czwartek, 19 stycznia 2017

Black Peter + podsumowanie

Niedawno minęło pół roku od kiedy prowadzę tego bloga. Pora na małe podsumowanie. Opublikowałem w tym czasie 14 opowiadań (osiem "Opowiadań z pogranicza fantastyki i grozy", cztery "Opowiadania o śmierci" i dwa "Opowiadania bałkańskie"). Statystyki wskazują, że na bloga jest codziennie kilka wejść, łącznie było ich ponad 700. Nie wiem jednak, czy były to wejścia przypadkowe, czy rzeczywiście ktoś tu zagląda z zamiarem czytania moich tekstów. Chciałbym prowadzić tego bloga jeszcze przez jakiś czas. Pomogłoby mi gdybym znał Wasze opinie. Który cykl i które opowiadanie spodobało się najbardziej? Której serii nie warto kontynuować?  Wiedząc co o tym sądzicie mógłbym lepiej trafić w oczekiwania czytelników. Będę wdzięczny za komentarze lub za maile na ludwikartel@op.pl . Dzisiaj dziewiąte "Opowiadanie z pogranicza"



BLACK PETER
                Był koniec marca. W Europie o tej porze zaczyna się już wiosna ale na północnym Atlantyku nic jeszcze jej nie zapowiada. Wracaliśmy do Szkocji z jednego z kanadyjskich portów, dokąd dostarczyliśmy pływający dźwig. W Glasgow czekał na nas krótki wypoczynek, a zaraz potem ciężka harówka przy holowaniu platformy wiertniczej na Morze Północne. Od samej Kanady nękała nas dokuczliwa, krótka fala. Nasz oceaniczny holownik „Titan” radził sobie z nią całkiem nieźle ale kołysanie dawało się mocno we znaki. Barometr nie wróżył niczego dobrego, komunikaty  meteorologiczne ostrzegały przed sztormem. Statki płynące zbliżoną do nas trasą meldowały o górach lodowych.  Widoczność była pod psem, co chwila wchodziliśmy w pasma gęstej mgły. Zbliżała się dziewiąta wieczór. Tkwiłem na mostku razem z oficerem wachtowym, który uporczywie wpatrywał się w zielonkawy ekran radaru. O szyby rozbijały się co chwila niesione wiatrem od dziobu bryzgi. Pokład pod nogami wibrował. W automatycznej siłowni, kilka pięter pod mostkiem dudnił potężny silnik dieslowski, dysponujący mocą pozwalająca na holowanie jednostek wielokrotnie większych od „Titana”. Idąc bez obciążenia robiliśmy dwadzieścia węzłów, mimo przeciwnego wiatru.
                Patrzyłem na pieniącą się w ciemności odkładaną przez dziób falę.
                - Kapitanie! – zawołał nagle oficer wachtowy – Jakiś obiekt na kursie.
                Spojrzałem na  ekran radaru. Fosforyzowała na nim niewielka plamka. Była dokładnie na naszej  drodze.
                - To chyba góra lodowa. – wyraził przypuszczenie oficer. – Tkwi w jednym miejscu, nie porusza się.
                - Ster prawo dziesięć! – podałem komendę. Po chwili dodałem: - Maszyna pół naprzód!
                Ostrożność nie zawadzi.
                Sternik zameldował nowy kurs, obroty silnika spadły, jego dudnienie zmieniło ton. „Titan” zwolnił i czujnie zbliżał się do omijanej przeszkody. Przeszedłem z lornetką na lewe skrzydło mostku. Wypatrywałem białego szczytu góry lodowej, ale to co ujrzałem wprawiło mnie w osłupienie. Widoczność na chwilę się poprawiła, mgła zrzedła i księżyc na moment wyjrzał zza chmur. W jego blasku, ćwierć mili od nas, na grzbietach fal kołysał się statek, jakiego nie widziano na morzach od dobrych kilkudziesięciu lat. Miał pionową dziobnicę, podciętą rufę, a na śródokręciu, za kwadratową nadbudówką, strzelał wysoko ku niebu piszczałkowaty komin. Na czymś podobnym pływał chyba Joseph Conrad. Widmo było kompletnie ciemne, nie miało nawet świateł pozycyjnych.
                - Skąd się to tutaj wzięło? – zdziwił się oficer wachtowy. – „Latający Holender”, czy co?
                Wzruszyłem ramionami.
                - Wygląda na dryfujący, opuszczony wrak. – stwierdziłem. – Zobaczymy zresztą z bliska. Lewo na burt! Mała naprzód!
                „Titan” ostrożnie zbliżał się do starego parowca, który wolno rósł w oczach. Bez wątpienia nie było na nim żywej duszy. Nasz reflektor wyłonił z ciemności zardzewiałe, nitowane blachy kadłuba, cienki maszt, przy którym bezwładnie, w rytm przechyłów kołysał się krótki bom, czarny komin, uszkodzoną sterówkę. Na rufie dała się odczytać nazwa „Black Peter”.
                - Maszyna stop! – rozkazałem.
                Kołysaliśmy się na fali pięćdziesiąt metrów od rdzawego, ciemnego kadłuba. Wpatrując się w niego uważnie rozważałem w myślach decyzję.     Według prawa morskiego, opuszczony przez załogę statek należy do tego, kto potrafi go uratować. Ten wart był prawdopodobnie już tylko ceny złomu, ale mimo wszystko byłby to pewien zysk dla firmy, która w innym wypadku dopłacałaby do naszego przejścia przez Atlantyk. Szczęśliwie się złożyło, że w trakcie pustego przebiegu spotkaliśmy ten wrak. Fala była co prawda dość wysoka ale można było zaryzykować próbę wzięcia go na hol.  Zaalarmowałem załogę. Po chwili wystrzelona rzutka dosięgła starego statku. Czterech marynarzu w gumowym pontonie rozpoczęło przeprawę.
                Wypuszczony z rufy „Titana” hol popełznął w kierunku zardzewiałego kadłuba, ciągnięty na cienkiej lince. Praca była ciężka, gdyż na wraku nie działa żadna winda kotwiczna ani kabestan.
                Obserwując przebieg operacji zastanawiałem się po raz kolejny, skąd to widmo wzięło się na środku Atlantyku. Niemożliwe aby ktoś wypłynął z portu na statku będącym w podobnym stanie. Wyglądało na to, że wrak od kilku lat błąka się po morzu. Nie mieściło się w głowie, aby przy obecnym tłoku na uczęszczanym, północnoatlantyckim szlaku żeglugowym mógł tak długo pozostać niewykryty.
                Czwórka abordażowa powróciła na holownik. Zameldowali, że hol jest solidnie zamocowany na dziobie wraku. Dokonali też pobieżnego przeglądu. Na statku nie było żadnych śladów załogi, brakowało dokumentów okrętowych. Kadłub, choć na wpół zatopiony, wydawał się nieuszkodzony. Zdecydowałem, że będziemy holować parowiec nie pozostawiając na jego pokładzie nikogo z naszej załogi. Biorąc pod uwagę jego stan, przy obecnej pogodzie byłoby to zbyt duże ryzyko.
