitanie. – Z wielką przyjemnością słucham pani  muzyki co wieczór na balkonie. Ale jest pewien problem. I to jest powód, dla którego pozwoliłam sobie na tę niezapowiedzianą wizytę.
                - Mam nadzieję, że nie gram za głośno. Niestety, muszę ćwiczyć, ale jeśli to pani przeszkadza, to będę pamiętać aby zamykać okna.
                - Och, nie. – zaprotestowała starsza pani. – Nie o to chodzi. Jak powiedziałam słucham pani z wielką przyjemnością. Wiem, że to co powiem zabrzmi dziwnie, ale pani muzyka, a raczej jedna melodia, wywołuje upiory.
                - Upiory? – brwi skrzypaczki uniosły się ze zdziwienia.
                - Zauważyłam, że za każdym razem kiedy gra pani tego walca z operetki, w cieniu drzew pod naszym domem pojawia się, ciemna, upiorna postać.
                - Ach, tak. – w głosie artystki dało się wyczuć coś w rodzaju ulgi. – Więc o to chodzi. Skoro tak, to nie ma problemu. Ćwiczę tego walca bo jest w programie mojego kolejnego występu. Ale skoro brzmi tak upiornie, to przećwiczę go tylko jeszcze dziś wieczorem, a później, obiecuję, już więcej go nie wykonam. Miejmy nadzieję, że w takiej sytuacji upiór już nie wyjdzie z krypty.
                Pani Genowefa wspinając się po schodach na drugie piętro zastanawiała się, czy młoda sąsiadka potraktowała ją poważnie czy też, starannie ukrywając ironię, grzecznie pozbyła się zwariowanej staruszki.
                Chwilę po tym, jak skrzypaczka skończyła wieczorny koncert, usłyszała pukanie do drzwi. Odłożyła pieczołowicie instrument do futerał i poszła otworzyć. Do przedpokoju wszedł wysoki mężczyzna. Odłożył na półkę kapelusz z szerokim rondem i odwiesił czarny, długi płaszcz.  Wziął kobietę  w ramiona i przytulił. Wymienili pocałunek.
                - Napijesz się czegoś? – zapytała gospodyni.
                - Później. Nie mogę się już doczekać.
                Kobieta wzięła go za rękę i poprowadził do sypialni.
                Godzinę później oboje siedzieli przy stole pijąc czerwone wino.
                - Świetnie to wymyśliłaś. – powiedział mężczyzna. – Co wieczór, w swoim domu po drugiej stronie ulicy słucham twojego koncertu i kiedy na zakończenie słyszę tego walca, to wiem, że mogę cię odwiedzić, bo męża nie ma w domu. Znakomity system. Żadnych śladów, żadnych SMS-ów czy numerów w bilingu, które on mógłby przypadkiem odkryć. A przy tym to takie podniecające. Nigdy nie wiem, czy zabrzmi ta melodia, a gdy ją usłyszę, to od razu jestem niesamowicie podekscytowany.
                - Będziemy musieli nieco zmodyfikować system. – odpowiedziała. – Sąsiadka z góry zaczęła coś kojarzyć.  Poza tym przesadzasz z tym strojem. Wiem, że chodzi ci o dyskrecję, chcesz się maskować aby nie zwracać uwagi, ale efekt jest wręcz przeciwny.

