sobota, 14 września 2019

Wiadomość


Wiadomość
                Na okoliczności  jakie zaszły nie przygotowano żadnych gotowych procedur gdyż podobnej sytuacji nie dało się przewidzieć. W szczególności nie zostało zawczasu  ustalone w czyich kompetencjach leży podejmowanie decyzji co do działań, jakie w tych warunkach należy podjąć.  Wobec tego postanowiono powołać komitet nadzwyczajny, którego zadaniem było zmierzenie się z kryzysem.  Z uwagi na konieczność zachowania całej sprawy w tajemnicy w jego skład weszło jedynie kilka osób zajmujących kluczowe stanowiska w państwie: prezydent, jego doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, głównodowodzący sił zbrojnych oraz szef agencji badań kosmosu. Cała czwórka zebrała się w gabinecie prezydenta na poufnej naradzie, w wyniku której zamierzano opracować plan działania. Zreferowanie sytuacji powierzono profesorowi z wydziału geologii, który zajmował się sprawą od początku.
                Naukowiec był przyzwyczajony do wygłaszania wykładów przed licznym gronem studentów lecz ranga audytorium, przed którym występował dzisiejszego dnia powodowała, że odczuwał tremę. Plik kartek, na których przygotował notatki wypadł mu z drżącej dłoni. Podniósł rozsypane kartki i usiłował nerwowo ułożyć je we właściwej kolejności ale bez powodzenia. Czując na sobie ponaglający wzrok dygnitarzy zaczął mówić z pamięci:
                - Cała sprawa została szczegółowo opisana w raporcie, który został panom przekazany. – rozpoczął. – Wobec tego pozwolę sobie przypomnieć jedynie najważniejsze fakty. Wszystko zaczęło się w kopalni rud polimetalicznych w zachodniej części kraju.  Zawartość metali w rudzie wynosi zaledwie kilka procent, a reszta to nieprzydatna skała. – w miarę mówienia naukowiec odzyskiwał pewność siebie. -  Ruda zalega na głębokości kilkuset metrów i jest wydobywana metodą strzałową. Trafia na powierzchnię w postaci brył pokruszonych w wyniku wybuchów ładunków umieszczanych w nawierconych otworach. Urobek trafia do zakładu wzbogacania. W pierwszej kolejności kierowany jest na kruszarkę, której zadaniem jest rozdrobnienie skały na drobniejsze kawałki, które następnie wędrują do młynów mielących je na drobny proszek. W tej formie ruda poddawana jest procesowi flotacji…
                - Panie profesorze, nie zebraliśmy się tu po to aby omawiać technologię wzbogacania rud. – prezydent zwrócił uwagę mówcy z uprzejmym uśmiechem, lecz stanowczym głosem.
                - Oczywiście,- zreflektował się uczony. – Chciałem tylko podkreślić, że kruszarka ma kluczowe znaczenie dla całej kopalni, gdyż jej awaria przerywa dostawę surowca i zatrzymuje cały proces. Z tego powodu gdy kruszarka zablokowała się na miejsce natychmiast udał się główny inżynier zakładu. To szczęśliwa okoliczność z naszego punktu widzenia, gdyż jest to człowiek rozsądny oraz inteligentny, który potrafił podjąć właściwe działania. Okazało się, że kruszarka zablokowała się na większym, podłużnym odłamie skały, co było zaskakujące, gdyż zazwyczaj spokojnie radzi sobie z podobnymi bryłami. Kiedy ten fragment skały usunięto z maszyny inżynier zauważył, że spod kamienia prześwituje srebrzysta, lśniąca substancja. Ocenił, że to żyła czystego metalu, jaka samorodnie wykształciła się wśród skały i uznał, że taki okaz zasługuje na przekazanie do muzeum funkcjonującym przy naszym wydziale geologii. Muszę dodać, że nasz wydział od lat współpracuje w kopalnią w zakresie lokalizacji nowych złóż i z tego powodu główny inżynier od razu pomyślał o nas na widok tego niecodziennego okazu. Polecił swoim ludziom odłożyć go na bok i niezwłocznie wysłać na uniwersytet. W świetle późniejszych ustaleń jest to nadzwyczaj szczęśliwa okoliczność, gdyż dzięki temu nikt w kopalni nie poznał szczegółów znaleziska.
                Słuchacze pokiwali ze zrozumieniem głowami. Profesor, widząc aprobatę z ich strony, kontynuował opowieść z rosnącą pewnością siebie:
                - Kiedy ten fragment skały dotarł do nas poddaliśmy go oględzinom. Sam kamień nie był specjalnie interesujący, ciekawe było natomiast występujące w nim wytrącenie metaliczne, które początkowo było ledwo widoczne. Podjęliśmy decyzję o odkuciu większej ilości skały aby bardziej  odsłonić zawarty w niej metal. Z wielkim zdziwieniem stwierdziliśmy, że kamień z łatwością daje się oddzielić od metalu, a zupełnie zaskoczył nas fakt, że powierzchnia metalu jest regularna i gładka. Stopniowo usunęliśmy całą skałę i naszym oczom ukazał się metalowy, podłużny przedmiot w kształcie długiego walca po obu stronach posiadający zakończenia o jajowatym kształcie. Wyglądał jak mocno wydłużona piłka do rugby albo jak torpeda o symetrycznych końcach. Posiadał lśniącą powierzchnię w kolorze srebra z żółtawym odcieniem.  Jego dokładne wymiary to sto trzydzieści siedem centymetrów długości i piętnaście centymetrów średnicy w najgrubszym miejscu.  Waga wynosi niespełna dziewięćdziesiąt cztery kilogramy.  Przeprowadziliśmy z użyciem spektrometru badania składu chemicznego. Okazało się, że to mieszanina krzemu, tytanu, wolframu oraz nieznacznych ilości kilku innych metali. Celowo użyłem słowa „mieszanina” , a nie „stop” gdyż okazało się, że nie jest to produkt prostego zmieszania kilku roztopionych pierwiastków. Ta substancja posiada specyficzne wiązania międzyatomowe nadające jej niezwykłą wytrzymałość. Dla przystępności posłużę się analogią z węglem. Ten pierwiastek, gdy jego atomy połączone są w specjalny sposób, może przyjmować  postać diamentu lub grafenu, których właściwości diametralnie różnią się od węgla w prostej postaci.  Podobnie jest w przypadku przedmiotu znalezionego w kopalni. Atomy krzemu, tytanu i wolframu oraz drobniejszych przymieszek połączone są w taki sposób, że potężna kruszarka nie była w stanie uszkodzić tego stosunkowo niewielkiego przedmiotu. Pozwolę sobie pominąć szczegółowe parametry techniczne i powiem ogólnie, że materiał, z którego wykonany jest ten przedmiot jest wielokrotnie bardziej wytrzymały niż jakakolwiek znana nam dotychczas substancja. Na pewnym etapie badań podjęliśmy decyzję o wycięciu niewielkiej próbki w celu poddania jej testom.  Tarcze, jakich używamy w instytucie do cięcia kamienia błyskawicznie ulegały zniszczeniu w kontakcie z tym materiałem nie pozostawiając na nim śladu. Wobec tego pożyczyliśmy od kolegów z instytutu fizyki laser o wielkiej mocy. Dopiero przy jego zastosowaniu z jednego z końców walca udało nam się wyciąć niewielką próbkę ale kosztowało to olbrzymią ilość czasu i wysiłku. Dodam jeszcze, że znaleziony w skale walec nie jest jednorodny. Co prawda prześwietlenie promieniami Roentgena nic nie dało gdyż, jak można było się spodziewać, nie były one  w stanie przeniknąć przez materiał zbliżony do metalu, ale badania ultradźwiękami wykazały, że wewnątrz skorupy znajduje się  przestrzeń wypełniona jakimiś strukturami o nieregularnym kształcie. W tym miejscu chciałbym przedstawić wniosek, do którego doszedł zespół badający to znalezisko. Zarówno regularny kształt zewnętrzy, jak i niespotykany w naturze skład materiału bez żadnych wątpliwości wskazują, że nie jest to przedmiot pochodzenia naturalnego, lecz wytwór jakiejś cywilizacji. Biorąc pod uwagę, że znalezisko znajdowało się w skale, której wiek szacowany jest na czterdzieści milionów lat, oraz to, że według naszej najlepszej wiedzy czterdzieści milionów lat temu na Ziemi nie istniała żadna cywilizacja, nasuwa się oczywisty wniosek, że jest to produkt obcej, kosmicznej inteligencji.