                Przez radio zawiadomiłem kierownictwo firmy o wzięciu na hol opuszczonego statku, zapaliłem odpowiednie światła sygnalizacyjne na maszcie „Titana” i dałem rozkaz uruchomienia maszyny. Woda za rufą zakotłowała się. Hol unosił się z wody, stopniowo naprężał. Silnik zwiększał obroty, nabieraliśmy z wolna prędkości. Wrak zachowywał się spokojnie, pewnie trzymał się na wodzie za naszą rufą. Zostawiłem na mostku oficera wachtowego i zszedłem do swojej kajuty. Nadal dręczyła mnie zagadka tajemniczego pojawienia się na oceanie widma z zamierzchłej epoki. Moje rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Do kajuty wszedł bosman – siwy, sześćdziesięcioletni wilk morski, jeden z lepszych fachowców na pokładzie.
                - Kapitanie, niech go pan puści. – poprosił bez żadnych wstępów.
                - Kogo? – zdziwiłem się.
                -„Czarnego Piotrusia”. Przecież pan wie, że nigdzie go nie doholujemy.
                - Jak to nigdzie? Jeśli nie rozleci się po drodze, dostarczymy go do stoczni złomowej i zarobimy parę dolarów, bosmanie.
                - Kapitanie, niech pan nie udaje, że nie wie o co chodzi. Uwierzyłbym, że jakiś nawigator prosto po szkole może pierwszy raz słyszeć o „Czarnym Piotrusiu”, ale pan pływa już ponad trzydzieści lat.
                Coś zaświtało mi w głowie. „Black Peter”. Gdzieś już słyszałem tę nazwę. Miało to związek z ze starą, morską legendą, opowiadaną po portowych tawernach w zamierzchłych czasach, gdy nawigatorzy aby ustalić pozycję statku mierzyli sekstansem położenie gwiazd, a nie korzystali z pomocy satelitów.
                -To ten sam?
                - Oczywiście! Istniej tylko jeden „Black Peter”, i właśnie holuje go pan na złom. Niech go pan puści, póki nie jest za późno.
                Wytężyłem pamięć. Bez skutku.
                - Przyznam się, że zapomniałem o co chodzi. Pamiętam, że to jakaś stara, tajemnicza historia ale naprawdę nie wiem, jaki ma związek z holowaniem tego statku do stoczni.
                Bosman spojrzał na mnie z wyrzutem. Pokiwał głową i rzekł:
                - Jeszcze trzydzieści lat temu znał tę historię każdy prawdziwy marynarz. Teraz wszyscy wolą oglądać seriale w telewizji, zamiast posłuchać  w tawernie morskich opowieści. Zresztą, gdzie teraz szukać porządnej tawerny? Wszystko poprzerabiali na fast foody.
                - Zgoda, bosmanie, romantyzm pracy na morzu ginie, to fakt, ale mieliście powiedzieć o co właściwie chodzi.
                Bosman westchnął i zaczął mówić:
                -„Black Peter” zbudowany został w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Pływał na Daleki Wschód. Pewnego razu, koło wyspy Bali załoga dostrzegła strzaskaną, dwukadłubową łódź tubylców unoszącą się na falach. W tej dłubance znaleziono małe dziecko, chłopaka wygłodniałego i na wpół żywego. Zabrali go na pokład, odżywili i zawieźli na ląd. Później okazało się, ze to synek miejscowego szamana. Ojciec, szczęśliwy z powodu uratowania małego, odprawił zaklęcie i od tej pory „Black Peter” stał się tabu. Bogowie z wyspy Bali sprawiają, że ten statek nigdy nie zginie. Pan się uśmiecha, kapitanie, ale to fakt. Ten statek pływał długie lata i nigdy nie miał żadnej awarii. Sztormy go omijały. W  końcu zestarzał się i armator odsprzedał go na złom. Przeszło rok czekał na pocięcie uwiązany do nabrzeża, a kiedy przyszła na niego kolej w stoczni wybuchł strajk. Kiedy się skończył wybuchła pierwsza wojna światowa. Statki zaczęły być potrzebne. „Czarnego Piotrusia” wyremontowano i przerobiona na transportowiec. Przez całą wojnę woził do Francji amunicję z Ameryki. Inne statki wybuchały na minach, ginęły od torped, tonęły w sztormach, a jego nie dosięgła ani jedna kula. Pewnego razu, w 1916 roku, na konwój którym płynął „Blach Peter” napadł niemiecki krążownik. Zatopił okręty eskorty i zabrał się kolejno za statki handlowe. „Czarny Piotruś”, jako najmniej wart miał być zniszczony na końcu. Gdy został już sam na sam z napastnikiem, krążownik najechał na minę. Słyszał pan kiedyś o minie na środku oceanu? A jednak urwała się gdzieś u wybrzeży i zdryfowała na ocean, aby znaleźć się dokładnie przed dziobem niemieckiego krążownika w chwili, gdy ten miał oddać salwę do „Czarnego Piotrusia”. Zanim Niemcy opanowali sytuację „Piotruś” zdążył zwiać. Nie jeden raz cudem wychodził z opresji. Opowiadano o tym niestworzone historie, ale faktem jest, że nietknięty doczekał zawieszenia broni. Po wojnie statki były w cenie, więc jeszcze parę lat szwędał się po Morzu Północnym, zanim znowu postanowiono go wyzłomować. Tym razem w stoczni nastąpiła eksplozja na przybyłym do remontu okręcie wojennym. Wszystko spłonęło i rozleciało się w drobny mak. Ocalał tylko „Black Peter” zakotwiczony na środku kanału. Przedłużyło to jego egzystencję o kolejne pół roku. Kiedy już nieodwołalnie miał „pójść na żyletki” Towarzystwo Geograficzne postanowiło zorganizować wyprawę naukową w Arktykę. Nie mieli dość funduszy na nowy statek badawczy, więc wydzierżawili „Czarnego Piotrusia”. Miał zawieźć ekspedycję tak daleko na północ, jak tylko pozwolą lody. Późną wiosną 1929 roku „Black Peter” wyruszył na podbój bieguna. Przedzierał się przez krę, wyszukiwał słabsze miejsca w polach lodowych. Dotarł dalej na północ niż przedtem udało się najmocniejszym lodołamaczom. Wreszcie ugrzązł w lodach. Pole lodowe zamknęło się i parowiec nie mógł już ani płynąć naprzód, ani wracać. Przed nadejściem nocy polarnej naukowcu opuścili statek, dotarli pieszo do krawędzi lodu i zostali ewakuowani do   Europy. Nikt odtąd nie widział „Czarnego Piotrusia”. Sądzono, że zgniotły go lody, że na zawsze został na dnie podbiegunowej głębi. Tymczasem, widzi pan, kapitanie, on się tylko przyczaił. Nieuszkodzony, dryfował z całą płytą lodową, aż wreszcie teraz, gdy lodowiec częściowo stopniał, znalazł się na wolności. Kto wie, może był we wnętrzu góry lodowej, która rozpadła się na mniejsze bryły? On jest niezniszczalny. Niech go pan puści, jeśli miły panu los nasz i „Titana”.
