poniedziałek, 14 stycznia 2019

Zegary


Zegary
                Wydarzenia jakie miały miejsce w mieszkaniu przy ulicy Pogodnej do tej pory nie znalazły naukowego wytłumaczenia. Powołana w tym celu komisja złożona z szanowanych powszechnie uczonych nie opracowała dotychczas raportu, a z nieoficjalnych przecieków wynika, że nie nastąpi to szybko, gdyż to co zaszło po prostu wymyka się próbom racjonalnego opisu. W tej sytuacji poniżej  zrelacjonujemy jedynie rzetelnie fakty powstrzymując się od ich interpretacji.
                Wszystko zaczęło się z chwilą zakupu zegara do łazienki.
                - Zegar do łazienki? – zdziwił się Henryk. – Po co ci? Przecież mamy już zegary we wszystkich pokojach i w kuchni.
                - Jak to po co? – odpowiedziała Katarzyna. – Żeby wiedzieć, która godzina. Tobie jest wszystko jedno. Wracasz z pracy i musisz pilnować czasu tylko wtedy, kiedy jest jakiś mecz żeby w porę włączyć telewizor. Poza tym masz luzik. A ja muszę ze wszystkim zdążyć. Ugotować, posprzątać, wyprać, wyprasować. Nie noszę zegarka, więc lubię w każdym miejscu mieć zegar na widoku żeby stale wiedzieć która godzina.
                - Ale w łazience…?
                - Zwłaszcza w łazience jest mi potrzebny zegar. Rano muszę zrobić makijaż. Przy tym łatwo stracić poczucie czasu i spóźnić się do pracy. Wygodnie byłoby  móc zerkać jednym okiem na cyferblat i mieć wszystko pod kontrolą.
                - Chyba byłby potrzebny  jakiś wodoszczelny.  W łazience często jest para, i w ogóle wilgoć…
                - To się postaraj i znajdź taki. Skoro są zegarki dla nurków działające sto metrów pod wodą, to do łazienek też powinny być.
                Znalezienie zegara odpornego na wilgoć nie okazało się wcale trudne. Wkrótce odpowiedni czasomierz zawisł na ścianie obok lustra przy umywalce. Przez dłuższy czas wszystko przebiegało normalnie. Dopiero po kilku tygodniach Kasia zaczęła narzekać, że łazienkowy zegar źle chodzi. 
                - Co znaczy „źle chodzi”? – spytał Henryk. – To niemożliwe. Spóźniać się, albo spieszyć to mogły stare zegary jeśli  miały źle wyregulowany mechanizm.  Zegary elektroniczne nie mogą źle chodzić. A jeśli nawet to na tyle, że nie będziesz w stanie tego zauważyć.
                - Widać kupiłeś jakiś chiński szjas. Najwyraźniej Chińczycy potrafią spieprzyć nawet coś czego się spieprzyć nie da.
                Henryk dopóki mógł ignorował jej zastrzeżenia aż do chwili, gdy wydarzyło się coś, co sprawiło, że nie dało się dłużej zaprzeczać faktom.  Pewnego sobotniego ranka golił się w łazience. Na blacie obok umywalki grało niewielkie radyjko. Właśnie dobiegła końca reklama suplementu diety niezawodnie uzupełniającego braki magnezu u mężczyzn po trzydziestym roku życia.
                - Jest dziewiąta. Zapraszamy na wiadomości radia „Super FM” . – rozległ się głos spikera. – Dzisiaj w Warszawie odbędzie się…
                Henryk nie był ciekaw co dziś odbędzie się w Warszawie. Ponieważ skończył golenie wyszedł z łazienki i udał się do kuchni aby zaparzyć poranną kawę. Sprawdził ilość wody w ekspresie, włożył nową kapsułkę  i nacisnął guzik. W kuchni również grało radio. Właśnie dobiegła końca reklama suplementu diety niezawodnie uzupełniającego braki magnezu u mężczyzn po trzydziestym roku życia.