                - Zaraz, - przerwał profesorowi generał dowodzący armią – chce pan powiedzieć, że kosmici umieścili ten przedmiot w skale, która od milionów lat znajduje się kilkaset metrów pod powierzchnią naszej planety? Niby jak? I po co?
                - Odpowiedź na pytanie „jak?” jest prosta. – odrzekł profesor. – Skała, o jakiej mowa, powstała z osadów dennych oceanu, który znajdował się w tym miejscu przed dziesiątkami milionów lat. W wyniku późniejszych skomplikowanych procesów geologicznych, o jakich ze względu na brak czasu nie będę opowiadał, oraz na skutek ruchów tektonicznych, z tych osadów powstała ruda, którą obecnie wydobywamy ze znacznej głębokości. Oznacza to, że ten przedmiot w odpowiednim czasie po prostu spadł z nieba do oceanu, znalazł się na jego dnie, a później dzięki swojej niespotykanej wytrzymałości przetrwał w nieuszkodzonym stanie proces formowania się złoża rudy. Natomiast do odpowiedzi na pytanie „po co?” dojdziemy za chwilę.
                - Czy spadając z kosmosu nie powinien ulec spaleniu w atmosferze, jak większość meteorytów? – generał nie pozbył się jeszcze wątpliwości.
                - Pan generał ma zupełną rację co do tego, że drobne ciała niebieskie wpadające w atmosferę ziemską na ogół ulegają w niej spaleniu na skutek tarcia. – przyznał profesor. – Jest to jednak wynikiem tego, że trafiają one w naszą planetę pędząc z prędkością rzędu wielu tysięcy kilometrów na godzinę, co skutkuje rozgrzaniem do niezmiernie wysokiej temperatury poprzez kontakt z cząsteczkami gazów wchodzących w skład atmosfery. Na znalezionym przez nas przedmiocie nie ma jednak śladów nadtopienia ani nawet przegrzania. Naszym zdaniem świadczy to o tym, że ten obiekt nie trafił na Ziemię przypadkowo, lecz został na nią sprowadzony w sposób kontrolowany. Mówiąc po prostu, po zbliżeniu się do naszej planety wyhamował, a następnie łagodnie opadł na powierzchnię. Oznacza to, że jakieś inteligentne istoty celowo, w bezpieczny i kontrolowany  sposób, umieściły ten przedmiot na naszej planecie. Nasz zespół nie ma co do tego żadnych wątpliwości i w związku z tym, natychmiast po dojściu do powyższych wniosków zawiadomiliśmy kolegów z uniwersyteckiego zespołu badającego obce cywilizacje, gdyż uznaliśmy, że sprawa wykracza poza zakres geologii. Od tej pory badania prowadziliśmy wspólnie.
                Nikt z członków komitetu nie zgłaszał zastrzeżeń, gdyż tezy przedstawione przez profesora brzmiały logicznie i wiarygodnie.
                - Oczywiste jest, że gdy tylko doszliśmy do przekonania o pozaziemskim pochodzeniu naszego znaleziska podjęliśmy wszelkie możliwe badania mające na celu sprawdzenie, czy nie stanowi on zagrożenia. – kontynuował uczony. – W szczególności sprawdziliśmy czy nie emituje on jakiegoś rodzaju promieniowania. Jednak liczniki Geigera, ani inne dostępne dla nas czujniki niczego nie wykazały. Na tym etapie pomocny okazał się udział kolegów badających kosmos, który dysponują bardziej specjalistyczną aparaturą. Znów pominę szczegóły techniczne. Powiem najprościej, że zastosowano nietypowe detektory cząstek elementarnych, co dało efekt, nie waham się użyć tego słowa, sensacyjny. Otóż nasz przedmiot emituje nieznany dotychczas rodzaj promieniowania polegający na wysyłaniu nieznanych nam dotąd cząstek zbliżonych do mezonów. Tak jak promieniowanie beta to emisja elektronów, to odkryte przez nas promieniowanie jest emisją określonych, nieznanych nam cząstek elementarnych. Co najważniejsze, promieniowanie to nie odbywa się w przypadkowy sposób, lecz posiada modulowane natężenie. To natężenie zmienia się okresowo. Mówiąc po prostu, znaleziony przez nas przedmiot wysyła powtarzający się sygnał trwający dokładnie sto sześćdziesiąt dwie sekundy. Prawdopodobnie wysyła ten sygnał nieprzerwanie od czasu lądowania czyli od dziesiątek milionów lat. Nasz zespół jest zgodny co do tego, że jest to wiadomość, jaką chce nam przekazać obca cywilizacja. Kiedy tylko doszliśmy do tego przekonania pozwoliliśmy sobie powiadomić o tym pana prezydenta, gdyż uznaliśmy, że ranga wydarzenia tego wymaga.
                - Bezpośrednio po otrzymaniu raportu poleciłem podjąć próby odszyfrowania tej wiadomości. – potwierdził prezydent. – Oczywiście, nadałem sprawie klauzulę najwyższej tajności. Czy mam rozumieć, że są już jakieś wyniki?
                - Trudno mi w jednoznaczny sposób odpowiedzieć na to pytanie. – odrzekł profesor. – Wiadomość nie została odszyfrowana w ścisłym tego słowa znaczeniu ale, jak nam się wydaje, wiemy co tamci chcą nam przekazać.
                - Już wyjaśniam. – dodał widząc skonsternowane miny członków komitetu. – Po decyzji pana prezydenta poprosiliśmy o współpracę profesora uważanego za największy autorytet w dziedzinie kryptologii i łamania szyfrów. Kiedy został poinformowany o co chodzi z zapałem przystąpił do pracy. Nie muszę dodawać, że zadanie jest nieporównywalnie trudniejsze niż złamanie jakiegokolwiek ziemskiego szyfru. W tym drugim przypadku przynajmniej znana jest nam struktura wiadomości, jaką zaszyfrowano. W większości ziemskich języków występuje dwadzieścia kilka podstawowych dźwięków, którym odpowiadają litery. Z tego rodzaju klocków zbudowane są słowa odpowiadające poszczególnym pojęciom. W niektórych językach azjatyckich nie mamy osobnych liter lecz symbole oznaczające słowa. W każdym razie, w przypadku ziemskich wiadomości wiemy w jaki sposób są one zbudowane. Natomiast niczego nie wiemy o sposobie wymiany informacji przez obce cywilizacje, więc struktura ich wiadomości była zupełną niewiadomą.
                - Panie profesorze, - nie wytrzymał doradca prezydenta. – na miłość boską, niech nam pan oszczędzi wykładów z lingwistyki i niech pan powie co odczytano.
                - Jak powiedziałem, nie odczytano niczego w dosłownym tego słowa znaczeniu. – kontynuował uczony. – Profesor kryptologii poddawał wiadomość analizie przy pomocy specjalnych algorytmów komputerowych. Siedział nad tym cztery dni, a piątego nie pojawił się w pracy. Byliśmy zaniepokojeni i próbowaliśmy się z nim skontaktować telefonicznie ale bez skutku. W końcu wysłaliśmy kogoś pod jego adres. Okazało się, że w trybie pilnym sprzedał dom i zniknął. Przy pomocy agencji nieruchomości udało się ustalić, że nabył dom, lub dokładniej mówiąc, drewnianą chatkę na pewnej tropikalnej wyspie i tam się przeprowadził. Ponieważ nie było z nim kontaktu, a sprawa miała wiadomą wagę, wysłaliśmy na ten archipelag delegację. Znaleźli profesora na plaży. Na ich pytania oświadczył, że nie ma nic do powiedzenia, a kryptologia przestała go w ogóle interesować. W żaden sposób nie dał się nakłonić do powrotu do pracy.  Wobec tego nie mieliśmy innego wyjścia jak poprosić o rozszyfrowanie wiadomości innego profesora, również uznawanego za autorytet od szyfrów. Niestety, sytuacja się powtórzyła. Nowy specjalista z zapałem przepracował kilka dni, a następnie zniknął. Tym razem udało nam się ustalić, że również sprzedał dom, kupił motor i od tej pory jeździ na nim po całym kontynencie. Z nami nie chce rozmawiać. Oświadczył jedynie, że na kryptologię zmarnował już dość czasu.