                Zrobiło mi się przykro, że to właśnie ja prowadzę na złom legendę. Lubiłem kiedyś słuchać takich opowieści, snutych między jednym pyknięciem z fajki, a drugim. Jednak obecne czasy nie sprzyjały  sentymentom.  Moim szefom chodzi o  zysk. Nie zostawiliby dowództwa najlepszego holownika w rękach człowieka, który romantyzm stawia ponad ekonomię. Bogowie z wyspy Bali nie obronią wysłużonego parowca przed „Titanem” wyposażonym w dziesięć tysięcy koni mechanicznych i najnowsze zdobycze elektroniki.
                - To piękna opowieść, bosmanie, ale życie ma swoje prawa. – odrzekłem. – Nie możemy porzucić wraku na szlaku żeglugowym. To by mogło kosztować życie marynarzy z innych statków. Poza tym liczy się pieniądz.
                - Czy to pana ostatnie słowo, kapitanie?
                Pokiwałem głową.
                - Pan tu rozkazuje. Wszyscy zapłacimy za tę decyzję.
                Z tymi słowami bosman opuścił kajutę.
*
                Hol pękł o drugiej w nocy, Gruba lina trzasnęła jak struna. „Titan” gwałtownie skoczył do przodu. Zanim zdążyłem wbiec na mostek „Black Peter” rozpłynął się we mgle. Zwinęliśmy zerwaną linę holowniczą i wykonali zwrot celem odszukania wraku. Rzecz jasna, nie mógł  zdryfować za daleko. Ledwo założyliśmy na nowo hol, zerwał się gwałtowny szkwał. Wiatr zrywał  pianę ze szczytów fal i rzucał ją na szybu mostku. Objuczony „Titan” ciężko orał dziobem wzrastającą falę. Poprzez wzburzoną kipiel, z rzadka, w świetle reflektora, ukazywał się za nami demoniczny, wysoki komin „Czarnego Piotrusia”.
                Schodząc na krótki posiłek do mesy minąłem w korytarzu bosmana.
                - On dał nam szansę, kapitanie. Chciał odejść i zostawić nas w spokoju. Niech go pan puści, bo następnym razem on obejdzie się z nami gorzej.
                Zanim zdążyłem odpowiedzieć bosman zniknął.
                Do rana tkwiłem na mostku. Około dziewiątej wiatr zelżał, morze z wolna uspokajało się. Postanowiłem się zdrzemnąć. Zostawiłem oficera wachtowego na mostku i zszedłem do kajuty. Ledwo zdążyłem położyć się na koi, gdy wpadł jeden z radiooperatorów.
                - Przejęliśmy sygnał SOS, panie kapitanie. Jakiś panamski drobnicowiec uległ przewróceniu przez sztorm. Jesteśmy chyba bliżej niż jakakolwiek inna jednostka.
                Nie było wyboru. Życie ludzkie jest najważniejsze. Rozbitkowie nie mogli czekać w wątłych łodziach ratunkowych na lodowatych wodach oceanu. Rozkazałem zwolnić hol. Nie dało się iść na ratunek ciągnąc za sobą bezwładny kadłub.   Liczyła się szybkość. O życiu ofiar katastrofy mogły decydować minuty. Zaznaczyłem  pozycję na mapie, nadałem ostrzeżenie o dryfującym wraku do wszystkich statków znajdujących się w pobliżu i skierowałem dziób „Titana” w stronę, z której nadeszło wołanie o pomoc. „Black Peter” na pożegnanie szyderczo pomachał nam bomem.
                Akcja ratownicza poszła sprawnie. Wzięliśmy na pokład dwunastu marynarzy. Drugi oficer się nimi zajął, a ja wyznaczyłem kurs na miejsce, gdzie prądy i wiatr powinny były zepchnąć „Czarnego Piotrusia”. Dotarliśmy tam w ciągu niecałych dwu godzin. Morze było puste. Oczy piekły mnie z niewyspania gdy wpatrywałem się w ekran radaru i przez lornetkę uważnie badałem horyzont. „Black Peter” mógł, oczywiście zatonąć, ale takie rozwiązanie wydawało mi się zbyt proste i stanowczo nie w jego stylu. „Już ja cię znajdę” – myślałem z dziwną zawziętością. Znalazłem go po piętnastu godzinach. Jakby nigdy nic, kołysał się na falach o pięćdziesiąt mil od miejsca, gdzie powinien był być. Jak zdołał płynąć pod wiatr i prąd, nikt nigdy nie zgadnie.
                Po raz trzeci zaczepiliśmy hol. „Titan” znów mozolnie mielił wodę śrubami zmierzając w kierunku lądu. Padałem z wyczerpania, ale mimo to, co pół godziny biegłem na mostek aby spojrzeć na wlokący się za nami złowrogi wrak. „No, i co jeszcze wymyślisz?” – zadawałem w myślach pytanie pod jego adresem. Z rosnącym napięciem nanosiłem na mapę kolejne pozycje. Morze uspokajało się. Gdy od celu dzieliło nas nie więcej niż pół dnia drogi wysiadła pompa paliwowa silnika „Titana”. Nasz holownik kołysał się bezwładnie obok związanego z nim liną zardzewiałego pudła. Jak urzeczony wpatrywałem się w stary statek, zagryzając z wściekłością wargi. „I tak mi nie ujdziesz” – myślałem obsesyjnie. Doprowadzenie go do stoczni złomowej, wbrew sprzysięgającym się okolicznościom, nagle stało się dla mnie rzeczą najważniejszą w świecie. Głowa pękała mi od braku snu. Omal nie zrzuciłem   z mostku bosmana, który przyszedł zapytać mnie, czy słyszałem kiedy, aby nowoczesny, znajdujący się na gwarancji silnik tak sobie, nie stąd ni zowąd, zawiódł.
Mechanicy pracowali jak szatani, patrząc na mnie jak na niebezpiecznego szaleńca. Zorientowałem się, że znaczna część załogi wierzy bosmanowi, który nie robił, rzecz jasna, tajemnicy ze swoich rewelacji. Mimo to nikt nie ośmielił się sprzeciwić. Po czterech godzinach silnik ruszył. „Titan” drgnął i pociągnął za sobą wrak.
Wreszcie na horyzoncie pojawił się ląd. Po dalszych dwu godzinach staliśmy na redzie. Obok nas „Black Peter” wyciągał ku niebu swój czarny komin. „Mam cię! Mam cię!’ – myślałem z satysfakcją. „Pójdziesz na złom, ty diable!”.
W tym momencie przyszedł do mnie radiooperator.
- Panie kapitanie, rozkazy od armatora. Mamy holować „Czarnego Piotrusia” do Londynu. Zakupiło go Muzeum Morskie. Będzie stać w starym doku, aby publiczność po wszystkie czasy mogła oglądać ostatni, dziewiętnastowieczny parowiec.  