sobota, 17 marca 2018

Pociąg widmo



Pociąg widmo
Karol patrzył na pusty ekran monitora i w duchu przeklinał umowę z czasopismem „Wieści z zaświatów”, w której zobowiązał się, że co tydzień napisze i przekaże redakcji opowiadanie o duchach. Kiedy ją podpisywał wydawało się to dobrym pomysłem. Czytelnicy „Wieści z zaświatów” nie oczekiwali arcydzieł. Wystarczyło aby opowiadania były w miarę przerażające. Na styl nikt specjalnej uwagi nie zwracał. Karol nie spodziewał się z tego tytułu żadnych prestiżowych nagród literackich, ale stały, chociaż niewielki dochód się liczył. Dodatkowo miał z tego tytułu niezłą zabawę. Niestety,  do czasu. No bo w końcu ileż tych zjaw, potępieńców i upiorów można wymyślić? Przez kilka miesięcy pisanie szło mu gładko, ale później, z każdym tygodniem, było coraz gorzej. Nowe, oryginalne pomysły przychodziły z trudem. Aż wreszcie doszedł do punktu, w którym znalazł się dzisiaj. Termin na wysłanie kolejnego opowiadania upływał o północy, na biurku stygła filiżanka po szóstej kawie, a na ekranie komputera, oprócz paska narzędzi edytora, nie było nic, nawet jednego zdania. Co gorsza, nie miał pomysłu o czym te nieistniejące jeszcze zdania miałyby opowiadać.
Wszystko już było. Przez te miesiące od dnia podpisania umowy wykoncypował i opisał już tyle duchów we wszystkich możliwych odmianach, że stworzenie czegoś nowego wydawało się niemożliwe. W podobnym kryzysie był już kilka razy. Przerywał wtedy pisanie, wychodził z domu, rozglądał się po świecie. Zazwyczaj to skutkowało. Wystarczyło zaczerpnąć świeżego powietrza, przewietrzyć głowę, a jakiś pomysł się pojawiał. Raz zdarzyło się spostrzec stado kruków, innym razem niesamowicie ukształtowane drzewo, a kiedy indziej przypadkiem usłyszeć jakieś wypowiedziane przez kogoś wieloznaczne zdanie. To dawało impuls, inspirację, na podstawie której można było budować fabułę kolejnego opowiadania. Niestety, dzisiaj na użycie takiej techniki było już za późno. Nie było czasu na spacery. Deadline był blisko, czas najwyższy aby pisać. Tylko o czym?
Ratunek przyszedł niespodziewanie, w ostatnim momencie. Karol rozglądał się nerwowo po pokoju. Jego wzrok padł na stertę gazet rzuconą gdzieś w kącie. Na jednej ze stron zauważył tytuł „Pociąg widmo”. To wystarczyło. W jednej chwili w jego głowie powstała kolejna niesamowita historia. Przed laty, jeszcze w dobie parowozów, doszło do katastrofy kolejowej. Zginęło wielu ludzi. Po kilku latach na miejscu zdarzenia zaczął się pojawiać pociąg widmo. Dokładnie w porze katastrofy, późnym wieczorem, o 22.49, w czasie pełni księżyca po torze z upiornym świstem pary przelatywał parowóz ciągnący pusty, oświetlony skład.  Karol był zadowolony. Historia szmirowata jak zwykle, ale czytelnikom „Wieści z zaświatów” się spodoba. Ubranie tego w zdania to była już bułka z masłem. Palce zaczęły taniec po klawiaturze i przed dziesiątą wieczorem gotowe opowiadanie zostało wysłane w załączniku na elektroniczny adres redakcji.