                - Czy to może oznacza, że ci obaj eksperci ulegli frustracji nie mogąc poradzić sobie z szyfrem i na skutek tego zniechęcili się do uprawianej dziedziny? – wyraził przypuszczenie prezydent.
                - Taka możliwość sama się nasuwa i, oczywiście, braliśmy to pod uwagę. – odpowiedział profesor. – Jednak jest mało prawdopodobne aby obaj zniechęcili się tak szybko. Praca nad złamaniem każdego szyfru trwa długo, więc dziwne byłoby aby ci specjaliści poddali się już po kilku dniach. Wzięliśmy pod uwagę możliwość wręcz odwrotną. Założyliśmy, że skoro obcy chcieli nam przekazać jakąś wiadomość, to nie szyfrowali jej w sposób utrudniający odczytanie, lecz przeciwnie, zakodowali ją tak, aby inne inteligentne istoty były w stanie ją łatwo odkodować. Wobec tego zastanawialiśmy się, czy obaj profesorowie czasem nie odczytali wiadomości, a jej treść nie skłoniła ich do porzucenia dotychczasowego trybu życia.  Wiadomość mogła, na przykład, informować, że wkrótce nastąpi katastrofa, która zniszczy naszą planetę. W tej sytuacji nasi eksperci doszli do wniosku, że trzeba pozostały czas spędzić w przyjemny sposób.
                - Rzeczywiście, nie można wykluczyć takiej możliwości. – przyznał doradca prezydenta. – To oznaczałoby jednak tragedię, której nie dałoby się zapobiec. Nie wiemy nawet jaki rodzaj kataklizmu nam zagraża, a tym bardziej jak go powstrzymać.
                - Na szczęście, naszym zdaniem taką hipotezę należy odrzucić. – stwierdził profesor. – Po pierwsze, dysponujemy profilami psychologicznymi obu kryptologów. Obaj cechowali się wysokim poziomem odpowiedzialności i profesjonalizmu, hmm… przynajmniej do ostatnich wypadków.  W każdym razie, psychologowie są zdania, że gdyby powzięli wiedzę tego rodzaju, to nie zachowaliby jej egoistycznie dla siebie lecz powiadomiliby odpowiednie władze.
                - Może doszli do wniosku, że skoro katastrofa jest nieunikniona, to  nie ma sensu nikogo powiadamiać, gdyż spowodowałoby to jedynie wybuch paniki. – wyraził przypuszczenie prezydent. – Postanowili zatem dać ludzkości możliwość przeżycia swoich ostatnich dni w zwykły, spokojny sposób.
                - To rozsądne przypuszczenie. – przyznał uczony. – Jednak odrzuciliśmy je ze względu na rachunek prawdopodobieństwa. Gdyby tak było, to obca cywilizacja musiałaby już czterdzieści milionów lat temu znać dokładny termin zagrażającej nam zagłady, a wysłany przez nią przedmiot emitowałby tę wiadomość przez cały ten czas, znajdując się najpierw na dnie oceanu, a następnie we wnętrzu skały. Jest zupełnym przypadkiem, że odkryliśmy go akurat w tym momencie, i jest nieprawdopodobne aby to odkrycie mogło nastąpić tuż przed zapowiadanym terminem kataklizmu.
                - Nieprawdopodobne historie się zdarzają… - stwierdził generał.
                - Na szczęście dysponujemy innym dowodem na to, że w tym wypadku tak się nie stało. – powiedział profesor. – Obaj eksperci mieli współpracowników, młodych doktorantów, dwudziestotrzyletnią kobietę i o rok starszego mężczyznę. Te osoby nie pracowały bezpośrednio nad rozszyfrowaniem wiadomości, nie mogły zatem poznać jej treści tą drogą. Zetknęły się jedynie przelotnie z badanym przedmiotem pomagając profesorom w przygotowaniu badań. Wkrótce po tym, podobnie jak ich szefowie, porzucili pracę. Ta dziewczyna obecnie występuje jako wokalistka w zespole rokowym, a chłopak kupił małą winnicę i zajął się produkcją wina.  Pragnę jeszcze raz wyraźnie podkreślić, że ta dwójka nie  miała okazji pracować nad rozkodowaniem sygnału emitowanego przez znaleziony w kopalni przedmiot. Nasz zespół po analizie powyższych faktów doszedł do następujących wniosków. Ten metaliczny cylinder nie emituje informacji, którą dałoby się zapisać w postaci liter i słów. Przekazuje on natomiast w jakiś podświadomy sposób wiadomość, którą są w stanie zrozumieć istoty inteligentne. Treść tej wiadomości sprowadza się w przybliżeniu do rady: realizuj swoje marzenia, nie marnuj czasu na nic innego.
                Profesor spojrzał na twarze członków komitetu i dostrzegł na nich akceptację dla swojej tezy, ale również zaskoczenie pomieszane z przestrachem. Po chwili milczenia zabrał głos prezydent:
                - Cóż, wydaje się, że trudno odmówić panu racji, profesorze. Musimy w takim razie zdecydować co robić w takiej sytuacji. Osobiście uważam, że nasz kraj stanął przed poważnym zagrożeniem. Jeśli ta wiadomość się rozejdzie i wszyscy, zamiast wypełniać swoje obowiązki wobec państwa, zaczną realizować swoje marzenia to czeka nas upadek. Musimy znaleźć sposób aby temu zapobiec.
                - Czy nie dałoby się zbadać wnętrza tego przedmiotu? – nieśmiało zasugerował szef agencji badań kosmosu. – Takie znalezisko to coś, co zapewne więcej się nie powtórzy.
                - Nasz zespół nie rekomenduje takiej próby. – odparł profesor. – Pomijam nawet to, że ze względu na odporność powłoki, do jej pokonania należałoby użyć tak brutalnych metod, że najprawdopodobniej w trakcie otwierania wnętrze uległoby zniszczeniu. Bardziej istotne jest to, że mamy do czynienia z produktem obcej cywilizacji stojącej na wyraźnie wyższym od naszego poziomie, która najwyraźniej nie życzy sobie abyśmy dostali się do wnętrza tego cylindra. Ci obcy zbudowali urządzenie emitujące wiadomość dla nas, a następnie zabezpieczyli je absolutnie nierozbieralną osłoną. Gdyby ich intencją było umożliwienia nam dostania się do środka to obudowa skonstruowana byłaby w inny sposób. Obawiamy się, że jest wręcz przeciwnie, to znaczy, że ten przedmiot zawierać może jakieś środki obrony, które zostaną aktywowane podczas próby otwarcia. Już tę drobną próbkę z samego końca pobieraliśmy z duszą na ramieniu.
                - Rzeczywiście, ryzyko jest znaczne. – przyznał z rezygnacją szef agencji kosmicznej.
                - Interesuje mnie ten materiał – odezwał się generał – a zwłaszcza jego wytrzymałość.
                - Jak się domyślam, pan generał na myśli pancerze dla czołgów odporne na ataki wroga. – powiedział profesor. – My widzimy szereg innych zastosowań. Proszę sobie wyobrazić mosty, które zamiast potężnych kratownic i pylonów mają konstrukcję wyglądającą na utkaną z nici pajęczej. Gdybyśmy opanowali technologię produkcji tego materiału to byłoby możliwe. Ale do tego droga daleka. Wiemy, że taki materiał istnieje i znamy jego właściwości. Nie wiemy jednak na razie jak go wytworzyć. Znowu nasuwa się analogia do diamentu. Od chwili gdy ludzkość poznała diament do chwili opracowania technologii produkcji syntetycznych diamentów minęło sporo czasu. Jednak mamy próbkę i będziemy nad tym pracować.
                - OK. – stwierdził generał. – Będę z zainteresowaniem śledził postępy tych prac. Natomiast co do tego całego kosmicznego cylindra, to zgadzam się z prezydentem, że stanowi on poważne zagrożenie. Gdyby wszyscy zaczęli realizować swoje marzenia zamiast wypełniać rozkazy, to nasza armia straciłaby wartość bojową. Co prawda, jest trochę ludzi, którzy marzą o służbie w wojsku, ale obawiam się że zbyt wielu dywizji byśmy z nich nie sformowali. Tak sobie myślę, może by to cholerstwo jakoś podrzucić naszym nieprzyjaciołom? Niech ich obywatele rzucają wszystko i przestają wypełniać obowiązki. Wtedy my bez trudu zaprowadzimy w świecie właściwy porządek.