  


sobota, 17 grudnia 2016

Opowiadanie bałkańskie nr 2 - Ubranie Ulrike

Wracam do rozpoczętego dawno temu cyklu "Opowiadań bałkańskich". Przypominam, że miejsce akcji ma drugorzędne znaczenie, bo chodzi o różne historie, jakie mogą się zdarzyć pomiędzy kobietą i mężczyzną.


UBRANIE ULRIKE

Marko cenił  swoją pracę chociaż była specyficzna i sezonowa. Obsługiwał bar przy plaży położony na terenie nadmorskiego kempingu, który funkcjonował od początku maja do końca września. Zdołał jednak tak zorganizować sobie życie, że miał zajęcie przez cały rok. Jesienią, po zamknięciu baru, najmował się do zbioru oliwek i winogron, a zimą przenosił się w Alpy słoweńskie, gdzie zatrudniał się na sezon jako kelner w kurorcie narciarskim. Miał nadzieję, że wkrótce zmieni tryb życia na bardziej ustabilizowany, bo planował otwarcie własnej restauracji i oszczędzał na ten cel pieniądze. Praca na kempingu w tym pomagała, gdyż bar oferował głównie piwo po szesnaście kuna i wino po siedemnaście.   Goście w większości płacili za drinka dwadzieścia kuna i nie oczekiwali reszty.  W ten sposób Marko był w stanie uzbierać niezłą sumkę z napiwków, co było przedmiotem zazdrości innych pracowników kempingu, którzy takich możliwości nie mieli.

Specyfika pracy polegała na tym, że kemping przeznaczony był dla naturystów. Możliwość oglądania rozebranych klientek w godzinach pracy nie była niczym strasznym ale problem wynikał z reguł narzuconych przez kierownictwo kempingu, które bardzo dbało o to, aby goście mogli czuć się swobodnie. Cały personel  miał obowiązek zachowywać się przyjaźnie, ale narzucanie się i wszelkie próby nawiązania bliższych znajomości były stanowczo zabronione. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Marko nauczył się traktować nagie klientki baru z profesjonalną uprzejmością, co było o tyle ułatwione, że one podchodziły do swojego braku stroju z zupełną obojętnością, ani nie okazując zawstydzenia, ani nie prowokując. Po kilku latach pracy w głowie Marka, na zasadzie odruchu warunkowego, wytworzył się swoisty podział. Rozebrane kobiety traktował z zawodowym dystansem, a wszelkie próby nawiązywanie bliższych relacji ograniczał jedynie do dziewczyn ubranych. W sumie wszystko nieźle funkcjonowało przez kilka lat. Do czasu gdy zobaczył Ulrike.

Zjawiła się na kempingu z rodzicami we wrześniu, gdy sezon miał się ku końcowi. Była chyba studentką, skoro o tej porze roku nie musiała iść do szkoły, ale raczej zaczynała dopiero studia, gdyż jeździła jeszcze na wakacje z rodziną, a  nie z przyjaciółmi. Marko poznał imię dziewczyny gdy matka coś do niej zawołała. Cała rodzina codziennie po zejściu z plaży zjawiała się w barze na pół godziny przed jego zamknięciem. Kobiety zamawiały wino z colą, a ojciec piwo. Mężczyzna uprawiał kiedyś sport, o czym świadczyły silne mięśnie ramion, ale było to dawno, na co wskazywał pokaźny brzuch.  Jego żona była imponującą blondyną o ostentacyjnie kobiecych kształtach. Każde prehistoryczne plemię byłoby skłonne uznać ją za boginię płodności. Pomiędzy Ulrike a jej matką były dwie różnice: dwadzieścia pięć lat i piętnaście kilo, przy czym tych brakujących kilogramów brakowało dokładnie tam, gdzie ich powinno brakować. Jednak to nie idealna figura Ulrike była problemem Marka. Gdyby miał się zakochiwać w każdej dobrze zbudowanej klientce baru, to dawno musiałby zmienić pracę. Urzekły go jej oczy, błękitne, o lekko opadających kącikach, co nadawało jej twarzy wyraz melancholijnego smutku, a dla Marka było oznaką dobroci i łagodności. Kiedy tylko ją ujrzał, zaczął marzyć o tym aby poznać ją bliżej. Niestety, na przeszkodzie stało to, że Ulrike była naga, a on mógł zaprzyjaźniać się tylko z ubranymi. Od pierwszego wejrzenia zapragnął zobaczyć ją w ubraniu.

Początkowo swoje nadzieje opierał na tym, że dziewczyna spali się na słońcu. Bladzi turyści z północnej Europy pierwszego dnia pobytu nad Adriatykiem często nadużywali słońca i aby chronić zaczerwienioną, poparzoną skórę zmuszeni byli coś na siebie wkładać. Marko liczył, że na drugi dzień Ulrike narzuci chociaż jakąś koszulkę na ramiona. Niestety, dziewczyna umiała posługiwać się olejkiem z filtrem.