Kiedy napięcie minęło Karol poczuł, że boli go głowa. Postanowił, mimo późnej pory wyjść na spacer aby na powietrzu uspokoić myśli. Czuł, że bez tego nie zaśnie przed świtem. Wieczór był upalny ale pochmurny. Powietrze na przemian zamierało w martwej ciszy lub targane było gwałtownymi porywami ciepłego wiatru.  Głowę miał wciąż zajętą świeżo ukończonym opowiadaniem, więc nogi nieświadomie prowadziły go poza miasto. Minął ostatnie zabudowania. Ulica zamieniła się w polną drogę prowadzącą przez łąkę, na której gdzieniegdzie rosły karłowate kępy krzewów. Droga zwęziła się do ścieżki biegnącej wzdłuż niskiego nasypu kolejowego. W tym momencie chmury rozstąpiły się i okolicę oświetliło światło księżyca. Była pełnia. W jej blasku zalśniły szyny ułożone na nasypie. Układały się w regularny łuk i niknęły w widniejącym na horyzoncie lesie. Nagle wiatr ucichł całkowicie. Karol w nieruchomym powietrzu wyczuwał jakieś nieuchwytne wibracje, powodujące dziwny niepokój.  Natężenie dźwięku narastało. Początkowo hałas był niemal niewyczuwalny, możliwy do uchwycenia raczej przez jakiś intuicyjny, dodatkowy zmysł niż przez uszy. Stopniowo jednak jego źródło się ujawniło. Wibracje dochodziły od torów kolejowych. Nadjeżdżał pociąg. Po chwili na odległej krawędzi lasu pojawiła się poświata. Wkrótce potem spośród drzew wyłoniły się dwa światła reflektorów. Lokomotywa szybko się zbliżała. Narastał hałas, który jednak Karolowi wydawał się nietypowy, inny niż odgłos wydawany zazwyczaj przez nadjeżdżający pociąg.  Niedługo stało się jasne w czym rzecz. Skład ciągnięty był przez parowóz. Na stukot kół o szyny nakładał się pulsujący rytmicznie szum pary wydychanej przez maszynę tłokową. Karol zastygł w bezruchu. Na widok człowieka stojącego w pobliżu toru lokomotywa wydała ostrzegawczy, przeciągły świst. Parowóz  przemknął obok dymiąc z komina i wydychając kłęby pary. Za nim przesuwały się staromodne wagony. Pociąg był kompletnie pusty. W jasno oświetlonych oknach nie było widać żadnych pasażerów. Po chwili skład zniknął za zakrętem torów. Karol pokręcił głową. To nie mogło być prawdą. Parowozy nie jeżdżą już po torach i nie ciągną pustych wagonów. Musiało mu się przywidzieć. Wrażenie było jednak bardzo realistyczne. Wciąż jeszcze czuł kwaśny zapach dymu z opalanego węglem kotła oraz woń rozgrzanej oliwy. Na skórze twarzy  pozostało wspomnienie wilgotnego ciepła pary. Odruchowo spojrzał na zegarek i zamarł. Była 22.49. Wszystko wskazywało na to, że pojawił się pociąg widmo, dokładnie taki jak przed niespełna godziną go opisał. Przez chwilę stał jak sparaliżowany. Kiedy minął pierwszy szok Karol pognał przez łąkę w kierunku domu. Głowę miał pełną niespokojnych myśli. To musiało być przywidzenie. Umysł odreagował w ten sposób napięcie i zmęczenie spowodowane wymyślaniem pomysłu na opowiadanie oraz gorączkowym pisaniem gdy ten już się pojawił. Co jednak w przypadku gdyby było inaczej? Przecież mógłby przysiąc, że pociąg minął go naprawdę. Co się stanie jeśli wszystkie demony jakie ostatnio wymyślił dla czytelników „Wieści z zaświatów” się zmaterializują? Pociąg widmo przynajmniej wydawał się w miarę nieszkodliwy. Podymił, zaświstał i zniknął. Ale inne  opowiadania nosiły w sobie śmiertelne zagrożenia. Karol gorączkowo dokonał w głowie przeglądu historii, jakie ostatnio opublikował. Na przykład o tym mieszkaniu na poddaszu oferowanym na wynajem, w którym bez śladu ginęli kolejni lokatorzy za sprawą ducha dawnego mieszkańca. Mało jest takich mieszkań do wynajęcie? I co będzie jeśli w którymś z nich taka historia się zdarzy? Albo to opowiadanie o młodej dziewczynie, która utonęła w rzece, a później pojawiała się na brzegu ubrana w seksowne, czarne bikini i namawiała mężczyzn na kąpiel, z której już nigdy nie mieli powrócić? Pełen najgorszych obaw powrócił do mieszkania. Zastanawiał się nad sposobem, który pozwoliłby jakoś skasować, odwołać te makabryczne historie, które siłą swojej wyobraźni powołał do życia. Wydawało się to niemożliwe. Opowiadania ukazały się w druku. Nie dało się zniszczyć wszystkich egzemplarzy „Wieści z zaświatów”, przeklętych „Wieści z zaświatów”. Poza tym teksty krążyły już w sieci, a skasowanie ich ze wszystkich zakamarków internetu było niewykonalne. Przez chwilę rozważał czy przynajmniej nie usunąć ich z twardego dysku swojego komputera, ale w istniejącej sytuacji niewiele to zmieniało.