                - Moim zdaniem to byłoby zbyt ryzykowne. – orzekł prezydencki doradca. – W ten sposób stracilibyśmy kontrolę nad tym przedmiotem. Tamci mogliby się szybko zorientować w czym rzecz i w jakiś perfidny sposób wykorzystać go przeciwko nam.
                - Racja. – zgodził się generał. – Proponuję przetransportować to draństwo na poligon, gdzie przeprowadza się podziemne próby nuklearne, położyć koło jakiejś bomby wodorowej i zdetonować.
                - Ależ panowie, - zaprotestował szef agencji badan kosmosu. – Mamy do czynienia z przedmiotem o niecenionej wartości naukowej.
                - Proponuję kompromisowe rozwiązanie. – odezwał się prezydent. – Jako przywódca wybrany przez naród do dbania o jego dobro, nie mogę zgodzić się na to żeby jakieś nieodpowiedzialne, głupie ludzkie marzenia zagroziły potędze naszego kraju. Z drugiej strony nie powinniśmy niszczyć definitywnie tego przedmiotu, który los przekazał w nasze ręce. Wydam polecenie aby został zatopiony w oceanie. Tę misję musi wykonać jak najmniejsza liczba osób, gdyż po kontakcie z tym cylindrem staną się nieprzydatni dla dalszej służby. Zapewne zajmą się obserwacją ptaków albo zaczną zbierać znaczki pocztowe. Musimy poświęcić kilku aby ocalić naród. Informacja o współrzędnych miejsca, w którym ten przedmiot zostanie zatopiony będzie ściśle tajna, zapisana w jedynym egzemplarzu raportu przeznaczonym tylko do wiadomości prezydenta. Gdyby któryś z moich następców doszedł do wniosku, że osiągnięty został postęp naukowy pozwalający na dalsze badania nad tym kosmicznym cylindrem, to technologie przyszłości umożliwią z pewnością jego łatwe odszukanie. A gdyby żaden z moich bliskich następców nie zdecydował się na poszukiwania, to jakiś następca po czterdziestu milionach lat znajdzie go w kopalni.
                Członkowie komitetu uznali, że propozycja prezydenta jest słuszna i uznali ją za własną. Na koniec prezydent zwrócił się do profesora:
                - Chciałbym panu i innym członkom pana zespołu przekazać serdeczne podziękowania za pracę, jaką wykonaliście dla dobra kraju. Wasze zasługi muszą pozostać w tajemnicy, ale my wiemy ile wam zawdzięczamy. Mam nadzieję na owocną współpracę przy kolejnych zleceniach rządowych.
                - Uprzejmie dziękuję za miłe słowa, panie prezydencie – powiedział profesor – ale to było ostatnie zlecenie, jakie zrealizowałem dla rządu. Poczucie obowiązku i szacunek dla panów kazały mi zreferować dzisiaj nasze wnioski. Proszę jednak pamiętać, że ja oraz członkowie mojego zespołu pozostawaliśmy  w kontakcie z tym przedmiotem. Postanowiliśmy wspólnie zakupić jacht i w przyszłym tygodniu wypływamy w rejs dookoła świata. Kiedy trochę potrenujemy, wystartujemy w regatach wokół globu. Marzyliśmy o tym od zawsze.








środa, 14 sierpnia 2019

Program


Program
                W miarę zbliżania się terminu kolejnych wyborów coraz większa grupa ludzi dochodziła do wniosku, że żadna z partii politycznych nie reprezentuje w pełni ich poglądów. Istniejące partie koncentrowały się na stawianiu sobie wzajemnych zarzutów zamiast zająć się rozwiązywaniem realnych problemów społecznych.  Jeśli już sformułowany został jakiś program, to był on pomyślany głównie dla zyskania dodatkowych głosów drogą przekupienia określonej grupy wyborców.  Takie wartości jak zdrowy rozsądek, umiar czy zwykła przyzwoitość traciły coraz bardziej na znaczeniu.
                Znalazła się jednak grupa obywateli, która postanowiła to zmienić. Skrzyknięto się na forach internetowych i powołano Partię Sprawiedliwości Społecznej. Jak sama nazwa wskazuje, celem tej nowej formacji politycznej nie miała być cyniczna walka o władzę i związane z nią profity lecz wprowadzenie takiej polityki, która ludziom pracowitym i prawym gwarantowałaby uczciwe dochody adekwatne do pracy jaką wykonują na rzecz społeczeństwa.  Aby przełożyć  te szczytne zamiary na język praktyki założyciele Partii Sprawiedliwości Społecznej zorganizowali kongres programowy. W odróżnieniu od innych partii, nie trwoniono pieniędzy na baloniki, oprawę muzyczną i inne atrybuty kampanii w amerykańskim stylu lecz zaproszono ekspertów do rzeczowej debaty.
                Siłą rzeczy osią dyskusji stał się program 500+, który w ostatnich latach decydował w znacznej mierze o wynikach wyborów. Uczestnicy kongresu byli zgodni co do tego, że program w obecnej wersji nie czyni zadość wymogom sprawiedliwości społecznej.  Mówcy zadawali pytanie czy to jest w porządku aby po pięćset złotych otrzymywali tylko ci, którzy aktualnie wychowują dzieci.  Przecież znaczna część społeczeństwa wychowała dzieci w przeszłości, kiedy warunki materialne były trudniejsze. Dlaczego zatem korzyści z programu odnosić mają tylko ci, którzy i tak mają łatwiej niż rodzice sprzed lat? W głosowaniu podjęto uchwałę, że tym, którzy wychowali dzieci w przeszłości powinna przysługiwać rekompensata w wysokości  500 zł miesięcznie za okres 18 lat czyli po 108 tysięcy złotych.  Pewne kontrowersje wzbudziła kwestia czy rekompensata powinna przysługiwać bez względu na to, kiedy dziecko wychowano. Dyskusja nie dotyczyła tego czy program ma obejmować dzieci wychowane w okresie zaborów, gdyż ze względów biologicznych osób, które wychowały dzieci przed 1918 rokiem już nie ma. Nikt z uczestników kongresu nie miał wątpliwości co do tego, że rekompensata należy się za dzieci wychowane w okresie międzywojennym, gdyż przyczyniało się to do umocnienia niepodległego państwa. Podobnie potraktowano dzieci z  okresu okupacji. Nikt nie kwestionował, że wychowywanie potomstwa w tym ponurym czasie było patriotycznym obowiązkiem mającym na celu utrzymanie biologicznej substancji narodu zagrożonego wyniszczeniem.  Wątpliwości pojawiły się w kwestii dzieci wychowanych w okresie PRL-u. Niektórzy mówcy argumentowali, że posiadanie potomstwa w tamtych latach było sprzeczne z polska racją stanu gdyż dostarczało jedynie siły roboczej imperium sowieckiemu oraz mięsa armatniego armiom Układu Warszawskiego. Mniej zacietrzewieni dyskutanci wskazywali, że jeśli dzieci z okresu okupacji zostaną potraktowane inaczej niż dzieci z okresu PRL, to pojawią się  problemy praktyczne w rozgraniczeniu tych dwu epok. Wojna w Europie skończyła się formalnie 8 maja 1945 roku, ale przecież co najmniej od manifestu z 22 lipca 1944 można było spodziewać się, że nasz kraj znajdzie się w radzieckiej strefie wpływów. Z drugiej strony, co najmniej do wyborów w 1948 roku i do wyjazdu z kraju premiera Mikołajczyka co niektórzy mogli się łudzić, że sprawy potoczą się inaczej.  Ostatecznie przeważył argument, że rekompensata należy się wstecz za każde dziecko, niezależnie od daty urodzenia, gdyż pozbawienie jej roczników wyżu demograficznego z lat 50-tych XX wieku mogłoby się spotkać z nieprzyjaznym odbiorem społecznym.
                Kolejni mówcy zwrócili uwagę na to, że program 500+ w obecnej postaci nie rozwiązuje problemów demograficznych gdyż nie spowodował znaczącego wzrostu liczby urodzin.  W dyskusji zgodzono się co do tego, że winę za taki stan rzeczy ponoszą ci, którzy nie mają dzieci. Aby temu zaradzić podjęto uchwałę wzywającą do wypłaty 108 tysięcy złotych z góry wszystkim dorosłym, którzy dzieci na razie nie mają. Beneficjenci będą zobowiązani do postarania się o  dziecko w okresie do pięciu lat, a jeśli nie spełnią tego wymogu to będą musieli zwrócić dotację wraz z karnymi odsetkami. Takie uregulowania prawne powinny zmobilizować do działania osoby nie doceniające znaczenia prokreacji dla narodu.