Marko, rzucając dyskretne spojrzenia na Ulrike siedzącą z rodzicami przy barowym stoliku, zaczął sobie wyobrażać ją w ubraniu. Na początek ujrzał   w myślach  odzianą w bikini. Stopniowo pozwalał sobie na coraz więcej. Wyobraził ją sobie w czarnym jednoczęściowym kostiumie kąpielowym, a później w czerwonej, wieczorowej sukience z dekoltem.  Na koniec, kiedy puściły mu już wszelkie hamulce, pozwolił sobie ujrzeć ją w wyobraźni ubraną w zimowy, wełniany płaszcz. W takich chwilach zapomnienia, już, już, miał do nie zagadać i nawiązać serdeczną relację, ale powrót do rzeczywistości był za każdym razem bolesny, bo Ulrike, ta realna, a nie ta z marzeń, wciąż była goła i niedostępna.

Drobny przebłysk nadziei pojawił się kiedy dziewczyna podeszła raz do baru aby zamówić kolejne piwo dla ojca. Napełniając szklankę Marko zapytał:

- Skąd jesteś?

To mieściło się w regułach obowiązujących pracowników kempingu. Było nawet zalecane, bo budowało przyjazne relacje z gośćmi. Niektórzy klienci po takim zagajeniu wdawali się w rozmowę z barmanem, a później zamieniali kilka sympatycznych zdań przy każdym kolejnym zamówieniu. Niestety, Ulrike odpowiedziała z uśmiechem:

- Z Niemiec.

I tylko tyle. Marko, jako profesjonalista, wyczuł, że dziewczyna nie ma ochoty na dłuższą pogawędkę.

Opracował w myślach inny plan. Ponieważ rodzina Ulrike zjawiała się codziennie w barze tuż przed zamknięciem, Marko postanowił, że któregoś dnia pójdzie za nimi, kiedy już wypiją swoje drinki i opuszczą lokal. Z całego serca pragnął dowiedzieć się czegoś więcej o Ulrike, chociażby tego gdzie obozuje na kempingu i jakim samochodem przyjechała.

Następnego dnia zawczasu przygotował bar do szybkiego zamknięcia. Szczęście tym razem mu dopisało. Ulrike z rodzicami wstali od stolika w odpowiednim momencie, tak że Marko mógł ruszyć kilkadziesiąt metrów za nimi. Co więcej, poszli we właściwą stronę. Pracownicy kempingu mieli zakaz chodzenia bez potrzeby po jego terenie, gdyż zdaniem kierownictwa mogło to gościom zakłócać spokój i komfort wypoczynku. Na szczęście okazało się, że obozowisko rodziny Ulrike leżało w pobliżu trasy do wyjścia z kempingu, którą Marko i tak musiał pokonać. W rezultacie dowiedział się chociaż tyle, że Ulrike przyjechała kamperem na frankfurckich numerach, który został ustawiony przy głównej alejce, pośród szpaleru z oleandrów.

Skoro już wiedział gdzie dziewczyna obozuje, w jego głowie zrodził się kolejny, sprytny plan. Poranki w połowie września były już chłodne. Zanim słońce wyszło spoza górującego nad kempingiem wzgórza porośniętego piniami, wiejąca od morza bryza powodowała, że było raczej rześko. W rezultacie wielu naturystów o poranku chodziło w szlafrokach, dresach lub przynajmniej w bawełnianych koszulkach. Marko postanowił, że pod pozorem posprzątania baru przed otwarciem przyjdzie do pracy wcześniej i przejdzie obok kampera dziewczyny swoich marzeń. Szczęście dopisało mu tym razem w takim sensie, że spotkał Ulrike wracającą spod prysznica. Niestety, okazało się dziewczyna jest zahartowana, bo szła nago, jeśli nie liczyć przewieszonego przez ramię ręcznika. Krople wody padające z zaczesanych, mokrych włosów perliły się na jej opalonej skórze w świetle wschodzącego słońca.

Po tym niepowodzeniu Marko zrozumiał, że ma już tylko jedną szansę. Wielu gości kempingu wieczorami ubierało się i szło do położonego po sąsiedzku miasteczka aby zjeść kolację w restauracji, kupić pamiątki lub po prostu pospacerować po zabytkowych, urokliwych zaułkach. Przez kilka kolejnych wieczorów, po pracy, Marko całymi godzinami szybkim krokiem przemierzał uliczki miasteczka w nadziei, że spotka ubraną Ulrike. Krążył pomiędzy straganami z pamiątkami, zaglądał do letnich ogródków restauracji, kręcił się pośród tłumu turystów w porcie. Wszystko na nic. Ulrike się nie pojawiła.

Marko z dnia na dzień popadał w depresję. Kemping powoli pustoszał, słońce bladło. Któregoś dnia rodzina Ulrike nie zjawiła się o zwykłej porze w barze, a Marko wracając po jego zamknięciu zobaczył, że miejsce pośród oleandrów, gdzie stał kamper Ulrike, jest puste. Wiedział, że taki dzień kiedyś nadejdzie ale pomimo tego niemal się załamał. Zrozumiał, że jedno co mu pozostało to liczyć, że dziewczyna przyjedzie znów za rok. Była to jednak słaba nadzieja. Po pierwsze, nie wiadomo czy jej rodzice zdecydują się spędzać urlop w tym samym miejscu. Po drugie, nie wiadomo czy w przyszłym roku Ulrike będzie chciała przyjechać z nimi. A nawet gdyby przyjechał, to trudno było liczyć na to, że podczas pobytu coś na siebie włoży, skoro w tym roku tego nie zrobiła.

Dni jakie pozostały do zamknięcia kempingu przeżył jak w letargu. Zazwyczaj, każdego roku, kilka dni o zakończeniu sezonu spędzał na zabawie z przyjaciółmi. Tym razem nie miał ochoty, gdyż tęsknota za Ulrike odebrała mu chęć do życia.

Olśnienie przyszło nagle. Zdał sobie sprawę, że jest dwudziesty pierwszy wiek i skoro nie udało się zobaczyć ubranej Ulrike w realu, to jest jeszcze szansa aby zobaczyć ją chociaż w internecie. Zamknął się w domu z laptopem. Wszystko co wiedział o dziewczynie, to że ma na imię Ulrike, i że jest z Frankfurtu. Wobec tego wpisał w przeglądarkę „Ulrike Frankfurt”. Niestety, spotkał go zawód. Na ekranie pojawiło się mnóstwo linków do  stron internetowych należących do pochodzących z Frankfurtu kobiet o imieniu Ulrike, ale były to dentystki, lekarki, architektki i inne profesjonalistki. Zrozumiał, że w tak prosty sposób swojej Ulrike nie znajdzie. Zmienił wobec tego metodę. Zaczął surfować po portalach społecznościowych, które umożliwiały wyszukiwanie znajomych z zastosowaniem kryteriów takich jak imię i miejsce zamieszkania. Okazało się, że profili dziewcząt o imieniu Ulrike z Frankfurtu jest całe mnóstwo. Marko po kolei je odwiedzał poszukując zdjęcia znajomej twarzy. Praca byłą mozolna ale nadzieja zobaczenia na zdjęciach ubranej Ulrike nie pozwalała mu przerwać. Otwierając i zamykając kolejne strony marzył o tym, co może znaleźć na jej profilu gdy wreszcie na niego natrafi. Może Ulrike zamieściła  zdjęcia z jakiejś wycieczki, na której była w dżinsach i sportowej kurteczce? A może opublikowała fotkę z jakiejś imprezy, na którą wybrała się w sukience mini?