                - Jest dziewiąta. Zapraszamy na wiadomości radia „Super FM” . – rozległ się głos spikera. – Dzisiaj w Warszawie odbędzie się…
                - Zaraz! – wykrzyknął Henryk – Co jest grane? Jaka dziewiąta? Przecież dziewiąta w łazience była przed chwilą.
                - Mówiłam ci, że zegar w łazience źle chodzi. – z satysfakcją stwierdziła Katarzyna.
                - Nie rozumiesz. Nie chodzi o to, co pokazuje zegar. Tam te same wiadomości radio nadało kilka minut wcześniej.
                - Skoro zegar się spieszy, to oczywiste jest, że tam dziewiąta była wcześniej… - Kasia zorientowała się, że mówi nielogicznie. – No tak. Ale jeśli zegar się spieszy, to wiadomości powinny być po dziewiątej według jego czasu, czyli o dziewiątej prawdziwego czasu. – skorygowała swoje wnioski.
                - No właśnie. Wygląda na to, że nie tyle zegar w łazience się spieszy, co czas tam szybciej płynie.
                - A może po prostu ci się wydawało? To się nazywa deja vu. Masz wrażenie, że coś co przeżywasz pierwszy raz już się wcześniej odbyło.
                Historia z różnicą czasu pomiędzy łazienką a kuchnią była tak nieprawdopodobna, że Henryk był skłonny uznać, że faktycznie coś mu się przywidziało.  Postanowili sprawdzić jeszcze raz. Oboje udali się do łazienki. W radiu dobiegał końca znany przebój grupy Queen. Zaraz po nim stacja rozpoczęła nadawanie starego hitu Abby. Odsłuchali kawałek i przeszli do kuchni. Sekwencja piosenek powtórzyła się po kilku minutach. Abba po Queen.  Kasia i Henryk  byli na tyle wstrząśnięci, że nawet nie próbowali komentować tego co oczywiste. Przyjęli po prostu do wiadomości fakt, że  czas w  łazience wyprzedza czas w kuchni. Przez kilka dni ignorowali to zjawisko. W końcu kilka minut to żadna różnica.  Udawali, że nic się nie dzieje, ale potrzeba wyjaśnienia zagadki u obojga siedziała gdzieś w tyle głowy. Pierwszy nie wytrzymał Henryk.
                - Słuchaj, - zwrócił się do Kasi.- Ja tego nie potrafię wytłumaczyć. Trzeba brać rzeczy takimi, jakie są.  Ale zastanawiam się jak to jest. Bo od kiedy powiesiliśmy zegar w łazience, czas płynie tam w innym tempie. Są dwie możliwości. Albo to czas płynie inaczej, a zegar po prostu go pokazuje. Albo ten zegar zmusza czas do  zmiany tempa. To znaczy zegar narzuca czasowi swój własny rytm.
                - No nie, daj spokój. – obruszyła się Katarzyna. – Ta druga możliwość jest bez sensu. Jak niby jakiś chiński zegar z marketu miałby narzucać tempo czasu?
                - A pierwsza możliwość jest bardziej sensowna? – zaoponował Henryk. – Że czas miałby płynąć w różnym tempie w kuchni i łazience, a chiński zegar z marketu miałby się w tym połapać? O ile dobrze rozumiem teorię Einsteina to byłoby możliwe gdyby kuchnia oddalała się od łazienki z prędkością zbliżoną do prędkości światła,  ale o ile wiem w naszym mieszkaniu nie miał miejsca żaden Wielki Wybuch, a nasza kuchnia i łazienka to nie są dwie galaktyki oddalające się od siebie we wszechświecie.
                - Czekaj, to się da łatwo sprawdzić. – oznajmiła Kasia z błyskiem w oku.
                - Niby jak? – Henryk nie od razu złapał co ona ma na myśli.
                - Chodź, zobaczysz.