                Obecni na kongresie eksperci z zakresu ekonomii zwrócili uwagę na konieczność oszacowania kosztów proponowanych programów oraz potrzebę zapewnienia źródeł finansowania. Uzgodniono, że odpowiedzialna partia powinna raczej  przeszacować niż  niedoszacować koszty gdyż tak będzie bezpieczniej dla budżetu.  Przyjęto zatem, że 108 tysięcy złotych zostanie wypłacone każdemu, gdyż w tym przypadku rzeczywiste  koszty z pewnością nie przekroczą prognozowanych. Po pomnożeniu 38 milionów obywateli przez 108 tysięcy uzyskano wynik 4 biliony 104 miliardów złotych.  Celem ustalenia ile zer ma bilion poproszono o pomoc uczestniczących w kongresie matematyków. Eksperci, jak to eksperci, skomplikowali sprawę mówiąc, że to zależy od kraju, gdyż na świecie występują różne systemy. Ostatecznie uzgodniono, że chodzi o dwanaście zer po czwórce i ze zgromadzeniem takiej sumy kongres programowy musi się zmierzyć. Pośród dyskutantów znaleźli się ekonomiści, którzy kwestionowali konieczność zabezpieczenia środków w pełnej wysokości. Argumentowali, że dodrukowanie pieniądza bez pokrycia spowoduje wzrost inflacji co pomoże polskim sklepom w walce z dużymi sieciami handlowymi, znajdującymi się, jak wiadomo, w rękach obcego kapitału. Albowiem w warunkach wysokiej inflacji w czasie potrzebnym na pokonanie odległości od półek do kasy w hipermarkecie ceny będą wzrastać na tyle, że klientom bardziej opłaci się kupować w małych sklepach, w których do kasy można dotrzeć szybko. Większość uczestników kongresu   nie podzieliła jednak takich poglądów.  Rozpatrywano różne dodatkowe źródła finasowania. W rezultacie uchwalono, że środki na realizację  programu można uzyskać wstrzymując dofinasowanie do wymiany pieców węglowych na bardziej nowoczesne. Uznano za oczywiste, że środki przeznaczane na walkę z emisją dwutlenku  węgla są marnowane. Jeśli bowiem uwierzyć, że powodem ocieplenia klimatu jest wzrost emisji tego gazu, to nie należy ograniczać jego emisji lecz, wręcz przeciwnie, należy ją zwiększać. Zwiększenie emisji spowoduje taki wzrost temperatury, że palenie w piecach stanie się niepotrzebne, i problem dwutlenku węgla rozwiąże się sam. W kontekście kryzysu klimatycznego za szczególnie szkodliwą uznano walkę ze smogiem. Zdrowy rozsądek podpowiada, że jeśli w atmosferze znajdzie się wystarczająca ilość dymu to energia słoneczna nie będzie docierać do powierzchni planety i klimat się ochłodzi. Istnieją na to twarde dowody naukowe. W 1883 roku nastąpiła erupcja wulkanu Krakatau, który wyrzucił do atmosfery tyle pyłu, że w nadchodzących latach nastąpił spadek średnich temperatur na Ziemi. Przedstawiono wyliczenia wskazujące, że jeśli pozostawić kopciuchy w spokoju, to poradzą sobie one z globalnym ociepleniem lepiej niż jakiś tam indochiński wulkan. Główny efekt finansowy wstrzymania dofinasowania dla wymiany pieców nie będzie jednak polegał jedynie na zaoszczędzeniu środków marnowanych do tej pory na ten cel.  Badania naukowe dostarczają dowodów na to, że smog powoduje skrócenie średniego czasu życia, co ma kolosalny, korzystny wpływ na budżet.  Każdy rok skrócenia życia na emeryturze przynosi wielkie oszczędności w postaci zmniejszenia dotacji dla ZUS. Dodatkowo rozwiąże to problemy służby zdrowia, bo jak wiadomo kolejki do lekarzy specjalistów powodowane są głównie przez emerytów, którzy z nudów łażą po przychodniach i zawracają głowę, że im strzyka w plecach. Skrócenie średniego czasu życia zlikwiduje kolejki do lekarzy oraz radykalnie ograniczy wydatki na ochronę zdrowia. Podjęto uchwałę, na mocy której po wygranych wyborach specjaliści z Akademii Medycznych we współpracy ze specjalistami z Politechnik zobowiązani będą do obliczenia ilości pyłu zawieszonego w powietrzu koniecznej do zredukowania  średniego czasu pobierania emerytury do poziomu dwu lat.
                Sformułowany program uznano za spójny i spełniający wymogi sprawiedliwości społecznej. Wszyscy zostaną objęci programem 500+, problem ocieplenia klimatu zostanie rozwiązany z korzyścią dla miejsc pracy w przemyśle węglowym, a przy okazji znikną kłopoty ze służbą zdrowia.
                Niestety, sondaże opinii publicznej przeprowadzane po ogłoszeniu programu Partii Sprawiedliwości  Społecznej nie wykazały wzrostu poparcia dla tej formacji. Społeczeństwo mamione od lat populizmem okazało się niegotowe na akceptację nowatorskich  rozwiązań zrywających z dotychczasową, złą praktyką.

niedziela, 14 lipca 2019

Okazyjny zakup


Okazyjny zakup
                                                                                                                                                                                                            Vjera Lovanovic nie kierowała się sentymentami w życiu ani, tym bardziej, w biznesie.  Zaczynała praktycznie od zera, a do obecnej pozycji doszła dzięki temu, że w interesach umiała być bezwzględna kiedy sytuacja tego wymagała. Dzięki temu uznała, że stać ją obecnie na odrobinę luksusu w postaci willi  nad morzem. Luksus luksusem, a swoją drogą w sferach, w których się obecnie obracała posiadanie rezydencji na dalmatyńskim wybrzeżu było niemal obowiązkowe, gdyż stanowiło dowód na sukces w biznesie. Większość ludzi zaczęłaby od przeglądania ofert biur nieruchomości aby znaleźć dom, który im się spodoba. Vjera zaczęła od poszukiwania domu w okazyjnej cenie.  Zasadniczo chciała kupić willę dla przyjemności ale zbyt długo tkwiła już w interesach aby nie zakładać, że kiedyś posiadłość jej się znudzi, a wtedy dobrze byłoby sprzedać ja z zyskiem. Oczywiście, nie należała do naiwnych, którzy dają się nabrać na zakup nieruchomości pozornie atrakcyjnej ale obarczonej jakąś wadą prawną.  Przeglądnęła oferty biur nieruchomości oraz strony internetowe zawierające ogłoszenia o sprzedaży domów i sporządziła listę posiadłości jakie według jej rozeznania były wystawione na sprzedaż w cenie dostrzegalnie niższej od średniej w danej okolicy. Weryfikację listy zleciła prawnikowi. Jak można było oczekiwać, w kilku przypadkach kwestie własności były nie do końca klarowne bo toczyły się sprawy spadkowe lub rozwodowe, niektóre domy nie miały czystej hipoteki, znalazł się nawet jeden przykład zagrożenia  przymusową rozbiórką bo willę zbudowano nielegalnie.  Dopiero gdy lista zawierała wyłącznie pozycje o klarownej sytuacji prawnej Vjera siadła w swojego Range Rovera, wpisała adresy w nawigację  i pojechała w objazd na oględziny. Jak zwykle większość domów wyglądała znacznie gorzej niż na zdjęciach. Interpretacja niektórych opisów też okazała się specyficzna. Na przykład wyszło na jaw , że „willa niebanalnie zlokalizowana” stoi  pomiędzy stacją benzynową a targowiskiem. Trafiła się tylko jedna perełka w postaci rezydencji, która sprawiała wrażenie lepsze niż można się było spodziewać na podstawie ogłoszenia.  Był to dom stojący na kilkunastometrowej, wapiennej skale, z której roztaczał się widok na położony u podnóża port oraz stare miasteczko. Dojazd wiódł drogą biegnącą pośród drzew figowych i oleandrów, które w miły sposób izolowały posiadłość od sąsiednich zabudowań.  Vjera zaparkowała samochód i przez dłuższy czas spacerowała wokół domu szukając jakichś niedogodności. Żadnego haczyka jednak nie znalazła. Doszła do wniosku, że to jest okazja, o jaką jej chodzi. Wybrała na smartfonie numer zamieszczony w ogłoszeniu. Po kilku sygnałach telefon odebrał mężczyzna o miłym głosie.