Bez jedzenia, żywiąc się tylko mocną kawą spędzał kolejne godziny przed ekranem. Znalazł to czego szukał drugiej nocy o trzeciej rano, kiedy oczy piekły go już z niewyspania, a kłujący zarost pokrywał brodę. Kiedy mechanicznie zamknął profil kolejnej dziewczyny i otworzył następny serce zabiło mu jak szalone.  Obok tekstu zobaczył znajomą twarz z opadającymi kącikami oczu. Nie posiadał się ze szczęścia, ale postanowił celebrować tę chwilę, nie wchodzić dalej na profil byle jak, ale zrobić to w sposób, na jaki Ulrike zasługiwała. Wstał od komputera, umył się, ogolił, założył białą, wyprasowaną koszulę. Nalał sobie kieliszek czerwonego wina i dopiero wtedy drżącym z podniecenia palcem wskazującym kliknął klawisz „Enter”.

Ulrike na swoim profilu chwaliła się, że jest naturystką i zamieściła wyłącznie nagie zdjęcia z ostatnich wakacji.

niedziela, 6 listopada 2016

Pełnia

Dzisiaj tekst inspirowany nastrojem 1 listopada.



 PEŁNIA
                Termin oddania raportu z pracy badawczej przypadał na koniec października. Teoretycznie wszystko było zaplanowane, harmonogram opracowany ale wiadomo jak to jest. Harmonogram harmonogramem, a życie życiem. Na koniec okazało się, że trzeba sprawdzić niektóre wyliczenia, bo wyniki były inne niż można było się spodziewać, brakowało kilkunastu wykresów, trzeba było napisać podsumowanie, zredagować i sformatować cały raport.  W rezultacie w ostatnim tygodniu siedziałem dzień w dzień w instytucie do późnego wieczora. Kiedy na koniec udało się wreszcie wszystko poskładać w całość, wydrukować i zbindować odpowiednią ilość kopii, napięcie nagle opadło. Przez dłuższą chwilę nie mogłem uwierzyć, że zdążyłem na czas.  Poziom adrenaliny we krwi, podwyższony w związku z kilkudniową, intensywną pracą pod presją czasu, powoli opadał. Głowa mnie pobolewała i czułem się zamulony przez niezliczone kubki czarnej kawy, które trzymały mnie na wysokich obrotach przez ostatnie dni. Doszedłem do wniosku, że potrzebuję spaceru. Kiedy wyszedłem na ulicę było już ciemno. Listopad był za pasem, popołudnia skróciły się i ustąpiły miejsca wieczorom. Podniosłem kołnierz płaszcza i ruszyłem pod lekki, chłodny wiatr zwiewający z chodnika suche liście. Przechodniów było niewielu, okna  okazałych kamienic płonęły ciepłym światłem.
                Po kilkuset metrach skręciłem w przecznicę. Lampy uliczne stały tu rzadziej. Mijane domy stawały się coraz bardziej szare, coraz niższe i ciemniejsze. Wreszcie skończyły się całkiem. Szedłem wzdłuż kamiennego muru, za którym szumiały lekko na wietrze korony starych dębów i kasztanów. Był to dawny cmentarz miejski. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że zbliża się Święto Zmarłych. W nawale pracy całkiem o tym zapomniałem. Doszedłem do bramy w murze. Kłódka spinająca łańcuch, oplatający przez cały rok żelazne pręty, była tym razem otwarta. Pchnięty jakimś impulsem przekroczyłem uchylona bramę i znalazłem się u wylotu głównej alei cmentarza. Zatrzymałem się urzeczony jedynym w swoim rodzaju widokiem. Od kilkudziesięciu lat pogrzeby odbywały się już na nowym, rozległym cmentarzu komunalnym wytyczonym daleko za miastem. Tutaj znajdowały się jedynie grobowce osób zmarłych już dawno, których bliscy także odeszli lub rzuceni zostali przez los daleko od miejsca spoczynku ich przodków. Pomimo tego, teraz, w przededniu dnia Wszystkich Świętych, stary cmentarz ożywił się. Na niektórych grobach płonęły światełka. Ich blask podświetlał od spodu żółte korony rozłożystych drzew poruszane wiejącym gdzieś  w górze wiatrem. Przy ziemi panowała cisza. Nad grobami unosiła się lekka mgiełka, rozjaśniona pomarańczowym światłem świec. Otulała jak kołderka cały cmentarz. Pośród tej łuny snuły się tu i ówdzie sylwetki ludzi krzątających się wokół grobowców. Oświetleni niespokojnym blaskiem migających płomyków wyglądali jak zjawy, smutno wędrujące po krainie zapomnienia. Nad całym tym widokiem wschodził księżyc. Była pełnia. Srebrna tarcza świeciła przez korony drzew, tuż nad ostrym dachem stojącej w połowie głównej alei neogotyckiej kaplicy zbudowanej z poczerniałego piaskowca.
                Ruszyłem przed siebie boczną alejką. Nie było tu marmurów i lśniących płyt tak charakterystycznych dla dzisiejszych cmentarzy. Stare, przeważnie kamienne grobowce tchnęły nieco patetycznym, lecz wzruszającym  nastrojem epoki, w której powstały. Bluszcz oplatał smutne anioły i  wyrzeźbione w kamieniu złamane pnie symbolizujące przerwane nagle życie. Suche badyle chwastów dziwnie dobrze uzupełniały tę umarłą architekturę. Im dalej od głównej alei, im bliżej muru, tym częściej zamiast rzeźbionych budowli mijałem zapadłe, porośnięte trawą wzgórki, zwieńczone pochylonym krzyżem z tabliczką, na której niczyjego imienia odczytać się już nie dało. Zapomnienie było tu głębsze, bardziej dosłowne. Niektóre grobowce były w ruinie, inne kryły się w gęstwinie dzikich krzewów. Światełek było tu bardzo mało. Nawet żeliwne krzyże umierały pod warstwą rdzy, która tym jest dla metalu czym choroba dla człowieka. Poczułem chłód. Raz jeszcze spojrzałem na cmentarz, starając się zabrać ze sobą coś z jego nostalgicznej  atmosfery i szybkim krokiem wróciłem do bramy. Żwir alei chrzęścił pod moimi stopami. Do pobliskiego przystanku akurat zbliżał się autobus. Przyspieszyłem kroku.