                Poprowadziła go do łazienki. Okno pomieszczenia wychodziło na zachodnią stronę. Zegar wskazywał dziesiątą piętnaście rano. Katarzyna zdjęła go ze ściany i sięgnęła do pokrętła pozwalającego przesuwać wskazówki. Zaczęła przesuwać je w przód. Kiedy na tarczy pojawiła się godzina czternasta za oknem pojaśniało i na niebie  pojawiło się słońce. W miarę jak Kasia przesuwała wskazówki wokół tarczy zaczęło ono szybko opadać w kierunku horyzontu aż wreszcie zniknęło za nim. Nad miastem zaczęły zapadać ciemności. Kobieta pobladła. W szybkim tempie cofnęła wskazówki na dziesiątą szesnaście. Słońce wyskoczyło zza horyzontu i w kierunku przeciwnym do swej odwiecznej wędrówki przemknęło po niebie aż zniknęło za dachem budynku przechodząc na jego wschodnią stronę.
                Przez chwilę nic nie mówili.
                - Czyli jednak zegar. – stwierdził wreszcie Henryk. – To się nawet zgadza. Przecież wszystko rozpoczęło się dopiero kiedy go tu powiesiliśmy.
                - Rany Boskie! – załamała ręce Katarzyna – Człowieku, coś ty takiego kupił?!
                - Spokojnie, nic się nie dzieje. – stwierdził Henryk. – Wystarczy pilnować żeby czas pokazywany przez ten zegar zgadzał się z tym co pokazują inne. W razie czego trochę przesuniemy wskazówki i wszystko będzie w porządku.
                Przez kilka dni tego się trzymali. Pilnowali żeby czas płynął jednakowo w całym domu i udawali, że nie ma sprawy. Henryk nie byłby jednak facetem gdyby nie zaczął kombinować jak można wyciągnąć korzyści z tej niezwykłej sytuacji. Zaczął od drobnych machlojek z piwem. Brał puszkę z lodówki w kuchni, szedł do łazienki, przesuwał zegar pół godziny do przodu, nalewał piwo do szklanki i wypijał. Następnie cofał zegar i wracał do kuchni. O tej porze piwo w lodówce było jeszcze nie wypite, więc mógł je wypić ponownie. Któregoś dnia przyłapała go na tym Katarzyna.
                - Człowieku, co ty wyprawiasz?! – wykrzyknęła. – Z czasoprzestrzenią nie można igrać. Można o tym przeczytać w każdej powieści science - fiction. A ty po to żeby wypić o jedno piwo więcej ryzykujesz naruszenie naturalnej kolejności rzeczy. Jak jakiś menel, który dla alkoholu zrobi wszystko, nie myśląc o konsekwencjach.
                - I co takiego może się stać? – próbował się bronić. – Najwyżej, kiedy czas w kuchni dojdzie do momentu, w którym wypiłem piwo w łazience, to ono po prostu powinno zniknąć z mojego organizmu. A przyjemności z wypicia już mi nic nie odbierze.
                Obiecał jednak, że więcej się to nie powtórzy. Nie mógł się jednak pozbyć myśli o innych możliwościach, jakie się otwierają. Któregoś dnia postanowił podzielić się nimi z Katarzyną.
                - Spójrz, co dałoby się zrobić, gdyby przesunąć zegar w łazience nie o parę godzin, ale o kilka dni lub tygodni do przodu. – mówił rozgorączkowanym tonem. – Wysłuchalibyśmy w radiu wiadomości ekonomicznych i wiedzielibyśmy jak zmienią się kursy walut i notowania giełdowe. A później wystarczy wrócić do początkowego czasu panującego w reszcie mieszkania i zainwestować w co trzeba. To byłby pewny zarobek.
                Katarzyna spojrzała na niego poważnie. W jej oczach było widać zadumę pomieszaną ze smutkiem.
                - Czy ty też jesteś taki? – zadała retoryczne pytanie. – Czy ty też, jak wielu innych, jesteś gotów dla pieniędzy zrobić wszystko? Czy dla zysku gotów jesteś uruchomić mechanizmy, których nie rozumiesz, ryzykując że porządek w czasoprzestrzeni się zawali? A gdzie w tym wszystkim jest moralność i poczucie przyzwoitości? Jaki pożytek ma społeczeństwo z tego, że ktoś taniej kupi, a następnie drożej sprzeda akcje lub o waluty? I po co to wszystko? Czy potrzebujesz do szczęścia tych pieniędzy?