                - Dzwonię w sprawie ogłoszenia o sprzedaży domu. – powiedziała. – Czy to jeszcze aktualnie?
                -Tak, jeszcze aktualne, chociaż muszę powiedzieć, że zainteresowanie jest duże.
                To jej akurat nie zdziwiło. Każdy sprzedający tak twierdzi, ale w tym przypadku mogło to polegać na prawdzie.
                - Czy wobec tego możemy się spotkać?
                - Kiedy i gdzie? – mężczyzna był konkretny.
                - Jestem akurat pod tym domem. Wybrałam się aby obejrzeć  go od zewnątrz. Czy jest pan w pobliżu aby w niedługim czasie podjechać?
                - Będę za piętnaście minut. – facet wciąż był rzeczowy. – Przyjadę niebieskim Golfem.
                - W takim razie czekam pod bramą. – zakończyła rozmowę Vjera.
                - Golf? – pomyślała. – Raczej słabo jak na właściciela takiej willi. Ale to może znaczyć, że gość potrzebuje pieniędzy i wyprzedaje odziedziczony majątek.
                Niebieski Volkswagen pojawił się o zapowiedzianej porze. Wysiadł z niego mężczyzna około pięćdziesiątki, szpakowany i, jak oceniła Vjera, dość przystojny. W każdym razie miał ujmujący uśmiech. Zademonstrował go przedstawiając się:
                - Davor Bjelica – wyciągnął rękę i ścisnął jej dłoń, stanowczo, po męsku ale z wyczuciem, tak aby nie zmiażdżyć jej delikatnych palców.
                - Vjera Lovanovic. Miło pana poznać.
                - Zapraszam do środka.
                Wyjął z kieszeni klucze i otworzył furtkę.  Dom zbudowany był z miejscowego kamienia i nakryty spłowiałą, ceglastą dachówką. Obok okien  wisiały żaluzje ze spatynowanego drewna. Davor wprowadził Vjerę do holu, a następnie do salonu, z którego okien roztaczał się wspaniały widok na położony poniżej wzgórza port.  Zaproponował kawę i przygotował ją w ekspresie znajdującym się  w aneksie kuchennym przylegającym do salonu.  Pili na stojąco, trzymając filiżanki w ręku i podziwiając panoramę miasteczka.
                - Ten port istniał już w czasach rzymskich. – powiedział Davor. – A tę cytadelę na wzgórzu zawdzięczamy republice weneckiej.  Tamta bazylika została zbudowana pod panowaniem Bizancjum. – wskazywał kolejne budowle. – Można powiedzieć, że w tym małym miasteczku każde imperium zostawiło swój ślad.
                Przez chwilę opowiadał ze swadą o kolejnych zabytkach wskazując je przez szybę. Vjera przyznała w duchu, że słucha się go z przyjemnością. Była jednak doświadczoną negocjatorką i wiedziała, że nie należy ulegać urokowi partnera  przed ważnymi rozmowami biznesowymi.
                - Czy możemy obejrzeć dom? – przerwała mu w pewnym momencie.
                - Oczywiście – zgodził się Davor. – Przepraszam, znowu się zagadałem. To miejsce na ziemi mnie fascynuje. Opowiadając o nim zapominam o wszystkim innym.
                Poprowadził ją na piętro. Na górze znajdowały się cztery sypialnie  i dwie łazienki urządzone może nie według najnowszej mody ale gustownie i z zastosowaniem porządnych, ponadczasowych materiałów. Vjera wiedziała już, że ten dom jest tym,  którego szuka. Nie dawało jej jeszcze spokoju pytanie dlaczego właściciel sprzedaje go poniżej wartości. Nie zamierzała pytać  go wprost żeby nie uświadomić mu tego na wypadek gdyby po prostu nie do końca orientował się w cenach.
                - Nie żal panu sprzedawać tak pięknego domu? – zapytała dążąc do sedna okrężną drogą.
                - Żal, oczywiście. – odpowiedział. – Ale po prostu nie mam wyboru. Wiem, że podobne posesje oferowane są w tej okolicy za wyższą cenę, ale w takim wypadku zazwyczaj długo czekają na nabywcę. Zbyt długo jak dla mnie. Ja, niestety, potrzebuję pieniędzy pilnie.
                Powiedział to w sposób dający do zrozumienia, że nie zamierza zdradzać osobistych powodów jakie zmuszają go takiego kroku. W oczach Vjery dodało mu to wiarygodności. Pomyślała, że każdy oszust miałby gotową, ckliwą opowieść o umierającej na rzadką chorobę córce, którą uratować może jedynie pilna i kosztowna operacja w Ameryce.  Uznała, że to prawdziwa okazja i zdecydowała zamknąć transakcję zanim ubiegnie ją ktoś inny.
                - Myślę,  że się porozumiemy. – rzekła. – Ten dom spełnia moje oczekiwania. Jak rozumiem, o cenie możemy jeszcze podyskutować?
                - Przyznałem, że zależy mi na pilnej sprzedaży ale mam nadzieję, że nie zamierza pani tego wykorzystywać. Oboje wiemy, że cena już jest atrakcyjna. Aż tak mi się nie spieszy. Tym niemniej, chociaż nie jestem pośrednikiem w handlu nieruchomościami wiem, że w tego typu negocjacjach należy trochę ustąpić.  Mogę się zgodzić na pewien upust w stosunku do ceny podanej w ogłoszeniu. Niech będzie dwa procent.
                - Dziesięć?
                - Bez żartów. Mogę się zgodzić na cztery. Ale to jest moje ostatnie słowo.
                Ostatecznie zgodzili się na pięć procent. Uścisnęli sobie dłonie.
                - Jeśli jest pani zdecydowana, Vjero – powiedział Davor – to proponuję podpisać umowę przedwstępną. Następnie uzgodnimy termin u notariusza. Mam tu wzór umowy, który ściągnąłem z internetu.
                Vjera była doświadczona w interesach więc pomimo podekscytowania wynikającego z okazyjnego zakupu pięknej willi poprosiła o chwilę czasu na przejrzenie umowy. Zeszli do salonu. Davor przygotował kolejną kawę, a Vjera zasiadła z nią na sofie i starannie przeczytała dokument. Rzeczywiście, był to standardowy format umowy przedwstępnej. Identyfikował nieruchomość, określał strony umowy i stwierdzał, że wyrażają one intencję dokonania transakcji kupna-sprzedaży za określoną cenę.  Kupująca zobowiązuje się do zapłaty zadatku w wysokości 10% wartości domu, który to zadatek przepada na rzecz sprzedającego w wypadku gdyby wycofała się ona z transakcji. Natomiast gdyby sprzedający nie wywiązał się z obietnicy sprzedaży zobowiązany jest do zwrotu zadatku w podwójnej wysokości. Ostatnia klauzula stwierdzała, że umowa ulega rozwiązaniu jeśli zadatek nie zostanie wniesiony w ciągu trzech dni od jej podpisania.
                - Ten ostatni paragraf sam dopisałem. – przyznał Davor. – Jak mówiłem, zależy mi na szybkiej sprzedaży i chciałbym uniknąć sytuacji, że ktoś po podpisaniu umowy przedwstępnej  będzie zwlekał z jej realizacją i w ten sposób mnie zablokuje.
                - To nie wchodzi w grę w moim przypadku. – powiedziała Vjera. – Otrzyma pan przelew pięć minut po podpisaniu umowy. Mój bank dostarczył mi odpowiednią aplikację na smartfona. To jak, podpisujemy?
                Złożyli podpisy na dwu egzemplarzach. Zaraz po tym Vjera, zgodnie z zapowiedzią sięgnęła po telefon i zleciła przelew. Powtórnie uścisnęli dłonie dla potwierdzenia transakcji.
                - Nie obejrzeliśmy jeszcze ogrodu. – stwierdził Davor.
                - Widziałam co nieco przez płot. – odrzekła Vjera. – Ale chętnie obejrzę dokładniej moją, czy raczej niemal moją posiadłość.