                W wozie, stojąc przy tylnej szybie, patrzyłem na oddalająca się łunę. Opuszczając tę krainę ciszy czułem się jak zdrajca. Już za chwile otrząsnę się z chwilowego wzruszenia, rzucę w  wartki nurt życia, a oni tam, umarli, czekać będą w smutnym bezruchu na kolejną chwilę refleksji, którą rzucę im jak jałmużnę. Cóż, nie można odmienić kolei rzeczy. Życie ma swoje prawa i musi iść naprzód. Oni żyją  w tym, czego dokonali, w swoich dzieciach i wnukach, w pamięci ludzi, na których wdzięczność zasłużyli. Postanowiłem jednak częściej ofiarować im coś, co dla  mnie znaczy bardzo mało, a dla nich jest wszystkim – chwilę wspomnień. Przecież oni proszą tylko o tyle.
                W domu poczułem falę zmęczenia. Musiało to nastąpić po ostatnim tygodniu. Wypiłem herbatę, zjadłem lekką kolację, wziąłem szybki prysznic i po chwili wygodnie leżałem na pościelonym łóżku. Myślałem, że usnę natychmiast, okazało się to jednak nie takie proste. Ciało miałem ciężkie i znużone ale rozgrzana głowa nadal pracowała na wysokich obrotach. Natłok myśli nie dawał się wyciszyć od razu. Leżałem na wznak, przykryty kołdrą, i patrzyłem w okno, za którym jasno świecił księżyc. Zawsze trudno zasypiam w czasie pełni.  Nasz blady satelita wywiera na mnie tajemniczy, fascynujący wpływ.
                Szeroko otwartymi oczami wpatrywałem się w zarysy kontynentów widniejących na jego tarczy. Księżyc zdawał się przybliżać. Ostro widziałem krawędzie jego mórz, dostrzegałem górskie pasma. Już, już miałem rozróżnić poszczególne kratery i wąwozy, ale powieki na chwilę przesłaniały zmęczone oczy, wszystko rozmywało się  i księżyc znów się oddalał.  Wytężałem wzrok od nowa. Wokół tarczy lśniła rudawa poświata. Zdawała się pulsować i wysyłać do mnie jakieś tajemnicze promieniowanie. Niebo wokół było niemal błękitne. Sylwetki dachów w dole wydawały się tym czarniejsze. Srebrne odblaski na kominach nadawały uśpionemu miastu niepowtarzalną plastykę.
                Księżyc wolno wędrował po niebie za moim oknem. Wreszcie dotarł do framugi, wolno za nią zniknął. Leżałem bez ruchu. Promienie księżycowego światła padały teraz na kołdrę przykrywająca moje nogi, łącząc ją z oknem srebrzystym korytarzem. W smudze wolno wirował kurz. Nagle w księżycowej poświacie dostrzegłem dziwny obiekt. Unosił się w promieniach padających z okna jak chmurka dymu papierosowego, był jednak bardziej lśniący, niemal galaretowaty. Przejrzysty i zwiewny, fosforyzował bladym, niebieskawym blaskiem. Przyciągał mnie i fascynował. Po chwili uniosłem się i popłynąłem przez powietrze w jego kierunku. Spojrzałem z góry na łóżko. Leżałem na wznak pod oświetloną księżycową poświatą kołdrą. Oddychałem równo. Wcale nie czułem zdziwienia. Błękitny obłoczek poprowadził mnie za sobą. Wolno płynęliśmy nad miastem. W dole piętrzyły się dachy poprzedzielane wąwozami ulic i studniami podwórek. Wiatr targał gałęzie drzew. Wszystko to oświetlał księżyc, w blasku którego szybowaliśmy niespiesznie nad uśpioną ziemią. Zorientowałem się, że lecimy w kierunku starego cmentarza, po którym spacerowałem wieczorem. Po chwili zawiśliśmy nad nim. Lampki zdążyły już pogasnąć. Zniknęła ciepła, pomarańczowa łuna. Jej miejsce zajęła błękitna, elektryczna poświata. Powodowały ją obłoczki podobne do mnie i mojego przewodnika. Niektóre z nich smętnie przycupnęły w załomach grobowców, inne wolno płynęły wzdłuż alejek. Zniżyliśmy się. Zawisłem nad kaplicą będącą miejscem spoczynku jakiejś wymarłej, potężnej niegdyś rodziny. Drzwi prowadzące do środka zamknięte zostały na głucho wiele lat temu. Przeniknąłem do środka. W centrum posadzki dojrzałem dwie klamry służące do unoszenia płyty zamykającej zejście do krypty. W ścianach  kaplicy  wmurowane były liczne tablice, upamiętniające ludzi spoczywających w jej podziemiach. Wtulony w kąt, tuż przy posadzce, tkwił jeden z błękitnych, przejrzystych obłoczków. Wiedziałem, że czeka na mnie.
                - Kim jesteście?   - zapytałem.
                - Byliśmy ludźmi. – odpowiedział.- Jesteśmy intelektami, cząstkami wyższej świadomości.
                Po chwili podjął:
                - Każdy człowiek składa się ze swojej cielesnej części, śmiertelnej i nietrwałej, oraz tej drugiej, wiecznej i niezniszczalnej: świadomości. Jest ona wspólną własnością gatunku ludzkiego lecz każdy dysponuje cząstką tej wyższej całości. Ludzie za życia intuicyjnie domyślają się tego. Wierzą w duszę, w reinkarnację. Wszystko to otoczone jest nimbem tajemnicy. Prawdy za życia nie pojmuje nikt. Ty też nie zdołasz tego zrozumieć. Nie uwolnisz się spod wpływu fizyki, która obowiązuje w świecie twojego ciała. Dla ciebie jesteśmy więc duchami, , duszami jeśli wolisz. Twoje ciało żyje, więc nie zdołasz jeszcze wyjść z kręgu tych uproszczonych pojęć.
                - Jak to możliwe, abym żyjąc uwolnił się od mojego ciała?