                - A ty? – zapytał. – Czy jesteś szczęśliwa bez tego?
                - Oczywiście, że tak.
                Henryk zamyślił się. Po chwili wziął ją za rękę i poprowadził do łazienki.
                - Wiem już co zrobię. – oświadczył. – Jesteś szczęśliwa i ja jestem szczęśliwy z tobą. Poza tym tak pięknie wyglądasz. Niech tak zostanie.
                Zdjął zegar ze ściany i rzucił na podłogę. Następnie nadepnął nogą na tarczę zatrzymując wskazówki na tej chwili.

sobota, 15 grudnia 2018

Choinka z zapałkami

Rok temu zaczerpnąłem tytuł grudniowego opowiadania od Dickensa. Tym razem świąteczne opowiadanie inspirowane Andersenem.



Choinka z zapałkami

                W dzień wigilijny furgonetka wypełniona choinkami stała na placu targowym w od wczesnego rana.  Ludzie, którzy z powodu przedświątecznej gorączki nie zdążyli wcześniej zakupić drzewka krzątali się wokoło starając się wybrać dla siebie jak najładniejszy okaz.  Mijały godziny, choinek z samochodu ubywało, a jednocześnie plac targowy stopniowo pustoszał. Ostatni kupujący wracali do domów aby zająć się nakrywaniem stołu i przygotowaniem do rodzinnego świętowania.
                Około trzynastej na pace samochodu pozostała już tylko jedna jodełka.  Sprzedawca choinek zrozumiał, że nie znajdzie na nią nabywcy, bo wokół było pusto. Przez chwilę liczył jeszcze, że nadejdzie jakiś zdyszany, spóźniony klient, lecz na koniec pojął, że nic takiego już nie nastąpi.  Nie przyszło mu do głowy aby podarować ostatnią jodełkę komuś, kogo nie było  stać na zakup, a komu taki podarunek mógłby zrobić radość. Spojrzał na drzewko ze złością, jakby to była jego wina, że nikt go nie kupił. Kopnięciem zrzucił choinkę na ziemię. Sięgnął do kieszeni po zapałki, potarł jedną z nich o pudełko i spróbował podpalić jodełkę. Była ona ścięta niedawno i jeszcze pełna życiodajnych soków, więc płomień nie chciał zająć świeżych gałązek. Zajęło się jedynie kilka uschniętych, drobnych pędów przy samym pieńku, lecz płomień szybko zgasł. Człowiek z wściekłością złamał choinkę w połowie, rzucił w bok i nie spoglądając na nią więcej siadł za kierownicą i odjechał.
                Kiedy wiatr rozwiał smrodliwy dym z diesla pośrodku pustego placu zostało tylko biedne, złamane i osmalone drzewko. Zapadał wieczór. Pośród ciemnych chmur pokrywających nieboskłon otworzył się nagle granatowy prześwit, pośrodku którego zalśniła gwiazdka. Po chwili ukazała się obok niej Matka Natura. Ze smutkiem spojrzała z nieba na udręczoną jodełkę. Pomyślała, że jej młode życie zostało przerwane na darmo, gdyż nawet nie mogła dać  swoją obecnością szczęścia dzieciom w żadnej rodzinie. Matka Natura zapłakała. Płacz ten był wyrazem smutku lecz i determinacji aby przywrócić właściwy porządek rzeczy, zakłócony przez złych ludzi. Z pomocą Matce Naturze przyszedł jej odwieczny towarzysz – Czas.
                Łzy Matki Natury padły na szuter pokrywający plac targowy. Pod ich wpływem najpierw pojawił się mech. Pośród  mchu stopniowo wyrastały kępki trawy. Płot otaczający plac rdzewiał, osypywał się aż wreszcie rozpadł się. Kolejne pokolenia mchów oraz traw usychały i butwiały, stopniowo przemieniając jałowy plac w żyzną glebę. Niedługo później w górę wystrzeliły pierwsze pędy krzaków i młodych drzewek.  Na koniec w miejscu placu targowego rósł cienisty, szumiący las. Tam, gdzie porzucona został złamana i podpalona choinka widniała niewielka polana, pośrodku której ku niebu strzelała dorodna jodła.