                Przez taras wyszli do ogrodu. Z domem sąsiadował równy trawnik,  szmaragdowo-  zielony  pomimo panujących od kilkunastu dni upałów. Przy ogrodzeniu rosły oleandry, a poniżej nich kępy lawendy i krzewy rozmarynu. Od strony górującego nad morzem urwiska ogród zamknięty był solidnym parkanem zabezpieczającym nieostrożnych spacerowiczów przed upadkiem ze skarpy.
                - W ogłoszeniu była mowa o prywatnej plaży przynależnej do domu. – przypomniała Vjera.
                - Zgadza się. – potwierdził Davor. – Plaża leży tam, poniżej klifu. Jest żwirowa i dobrze położona, bo do południa pada na nią słońce, które następnie zachodzi za skały, więc w drugiej części dnia upał nie dokucza. Schodzi się przez tę furtkę – wskazał na przejście w parkanie. – Niestety, dzisiaj na plażę nie zejdziemy. Schodzi się schodami wykutymi w skale z poręczą od strony wody. Ta poręcz w jednym miejscu się obruszała. Nie chciałem mieć na sumieniu nowego właściciela domu więc w zeszłym tygodniu zleciłem miejscowemu fachowcowi naprawę.  Już zamocował poręcz jak należy ale jeszcze nie oddał mi kluczy do furtki. Pewnie jest pani ciekawa aby tę plażę zobaczyć. Wiem co zrobimy. Mój znajomy, Vladko,  posiada łódź i zarabia przewożeniem turystów po morzu. Ponieważ sezon jeszcze się nie zaczął na razie nie ma wiele do roboty i , jak go znam, siedzi w kafejce przy porcie i popija rakiję.
                Sięgnął po telefon i wybrał numer.
                - Vladko? Tu Davor.  Jesteś wolny? Chciałbym żebyś podwiózł łodzią pewną damę do mojej plaży. A raczej do jej plaży, bo właśnie podpisaliśmy umowę przedwstępną na sprzedaż domu.
                Przez chwilę słuchał w milczeniu. Na koniec rzekł:
                - OK. Ona zaraz będzie w porcie. Przyjedzie Range Roverem.
                Vjera była nieco zaszokowana faktem, że Davor organizuje jej przejażdżkę nie pytając jej o zdanie, ale nie protestowała. Uznała, że to  miłe z jego strony, a poza tym miała ochotę obejrzeć swoją prywatną plażę.
                - Proszę zjechać autem do portu. Vladko czeka tam na panią. Ma około pięćdziesiątki i szpakowatą brodę. Zresztą pozna panią po samochodzie.  Nikt z mieszkańców nie jeździ tu Range Roverem, a na turystów jeszcze nie pora.
                - Dziękuję. Miło z pana strony, że pan to zorganizował.
                - Nie ma za co.
                Przerwał na chwilę, a następnie dodał:
                - Miło robić z panią interesy. Będziemy w kontakcie. Umówię termin u notariusza i skontaktuję się. A na razie do zobaczenia.
                - Do zobaczenia.             
                Vjera wsiadła w samochód i zjechała do portu. Na skraju nabrzeża czekał człowiek odpowiadający rysopisowi właściciela łodzi.
                - Jestem Vladko. – przedstawił się. – To w pani sprawie dzwonił Davor?
                - Tak, to ja.
                - W takim razie zapraszam na pokład.
                Poprowadził ją wzdłuż mola do miejsca gdzie cumowała niewielka motorówka. Miała krytą sterówką z dużymi oknami, a na odkrytej rufie kilka ławeczek. Vladko pomógł Vjerze zejść na chybotliwy pokład. Odcumował i odepchnął łódź od brzegu. Następnie zajął miejsce za sterem i uruchomił silnik. Diesel kilka razy parsknął, a następnie równomiernie zabulgotał. Woda za rufą spieniła się i motorówka skierowała się ku wyjściu z portu. Vjera stanęła obok sternika trzymając się jedną ręką uchwytu aby zachować równowagę na kołyszącej się łodzi.
                - Nie zapytałam ile będzie kosztować ta przejażdżka? – Vjera z doświadczenia wiedziała, że lepiej ustalić cenę za usługę zanim zostanie ona wyświadczona, aby później nie znaleźć się w niezręcznej sytuacji. Wiedziała, że ją stać niezależnie od tego co powie Vladko, ale nie lubiła przepłacać.
                - Płyniemy na prośbę Davora ale jakby pani dała sto kuna na paliwo, to się nie obrażę. Przed sezonem z kasą u mnie krucho.
                Vjera uznała cenę za rozsądną i nie zamierzała się targować. Suma nie miała znaczenia wobec ceny domu, jaki nabywa.
                - Czyli kupuje pani willę od Davora? – zapytał Vladko dla zagajenia rozmowy. – To świetny wybór. W okolicy nie ma ładniej położonej posiadłości.
                Dom znajdował się wprost przed dziobem łodzi. U jego podnóża fale tworzyły przybój rozbijając się o klif.
                - Za tą skałą – wskazał sternik – jest mała zatoczka z plażą.
                - Da się tam wpłynąć? – zapytała nieco zaniepokojona widokiem spienionych fal.
                - Zależy od pogody. Podczas sztormu byłby kłopot ale zazwyczaj nie ma problemu. Od tej strony, szczególnie przy zachodnim wietrze, wygląda to niebezpiecznie. – zrozumiał powód jej pytania. – Ale kiedy opłyniemy skałę będzie to wyglądało inaczej, zobaczy pani.
                Istotnie, kiedy okrążyli przylądek znaleźli się na znacznie spokojniejszych wodach. Fale niemal zamarły.
                - Czy przy plaży jest przystań? – zadała kolejne pytanie Vjera.
                - Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. – odpowiedział Vladko. – Jest tam tylko pachołek do cumowania. Można jednak podpłynąć pod sam brzeg, o ile ktoś zna te wody. Jest dostatecznie głęboko i nie ma żadnych podwodnych przeszkód.
                Sternik zmniejszył obroty. Łódka cicho zbliżała się do brzegu. Przed dziobem było teraz widać wejście do zatoczki, nad którym widniała willa. Nagle od tamtej strony rozległo się szczekanie psa, które przeszło w zawodzenie przypominające wycie wilka. Vladko drgnął i zbladł. Gwałtownie zakręcił kołem sterowym. Motorówka zatoczyła ciasny luk i zaczęła oddalać się od zatoczki.
                - Co się stało? – zapytała Vjera. – Nie dobijamy?
                - Nie. To zbyt niebezpieczne.
                - Przed chwilą mówił pan co innego. Przecież pogoda się nie zmieniła. Wiatr i fale są wciąż takie same.
                - To moja łódź, ja jestem na niej kapitanem i ja wiem najlepiej co jest bezpieczne, a co nie.
                - Wystraszył się pan psa, czy jak? Byłam w tym domu przed chwilą i wiem, że żadnego psa tam nie ma.
                - No właśnie. – mruknął Vladko.
                - Umawialiśmy się, że dowiezie mnie pan do plaży. – nie ustępowała Vjera. – W przeciwnym razie nie zapłacę tych stu kuna.
                - Niech je sobie pani zachowa.
                Vladko stał się nagle milczący. Bez słowa doprowadził łódź do portu, pomógł kobiecie wysiąść na brzeg, a następnie oddalił się kręcąc głową i mamrotając coś pod nosem. Nieco oszołomiona Vjera skierowała się do parkingu, na którym zostawiła auto. Po drodze mijała niewielką kafejkę stojącą naprzeciw nabrzeża, niemal pustą o tej porze dnia i roku. Wśród rozwiniętych parasoli stał mężczyzna w ciemnych spodniach i białej koszuli. Widząc nadchodzącą kobietę wykonał gest zapraszający do wnętrza. Vjera doszło do wniosku, że przed drogą powrotną nie zaszkodzi coś zjeść. Zatrzymała się u wejścia do lokalu.
                - Można u pana coś przekąsić?
                - Cokolwiek pani sobie zażyczy. Mamy najlepsze ryby w całej Dalmacji. Może pani coś wybrać z karty. Ale tak miły gość może zamówić coś specjalnego. Jestem właścicielem tej restauracji i polecę kucharzowi aby spełnił każde pani życzenie.
                Vjera zasadniczo nie lubiła nadmiernie namolnych sprzedawców i  oferentów usług ale ten człowiek sprawiał miłe wrażenie. Była głodna, a nic nie wskazywało na to, że można lepiej zjeść w innym lokalu w tym miasteczku.