                - Intelekt nie jest nierozerwalnie związany z ciałem aż do śmierci. Może opuszczać je także za życia. Rzecz w tym, że przed śmiercią nie zdaje sobie sprawy z tego kim jest, utożsamia się z ciałem, zlewa się z cielesnymi funkcjami psychicznymi. Jeśli intelekt za życia opuszcza ciało, czyni to nieświadomie. Pomaga w tym promieniowanie księżycowej pełni. Lunatycy to ciała, których intelekt zdołał się czasowo uwolnić. Potrafią poruszać się, chodzić, mówić nawet, gdyż wszystko są to czynności, które automatycznie wykonywać może samo ciało kierowane swym mózgiem. Intelekt   to coś więcej, to idea przewodnia, sens nadrzędny ale tego ty na razie nie pojmiesz. Dziś, w czasie pełni, uwolniłeś się i przybyłeś na wezwanie.
                - Co się dzieje ze mną, to jest z moim ciałem?
                - Jest w rodzaju letargu. Podtrzymuje swoje funkcje życiowe. Bez ciebie jest jednak tylko narzędziem.
                - Dlaczego wezwaliście mnie do siebie?
                - Potrzebujemy twojej pomocy lub, wyrażając to ściślej, współpracy. Zrozum naszą sytuację. Jesteśmy ponadczasowi. Jesteśmy myślą, a myśl jest nieśmiertelna. Jednak tak jak ciało bez myśli jest tylko maszyną, tak myśl bez ciała jest pustą ideą. Aby realizować się w działaniu potrzebujemy ciał, a te umierają. Po śmierci ciała intelekt zdolny jest tylko do refleksji, nie może w żaden sposób oddziaływać na świat. Skazani jesteśmy na zadumę, aktywność nie jest nam dana. Niektórym to odpowiada. Móc myśleć bez ograniczeń i przyziemnych materialnych trosk, bez obawy że nasze rozmyślania przerwie śmierć, bo poza jej granicą mamy całą wieczność na refleksje, to dla filozoficznie usposobionego intelektu korzystna sytuacja. Jednak wiele z nas  nie godzi się z tym. Chcemy przekuwać nasze przemyślenia w czyny, a do tego potrzeba nowego ciała. Najprostszą metoda jest reinkarnacja, wstąpienie w nowonarodzone dziecko. Wymaga to jednak wyrzeczenia się samego siebie. Intelekt nowego człowieka musi być niezapisaną kartą, nie może nosić na sobie śladów poprzedniego wcielenia. Niektórzy próbują, chociażby częściowo, obejść to prawo. Stąd mamy od czasu do czasu genialne dzieci, które błyskawicznie zdobywają wiedzę i nikt nie przypuszcza, że to intelekt zdołał przemycić cząstkę siebie. Inni próbowali korzystać z umarłych ciał. Legendy o upiorach nie wzięły się znikąd. Ten sposób jest jednak najgorszy. Martwe ciało trzeba karmić krwią żywych. Nie można nawiązać kontaktu z żyjącymi ludźmi. Ich wstręt i przerażenie na to nie pozwalają. Upiór, jeśli użyć ludzkiego określenia, skazany jest na samotność i nocne skrytobójcze wyprawy. Dziś stanowczo odrzucamy te praktyki. Nikt nie posługuje się umarłymi ciałami od z górą stu lat. Inną niedopuszczalną metodą zdobycia nowego ciała, stosowaną przez niektórych desperatów, jest wtargnięcie siłą do cudzego,  żywego organizmu. Kończy się to tym, co ludzie nazywają rozdwojeniem jaźni. Jest to po prostu rozbój, i jako taki, jest nie do przyjęcia. Mimo to niektórzy wciąż go uprawiają, i będą uprawiać tak długo, dopóki nie upowszechni się jedyna metoda będąca do przyjęcia z punktu widzenia etyki. Jest to właśnie sprawa, z którą zwracamy się do ciebie. Chcemy abyś podzielił się z nami swoim ciałem. Pozwól nam przez twoje ręce i usta ogłosić światu idee, które nosimy w  sobie  przez wieki. Zrozum, nie chcemy niczego poza możliwością wcielania postępu, rozwijania nauki. Nasze możliwości są ogromne. Wielu z nas śmierć ciała zastała z pomysłami na przełomowe odkrycia, których nie zdążyliśmy dokonać, i o których ludzkość inaczej się nie dowie. Ten potencjał myśli zgromadzonej przez wieki może się dzięki tobie wyzwolić. Ludzkość dokona wielkiego kroku naprzód. Cała sława spadnie na ciebie. Uchodzić będziesz za wizjonera, geniusza. Nam chodzi tylko o samorealizację. Nikt nie pozna imion, które kiedyś nosiliśmy. Zaklinam cię, nie bądź egoistą. Podziel się swoim ciałem. Leży to w interesie twoim, naszym, a przede wszystkim w interesie ludzkości.
                - Dlaczego ja? – spytałem oszołomiony.
                - To trudno wytłumaczyć. Czy nie miałeś nigdy poczucia, od razu po pierwszym spotkaniu, że z kimś się łatwo dogadasz, a z kimś innym nigdy? Po prostu, kiedy wieczorem przeszedłeś przez ten cmentarz zrozumieliśmy, że z tobą możliwe będzie coś, co dotąd nie było możliwe. Dostrzegliśmy szansę i obudziła się w nas nadzieja, którą dawno temu porzuciliśmy.
                Milczałem nie wiedząc co powiedzieć.
                - Zastanów się. – ciągnął mój rozmówca. – Wiem, że nie możesz odpowiedzieć nam od razu. Mamy dosyć czasu. Twoje ciało też ma go jeszcze trochę przed sobą. Wrócisz teraz do niego. Gdy nadejdzie pora poprosimy cię o odpowiedź. Pamiętaj tylko, że w czasie naszej rozmowy twoje ciało przeżyło w letargu wiele dni. Nie zdziw się. Pamiętaj, przyjdziemy po odpowiedź.
                Otwarłem oczy. Leżałem pod kołdrą w swoim pokoju. Było jeszcze ciemno. Przeciągnąłem dłonią po twarzy i pokręciłem głową.  Coś podobnego! Cząstki świadomości, upiory, wypożyczanie ciał. To wszystko skutek nadmiaru pracy i tej wczorajszej wyprawy na cmentarz. Swoją drogą, podobne historie mogą się przyśnić tylko w czasie pełni. Czułem się głodny, jakbym naprawdę przeleżał wiele dni w letargu. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna aby spojrzeć na księżyc – sprawcę moich majaków.
                Miał kształt sierpa.