 

sobota, 10 listopada 2018

Nagrobek


Nagrobek
                Grób mojego dziadka jest skromny i trudny do odnalezienia pomiędzy dziesiątkami jemu podobnych. Pamiętam w jakim rejonie cmentarza jest położony ale zapewne za każdym razem musiałbym szukać go długo pośród innych mogił gdyby nie okazały grobowiec stojący przy głównej alei, który służy mi za punkt orientacyjny. Wiem, że zaraz za nim należy zejść z alejki pomiędzy groby aby tam, w czwartym czy piątym rzędzie, odnaleźć miejsce wiecznego spoczynku dziadka.  Ten pełniący funkcję mojego drogowskazu grobowiec należy do najbardziej imponujących na całym cmentarzu. Ma kształt prostokąta o szerokości około dwu metrów nakrytego solidną płytą z litego piaskowca. Na niej ustawiona jest rzeźba anioła o skrzydłach opuszczonych w geście rozpaczy, smutno spoglądającego na pionową tablicę nagrobka. Napis wyryty w kamieniu głosi, że spoczywa tu Konstanty Wolniewicz, który zmarł w roku 1911 przeżywszy 56 lat. Zastanawiałem się nieraz kim był ten człowiek, któremu wybudowano tak okazałe miejsce spoczynku. Musiał być ważną postacią w ówczesnej społeczności, wyróżniającą się na tle współobywateli, którzy w większości po śmierci mogli liczyć jedynie na skromną, ziemną mogiłę z drewnianym krzyżem. Na podstawie rozmiarów należało sądzić, że grobowiec ten pomyślany był jako rodzinny. Nasuwa się zatem pytanie czemu spoczął w nim jedynie Konstanty. Być może wojenna zawierucha, która nastąpiła niedługo po jego śmierci wygnała krewnych w dalekie kraje, a może inne okoliczności sprawiły, że spoczęli oni na odległych cmentarzach. Wiedziony ciekawością nieraz obiecywałem sobie, że poszperam w księgach parafialnych lub innych archiwach aby poznać historię rodziny Wolniewiczów. Jakoś jednak tych planów nigdy nie zrealizowałem.
                Rocznica śmierci dziadka przypada na początek października i co roku z tej okazji zapalam znicz na jego grobie. Również tego roku odwiedziłem w tym celu cmentarz.  Mijając grobowiec przy głównej alei ze zdumieniem spostrzegłem, że na nagrobku widnieje nie nazwisko Konstantego Wolniewicza, lecz Stefana Górki. Przez wszystkie lata, jakie minęły od śmierci dziadka, na tyle oswoiłem się ze ś.p.  panem Konstantym, że zacząłem traktować go niemal jak bliskiego znajomego. Dlatego zmiana napisu na nagrobku była dla mnie szokiem i powodem do oburzenia. Postanowiłem wybrać się nazajutrz do administracji cmentarza aby ustalić kto dokonał zmiany inskrypcji i czy był do tego upoważniony. Miałem jednak problem aby zwolnić się z pracy i w rezultacie zrealizowałem ten zamiar dopiero po trzech dniach.
                W biurze zarządu nekropolii zastałem panią w wieku określanym dyplomatycznie jako średni, siedzącą nad niedopitą kawą i z wyraźnym znudzeniem przeglądającą jakieś papiery. Najwyraźniej administrowanie cmentarzem nie należy do szczególnie ekscytujących zajęć, co jednak zadziałało na moją korzyść, gdyż urzędniczka po wysłuchaniu  informacji o zmianie napisu wyraźnie się ożywiła i wykazała zainteresowanie sprawą. Widocznie potraktowała to jako swego rodzaju atrakcję przełamującą nostalgiczną rutynę codziennej pracy.