Nerwowym krokiem chodził po pokoju. Nagle jego wzrok padł na gazetę z tytułem „Pociąg widmo”, który podsunął mu pomysł na ostatnie opowiadanie. Sięgnął po czasopismo i przeczytał zamieszczoną poniżej tytułu notatkę:
Ostatnia inicjatywa Kolei Regionalnych okazała się kompletnym niewypałem. Uruchomienie kursów zabytkowego składu ciągnionego przez parowóz miało w zamiarze podnieść atrakcyjność regionu i przyciągnąć turystów. W praktyce okazało się jednak, że pociąg jeździ zupełnie pusty. Eksperci z dziedziny kolejnictwa i turystyki są zgodni co do tego, że przyczyną jest wadliwie zaplanowany rozkład jazdy, w którym odjazd zabytkowego składu przewidziano na późne godziny wieczorne. Przedstawiciel Kolei Regionalnych wyjaśnia, że kursowanie tego pociągu podczas dnia jest niemożliwe, gdyż zakłócałoby ruch nowoczesnych, szybkich składów.
                                                                                                                        

sobota, 17 lutego 2018

coś na walentynki - zwycięstwo miłości

Niedawno minęły walentynki i z tej okazji wracamy do cyklu "Opowiadania bałkańskie"



ZWYCIĘSTWO MIŁOŚCI
                - Jak tu pięknie! – powiedziała Mia – Bywam u ciebie dość często, ale za każdym ten widok na nowo mnie zachwyca.
                Wraz za swoją dawną koleżanką szkolną Ivą piły kawę na tarasie jej willi stojącej na opadającym ku morzu stoku wzgórza. U stóp tarasu widniała lazurowa, gładka tafla basenu ulokowanego na skraju posiadłości. Spokojna woda basenu na krawędzi skarpy  tworzyła stopień, poniżej którego widać było już tylko  odległe fale morza. Po nich, gdzieniegdzie, majestatycznie przesuwały się białe jachty.
                - To prawda. – przyznała Iva. – Na widok nie mogę narzekać. I w zasadzie tylko na niego.  Znasz powiedzenie o ptaku w złotej klatce? Tak właśnie się tu czuję.
                - Ile to już lat po  ślubie?
                - Czternaście. I czasem myślę, że o dziesięć za długo.
                - Wtedy, w szkole – powiedziała Mia – wszyscy uważali ciebie i Zorana za idealną parę. Byliśmy zdziwieni, że wyszłaś za Viktora.
                -  Wiesz, jak to jest. Zoran był moim rówieśnikiem, z którym świetnie się bawiłam, ale od strony materialnej niewiele miał mi wtedy do zaoferowania. Tymczasem zjawił się Victor, o kilka lat starszy, już w życiu ustawiony. Imponowały mi jego pieniądze,  dom, samochód. A co najważniejsze potrafił wtedy okazać, że mu na mnie zależy. Niestety, po paru latach mu przeszło.  Obecnie niemal nie rozmawiamy, przez większość czasu podróżuje  w interesach.
                - Zoranowi nigdy nie przestało na tobie zależeć. – powiedziała Mia.
                - Tak? – Iva starała się aby w jej głosie nie było słychać zainteresowania. – Widujesz się z nim?
                - To małe miasteczko. Wcześniej czy później człowiek spotka się z każdym.
                - I jak mu się powodzi?