                Właściciel wskazał jej stolik, a następnie pomógł wybrać danie z karty. Na chwilę zniknął aby przekazać zamówienie do kuchni, ale wkrótce pojawił się z kieliszkiem na tacy.
                - Poczęstunek na koszt firmy w oczekiwaniu na danie główne. – powiedział stawiając kieliszek na stole. – Miejscowe białe wino. Dobre na apetyt.
                Gości w lokalu było niewielu i właściciel wyraźnie się nudził. Zapytał czy może się  na chwilę przysiąść. Vjera nie miała nic przeciwko temu aby z kimś porozmawiać czekając na posiłek.
                - Widzę, że była pani na przejażdżce po morzu z Vladkiem. – zagaił. – Mam jednak wrażenie, że coś poszło nie tak. Vladko odszedł z dziwną miną.
                - Sama nie rozumiem co się stało. Miał mnie zawieźć do plaży należącej do willi, którą kupuję.  Byliśmy już blisko kiedy nagle zawrócił. To brzmi śmiesznie, ale mam wrażenie, że przestraszył się szczekania psa, które usłyszeliśmy od strony domu.
                Wyraz twarzy restauratora uległ zmianie co nie uszło uwagi Vjery.
                - O co chodzi z tym psem? – zapytała gwałtownie. – Sama jestem zdziwiona, bo byłam chwilę przedtem w willi i wiem, że psa tam nie było.  Tymczasem szczekanie dobiegało wyraźnie od tej strony.  Pan coś wie na ten temat. Widzę po pańskiej minie. Proszę mi wyjaśnić o co chodzi.
                - Takie tam ludzkie gadanie. – wymamrotał – To mała miejscowość, poza sezonem ludzie się nudzą, to opowiadają głupoty.
                - Co takiego opowiadają?
                - To taka miejscowa, miejska legenda. Pani kupuje willę od Davora, prawda? Ten dom został zbudowany przed wojną przez bogatą rodzinę. Zamieszkało tam  małżeństwo  z dzieckiem i psem.  Pewnego dnia u doszło do tragedii. Dziecko spadło z klifu i zabiło się. Ojciec podejrzewał, że uciekało przed psem, który się na nie rzucił, więc zastrzelił psa. Nikt nie wie jak było naprawdę. Po tej tragedii małżeństwo sprzedało dom rodzinie Davora i wyprowadziło się. Nikt tam od tej pory nie mieszkał na stale. Davor wynajmuje dom turystom na sezon. A ludzie, jak to ludzie. Zaczęli gadać, że od czasu do czasu z tego domu słychać szczekanie psa. Niech się pani nie przejmuje, to takie plotki.
                - Sama słyszałam…-z namysłem powiedziała Vjera.
                - Nikomu to gadanie nie przeszkadzało. Taka legenda nawet przyciąga turystów. Wiadomo, że zamki posiadające ducha cieszą się większym zainteresowaniem. Więc wszystko było w porządku aż do zeszłego roku.
                - Co się stało w zeszłym roku? – zapytała z napięciem kobieta.
                - Nikt tu tego pani nie powie. – odrzekł właściciel lokalu. – Rozumie pani, miasteczko żyje z turystów. Nikomu nie zależy aby takie historie zyskiwały rozgłos, bo ludzie zaczęliby omijać to miejsce.
                - Jakie historie? – zapytała Vjera z napięciem.
                Mężczyzna pokręcił głową. W tym momencie podano zamówione danie. Vjera jadła rybę nie czując smaku. Myślami była przy domu, na zakup którego wpłaciła zadatek. Na koniec, regulując rachunek, zwróciła się do restauratora:
                - Musi mi pan wyjaśnić o co chodzi.
                - Proszę zrozumieć, nie mogę. Byłbym tutaj skończony. Miejscowe władze i mieszkańcy  doprowadzili nawet do tego, że nic nie trafiło do mediów. Wchodzi w grę reputacja tego miejsca jako wakacyjnego kurortu. Idzie o duże pieniądze.
                - Niech pan zrozumie mnie. Zamierzam kupić ten dom. Muszę wiedzieć o co chodzi.
                Restaurator rozejrzał się wokół jakby chciał sprawdzić czy ktoś nie podsłuchuje.
                - Jak mówiłem, nic nie trafiło do mediów, przynajmniej do tych z głównego nurtu. Podobno było coś na jakimś lokalnym portalu internetowym. Ale nie dowiedziała się pani tego ode mnie. Byłbym skończony.
                Vjera weszła do samochodu.  Uruchomiła przeglądarkę na smartfonie.  Zaczęła wpisywać słowa kluczowe. Podała nazwę miasteczka, dodała słowo „pies”, po namyśle dopisała „tragedia”.  Właściwej strony nie znalazła od razu, ale po pół godzinie i kilku próbach natrafiła na właściwy lokalny portal, na którym w sierpniu ubiegłego roku zamieszczono krótką informację:
                                Tragedia w nadmorskiej willi.
                Wczoraj w godzinach porannych w  jednej z nadmorskich willi znaleziono martwą kobietę, która wraz z mężem wynajęła ten dom na sezon letni. Obrażenia na jej ciele wskazywały, że została zagryziona przez duże zwierzę, prawdopodobnie psa. Mąż ofiary znajduje się pod opieką psychologiczną. Zeznał, że w domu nie było żadnego psa, a krytycznej nocy niczego nie słyszał.
                Nad portem zapadła już ciemność. W falującym morzu odbijał się sierp księżyca. Wstrząśnięta Vjera wyłączyła internet. Jakiś impuls kazał jej podjechać samochodem pod bramę willi, która miała być domem jej marzeń, a stała się domem jej koszmarów.  Zaparkowała auto, zgasiła silnik i światła. Nagle, od strony cichego i ciemnego budynku dobiegło szczekanie, które przerodziło się w ponure wilcze wycie.
                Następnego ranka Vjera wymogła spotkanie na Davorze, który udawał zdziwionego.
                - Proszę o zwrot zadatku. – zażądała stanowczo. – Willa posiada wady, o jakich nie byłam poinformowana.
                - O jakich wadach pani mówi? Nic mi o tym nie wiadomo.
                - Proszę nie udawać głupiego. Doskonale pan wie, że chodzi o tę historię z psem. Kiedy wczoraj oglądałam dom psa tu nie było, a później sama słyszałam szczekanie.
                - Proszę sobie nie robić żartów. Mówiłem, że sprzedaję dom poniżej wartości bo szybko potrzebuję pieniędzy. Jeśli zrywa pani umowę przedwstępną, to zadatek musi zrekompensować moją stratę czasu.
                - Wystąpię o sądowne unieważnienie tej umowy!
                - Tak? I co pani powie sądowi? Że słyszała pani szczekanie psa, którego, jak sama pani twierdzi, w tym domu nie było?
                Vjera miała na tyle duże doświadczenie w biznesie, że potrafiła ocenić kiedy należy odpuścić. Raz się wygrywa, raz się przegrywa. Ze złością podarła umowę i odjechała.
                Wieczorem tego samego dnia Davor spotkał się w restauracji przy porcie z jej właścicielem i Vladkiem.  Przekazał obu po kopercie.
                - Wasze udziały. – powiedział. – Dobra robota, jak zwykle. A ten twój pies pięknie daje głos na komendę – zwrócił się do restauratora. – Wyje jak potępieniec. Sam bym się wystraszył. A pamiętałeś aby jak zwykle usunąć tę stronę internetową?
                - Jasne. – potwierdził mężczyzna. – Nikomu tu nie zależy aby turyści szukający miejsca na wakacyjny wyjazd natrafiali na wymyślone przez nas koszmarne historie. Swoją drogą, Davor, co będzie jeśli za którymś razem kupujący się nie wystraszy? Będziesz musiał oddać podwójny zadatek.
                - Nie ma obawy. – stwierdził Davor. – Każdy się  wystraszy.  A nawet jeśli nie to już tyle razy nam się udało, że stać nas na jedną wpadkę. Zresztą bez obaw. Zanim podpiszę umowę przedwstępną zawsze rozmawiam z kontrahentem. Znam się na ludziach. Nie naciągnąłbym kogoś kto całe życie oszczędzał na wymarzony dom.  A o tę ostatnią nie ma się co martwić. Chciała bezwzględnie wykorzystać trudną sytuację sprzedającego, a zresztą jestem pewien że szybko się odkuje.