                - Kojarzę ten grobowiec. – powiedziała. – To jeden z najpiękniejszych na naszym cmentarzu. Pamiętam, że kilka lat temu miejski konserwator zabytków zastanawiał się czy nie należy go wpisać do rejestru, ale jakoś do tego nie doszło. W głowie się nie mieści, że ktoś zmienił nagrobek. My tu, w administracji nic o tym nie wiemy. Oczywiście, nie wydawaliśmy żadnego pozwolenia.  To dziwne, bo o ile wiem, w tym grobowcu nie było żadnego nowego pochówku. Wobec tego nie rozumiem po co zmieniono napis. Jakiś głupi żart, czy co?
                Zdecydowała, że zobaczy nagrobek na własne oczy. Narzuciła płaszcz i wybrała się na główną aleję cmentarza. W zasadzie, kiedy już zgłosiłem sprawę i dowiedziałem się, że administracja nic o niej nie wie, powinienem  był uznać, że moja rola się skończyła i udać się do swoich zajęć. Jednak zaintrygowana urzędniczka sprawiała wrażenie, że uważa za naturalne, iż będę jej towarzyszył w wizji lokalnej. Wobec tego nie zdobyłem się na pożegnanie lecz się z nią wybrałem. Idąc przez cmentarz prowadziliśmy jakąś banalną, nieznaczącą rozmowę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po dojściu na miejsce zobaczyłem na nagrobku znajome imię i nazwisko Konstantego Wolniewicza. Poczułem się głupio, że fatygowałem tę kobietę  i obawiałem się, że ona uzna mnie za jakiegoś wariata, który ma urojenia albo stroi sobie głupie żarty. Zacząłem nerwowo przepraszać i wyjaśniać, że chyba coś mi się przywidziało. Zaklinałem się, że wczoraj widziałem inne nazwisko, chociaż teraz wydaje się to nieprawdopodobne. Urzędniczka przyjęła to ze zrozumieniem. Najwyraźniej nie żywiła pretensji o to, że na skutek mojego fałszywego alarmu miała powód aby wyjść z ponurego biura na powietrze.
                - Wszyscy teraz jesteśmy tacy zalatani. – stwierdziła pobłażliwie. – Na skutek tego czasem coś nam się poplącze.
                Nagle spojrzała na znajdujący się również przy głównej alei świeży grób, cały pokryty wiązankami kwiatów  i wieńcami z szarfami zawierającymi  słowa ostatniego pożegnania. Pośród nich znajdowała się tymczasowa tabliczka z nazwiskiem Stefana Górki, który, jak wynikało z daty zmarł przed kilkoma dniami.
                - No tak, - zawołała. – To wszystko wyjaśnia. Teraz skojarzyłam, że przedwczoraj mieliśmy pogrzeb tego Górki. Pan idąc aleją nieświadomie zwrócił uwagę na nowy grób oraz zarejestrował pan mimo woli w pamięci jego imię i nazwisko na tej tabliczce. Później coś się panu przestawiło w głowie i wydawało się panu, że widział pan to na tamtym nagrobku.
                Wyglądało mi to na jedyne możliwe wyjaśnienie. Co prawda byłem na cmentarzu trzy dni temu, a nie przedwczoraj, więc chyba tego nowego grobu jeszcze wtedy nie było. Ale może to jej się pomyliła data pogrzebu Stefana Górki. W zaistniałej sytuacji nie drążyłem dalej kwestii daty, tylko przyjąłem jej wytłumaczenie za dobrą monetę pozwalające mi zachować twarz. Jeszcze raz przeprosiłem za pomyłkę i uzyskałem wspaniałomyślne wybaczenie.