                - O ile wiem, całkiem nieźle. – powiedziała Mia. – Rozwinął firmę czarterująca jachty. Z początku miał jedną  łódź i sam pływał z turystami. Teraz ma całą flotyllę i zatrudnia skipperów. Stać go nawet na jacht do własnego użytku, którego nikomu nie czarteruje. A wiesz jak go nazwał?
                - Skąd mam wiedzieć?
                - „Iva”.
                - Och! – Iva mimo woli zakryła dłonią  usta. – Czy… czy on kogoś ma?
                - Jest atrakcyjnym facetem. Dziewczyny  wciąż próbują go  poderwać ale z nikim nie związał się na stałe.  Myślę, że on wciąż na ciebie czeka.
                Rozmowa jakoś przestała się kleić. Iva z filiżanką kawy w dłoni zamyślona patrzyła na jachty przesuwające się po błękitnym morzu.
***
                - Cześć, Zoran. – powiedziała Mia wchodząc do położonego w pobliżu portu baru.  
                Udała zaskoczenie na jego widok, chociaż przyszła tu celowo aby go spotkać, gdyż wiedziała, że  on często spędza popołudnia w tym lokalu.
                Zoran podniósł wzrok znad kieliszka czerwonego wina i uśmiechnął się na jej widok w lekko melancholijny sposób. Mia pomyślała,  że niewiele dziewczyn byłoby w stanie oprzeć się takiemu uśmiechowi.
                - Cześć! – odpowiedział. – Miło widzieć szkolną koleżankę. Nic się nie zmieniasz.
                - Niewielu nas tu zostało ze starej paczki. Ludzie wyjeżdżają  do stolicy albo za granicę… Dobrze,  że przynajmniej ty zostałeś.
                - Widujesz jeszcze kogoś?
                - Niedawno rozmawiałam z Ivą. – powiedziała Mia.
                - Taaak? – Zoran przeciągnął samogłoskę aby wyglądało na to, że ta sprawa mało go obchodzi. – I co u niej?
                - Skarżyła mi się, że ostatnio nie najlepiej układa jej się z mężem. Coś się wypaliło.
                Zoran starał  się wyglądać obojętnie ale na dźwięk tych słów  nie potrafił  ukryć błysku w oczach.
                - Pozdrów ją, gdybyś znowu ją widziała.
                - Tak się składa, że jestem z nią umówiona na kawę jutro wieczorem w „Jadrance”. Możesz zaglądnąć i sam ją pozdrowić. Nic jej nie powiem. Niech to wygląda na przypadkowe spotkanie.
***
                „Jadranka” położona była przy portowej promenadzie. Mia i Iva siedziały przy stoliku ustawionym na zewnątrz. Po drugiej stronie ulicy cumowały jachty. W wodzie odbijało się światło księżyca. Jezdnią, która była zamknięta dla samochodów, przesuwały się tabuny  turystów szukających miejsca, gdzie można będzie wypić kolejnego drinka. Nagle z tłumu wyłonił się Zoran i jak wryty stanął przed stolikiem dawnych koleżanek. Mia stwierdziła, że dobrze odegrał zaskoczenie na widok Ivy. Mogło zresztą być inaczej.  Być może naprawdę zareagował emocjonalnie na  spotkanie, mimo że się go spodziewał.  Iva była autentycznie zaskoczona. Jej opalona twarz jeszcze bardziej pociemniała. Gdyby miała jasną karnację, to widać byłoby wyraźnie, że się zarumieniła. Jej wzrok napotkał spojrzenie Zorana.
                - Wybrałem się na miasto licząc na to, że spotkam kogoś znajomego. – powiedział. – Ale na tak miłe spotkanie nie liczyłem.
                Mia miała wrażenie, że przygotował sobie tę kwestię na przywitanie, ale sposób, w jaki ją wypowiedział wskazywał, że jest bardzo spięty.
                - Siadaj – Mia wskazała mu krzesło  aby przerwać milczenie, które na chwilę zapadło.
                - Mogę? – zapytał. – Nie czekacie na kogoś?