                Następnym razem odwiedziłem cmentarz kilka dni przed Wszystkimi Świętymi aby uporządkować grób dziadka. Pod koniec października dni są już na tyle krótkie, że kiedy wybrałem się po pracy i spędziłem kilkanaście minut na czyszczeniu mogiły, to zastał mnie zmrok. Poza tym zbierała się jesienna mgła.  Wracając, gdy w nadchodzących ciemnościach  i w gęstniejących oparach wychodziłem na główną aleję, przy grobowcu Wolniewicza zauważyłem jakąś postać. Był to mężczyzna ubrany w  długi, ciemny prochowiec przypominający roboczy fartuch. Na głowie miał kapelusz, którego rondo opadało przysłaniając twarz. Człowiek ten trzymał w ręku jakieś dłuto, czy podobne narzędzie i majstrował przy  nagrobku Konstantego. Jednak napis nie głosił już Konstanty Wolniewicz lecz Jan Stec. Ten dziwny typ dłubał coś jeszcze przy „c” ale właśnie skończył i zaczął pakować narzędzia do podręcznej skrzynki. Kiedy zjawiłem się na cmentarzu, nie więcej niż dwadzieścia minut temu, przysiągłbym, że go nie było. Dziwne zatem, że w tym czasie zdążył zatrzeć istniejący napis i wyryć w kamieniu nowy. Z drugiej strony, Jan Stec to tylko siedem liter… Poza tym może ten człowiek teraz jedynie kończył zaczętą wcześniej robotę. Było mi  jakoś nieswojo, ale czułem się w obowiązku dopytać o co tu chodzi.
                - Kim pan jest? – zapytałem ostro.- Czy ktoś pana upoważnił do wykuwania tych liter na zabytkowym nagrobku?
                Dziwny kamieniarz nie okazał żadnego zmieszania.
                - Tak, jestem upoważniony do wykuwania imion i nazwisk ludzi. – stwierdził spokojnie. – Powiem więcej, jestem upoważniony aby wykuwać ich los.
                To powiedziawszy wziął swoją skrzynkę z narzędziami i szybko zniknął we mgle i ciemności, gdzieś pomiędzy grobami. Chwilę stałem oszołomiony pośrodku alejki ale ocknąłem się i szybkim krokiem udałem się w kierunku bramy. W zasadzie należałoby znów pójść do zarządcy cmentarza aby spytać czy ktoś miał zlecenie na zmianę nagrobka. Jednak po poprzednim razie, kiedy wyszedłem na roztargnionego durnia, postanowiłem upewnić się czy coś mi się nie przywidziało. Wspomnienie tego podejrzanego kamieniarza było bardzo żywe i realistyczne, ale równie realistyczny był poprzednio widok nazwiska Stefana Górki. Dla pewności, zanim podejmę jakieś kroki, postanowiłem rano sprawdzić czy znowu mi się nie przywidziało. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Rano, przed pracą, odwiedziłem cmentarz. Na nagrobku, jakby nigdy nic, widniało nazwisko Konstantego Wolniewicza. Zacząłem się zastanawiać czy mam iść do okulisty, czy może do jakiegoś psychologa. Tę drugą możliwość odrzucałem z przekonania, że psycholog u każdego znajdzie jakąś dewiację i jeśli raz znajdę się na liście osób z problemami, to do końca życia mogę nie zostać uznany z powrotem za normalnego. Wracałem główną aleją cmentarza zamyślony i skonsternowany. Kiedy wyszedłem poza bramę spojrzałem jeszcze raz za siebie i wtedy zauważyłem na słupie podtrzymującym  cmentarne  wrota klepsydrę oznajmiającą, że jutro odbędzie się tu pogrzeb Jana Steca. No tak. Wobec tego logiczne wytłumaczenie zdarzeń, jakie mnie ostatnio spotkały było takie, że miałem zdolność proroczego przewidywania kto wkrótce zostanie pochowany na tym cmentarzu. Ich nazwiska ukazywały mi się na nagrobku Konstantego Wolniewicza, a następnie znikały. Wytłumaczenie takie było logiczne ale nieracjonalne. Żeby nie uznać się za wariata musiałem znaleźć inne uzasadnienie tego czego doświadczyłem. W przypadku Stefana Górki można było przyjąć wersję zaproponowaną przez urzędniczkę. Zauważyłem jego nazwisko na nowym grobie, podświadomie zarejestrowałem w pamięci i w rezultacie przywidziało mi się, że widzę je na nagrobku Wolniewicza.  