                - Nie. – odpowiedziała Mia. – Umówiłyśmy się we dwie na plotki. Właściwie, to już skończyłyśmy. Ja muszę lecieć. Dobrze się składa, że się zjawiłeś. Dotrzymasz Ivie towarzystwa.
                Mia dostrzegła pełne paniki spojrzenie Ivy ale je zignorowała.
                - Miłego wieczoru. Na mnie pora.
***
                - No  i jak było? – spytała nazajutrz podekscytowana Mia.
                Obie przyjaciółki ponownie siedziały na tarasie willi Ivy.
                - Ładnie mnie urządziłaś. Wszystkiego się spodziewałam ale nie Zorana. A ty się zabrałaś i zostawiłaś mnie z nim sam na sam. Przez dobrą chwilę nie mogłam z siebie wydobyć słowa. Ale później dobrze nam się rozmawiało. – Iva na chwilę zamyśliła się. – Czułam się, jakbym cofnęła się o te piętnaście lat.  W sumie, przypadek sprawił, że spędziłam miły wieczór.
                - A on? – zapytała Mia. – Jak się zachowywał?
                - Starał się być miły i dowcipny. Ja nie potrafię tego ocenić obiektywnie, bo byłam trochę wytrącona z równowagi, ale wydaje mi się, że na nim to spotkanie też zrobiło wrażenie.  Zachowywał się nie całkiem naturalnie. W pewnej chwili potrącił i rozlał szklankę, bez przerwy nerwowo bawił się serwetką.
                - To nie fair wobec Zorana, ale muszę coś ci powiedzieć. – odezwała się Mia. – Spotkałam się z nim przypadkiem przedwczoraj w jednym barze. Zgadało się o starych czasach i o tobie. On wypił kilka kieliszków wina i coś mi wyznał. Opowiedział mi o swoim największym marzeniu. Mówił, że kupił ten ostatni jacht z myślą o tobie. Marzy, że któregoś dnia przyjdziesz do niego na pokład. Nie weźmiesz ze sobą niczego ze swojego dotychczasowego życia. Przyjdziesz do niego w jednej sukience i tak wypłyniecie w morze. Popłyniecie do Wenecji i tam pójdziecie na zakupy. On nawet na wszelki wypadek trzyma w tym celu na jachcie kartę kredytową. Rozpoczniecie wszystko od nowa. Nie powinnam tego mówić. Zoran prosił aby to zostało między nami.
                Mia spojrzała na Ivę i spostrzegła, że po policzkach przyjaciółki płyną łzy.
                - Dlaczego mi o tym opowiadasz? – Iva zakryła oczy dłońmi. – Co ja mam teraz zrobić?
                - Dziewczyno! Ty się zastanawiasz? Facet szaleje za tobą. A ty mi nie opowiadaj, że on cię nie obchodzi. Za dobrze cię znam. Stara miłość nie rdzewieje.
                - No i co z tego?  Przecież nie pobiegnę jutro na ten jego jacht.
                - A właściwie dlaczego nie? No, może rzeczywiście nie tak zaraz. Ale dowiedziałam się jeszcze czegoś. On w piątek wieczór będzie na imprezie w klubie jachtowym. Gra tam fajna kapela. Mogłybyśmy tam zaglądnąć i niby przypadkiem na niego wpaść. Zatańczyłabyś z nim, pogadała i być może podjęłabyś decyzję czego w życiu chcesz.
                - Pomożesz mi wybrać kieckę?
***
                Kilka tygodni później Mia siedziała na tym samym tarasie w towarzystwie Victora. Gładziła go po skroni i bawiła się kosmykiem włosów nad jego uchem.
                - Pokochałam cię od pierwszego wejrzenia. Ale przecież nie mogłam nawet marzyć o mężu najlepszej przyjaciółki. Musiałam przez tyle lat ukrywać  swoje uczucia. Skoro jednak Iva zdecydowała się odpłynąć z Zoranem jego jachtem, to nic już nie stoi pomiędzy nami. Zawsze wierzyłam, że miłość zwycięży.

               
                -