Ale co z Janem Stecem? Doszedłem do wniosku, że mogło być podobnie. Ta klepsydra musiała wisieć na bramie cmentarza już wczoraj, kiedy wchodziłem. Zauważyłem ją bezwiednie, zapamiętałem nazwisko i znów zobaczyłem je na nagrobku. Pamięć płata czasem takie figle. Wycina skądś fragment wspomnień i wstawia go w inne miejsce. Nieraz wspominamy jakiś film oglądany przed laty i możemy przysiąc, że jest w nim pewna scena. A następnie oglądamy ten film ponownie i okazuje się, że tej sceny w nim nie ma, bo pochodzi ona z całkiem innego filmu.  Badania nad pamięcią wskazują, że ludzie często uznają za własne realne wspomnienia coś o czym tylko usłyszeli, lub coś o czym jedynie marzyli. Inna sprawa, że takie przestawienia w pamięci następują zazwyczaj po wielu latach, a nie na drugi dzień. Z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę atmosferę cmentarza. Ona sprawia, że zaczynamy myśleć jakoś inaczej niż zazwyczaj. No dobrze, ale co z tym dziwnym kamieniarzem? Jego widziałem wyraźnie, a nie spotkałem go nigdy wcześniej. Po namyśle doszedłem do wniosku, że być może po prostu odnalazł się jakiś daleki potomek Konstantego Wolniewicza i postanowił posprzątać grób przodka oraz odczyścić napis na nagrobku. Wczujmy się w jego sytuację. Jest na cmentarzu, zapada zmrok, gęstnieje mgła. I nagle spośród tego mroku i mgły wyłaniam się ja i zadaję jakieś dziwne pytania. Człowiek mógł się normalnie wystraszyć, coś tam odpowiedział i szybko uciekł. Czyli udało się jakoś zracjonalizować te dziwne wydarzenia. Wersja nie była mocna ale trzeba mieć na uwadze wpływy atmosfery cmentarza, która sprawia, że odbieramy świat bardziej mistycznie.
Mimo wszystko przez kilka dni do Wszystkich Świętych ta sprawa absorbowała moje myśli. W dniu święta udałem się na grób dziadka aby zapalić znicze. Kiedy w drodze powrotnej mijałem grobowiec Konstantego Wolniewicza spojrzałem na nagrobek pełen obaw. Odczytałem napis i serce na chwilę jakby mi się zatrzymało, a następnie zaczęło bić jak szalone.
***
Dzień pogrzebu był tak brzydki jak brzydki potrafi być tylko dzień listopadowy. Padała mglista mżawka, temperatura ledwo przekraczała zero, a do tego wiał przenikliwy wiatr. Trzej przyjaciele tragicznie zmarłego uważali, że przy takiej okazji facetowi wypada być z odkrytą głową. W efekcie uszy im cierpły , a w skroniach czuli lekki ból na skutek zimna. Z niecierpliwością czekali aż ksiądz zakończy swój ceremoniał nad mogiłą. Nie znali bliżej nikogo z rodziny zmarłego ani spośród innych uczestników pogrzebu. Pożegnali się zatem jedynie ogólnymi skinieniami głowy i udali się do pobliskiego baru aby wypić kawę i koniak na rozgrzewkę.
- Powtórzyłem wam słowo w słowo, na ile udało mi się  zapamiętać, to co mi opowiedział kiedy parę dni temu kiedy widziałem go po raz ostatni. – powiedział jeden z przyjaciół pociągając łyk z kieliszka. – Był w fatalnym stanie i roztrzęsiony. Fakt, że ta ciężarówka wymusiła pierwszeństwo  i wyjechała mu prosto pod maskę. Myślę jednak, że gdyby był w formie, to udałoby mu się zahamować albo ją ominąć. Nie muszę wam chyba wyjaśniać, że powiedział mi, że wtedy, we Wszystkich Świętych zobaczył na nagrobku własne imię i nazwisko.
               

poniedziałek, 15 października 2018

Referendum


Referendum
                Ludzie przekonani, że Ziemia jest płaska istnieli zawsze ale na ogół nie afiszowali się ze swoimi poglądami. Każdy kto wątpił w kulistość naszej planety obawiał się, że zostanie wyśmiany i uznany za zacofanego nieuka. Do czasu.  
Irena i Jan Płaskowscy byli głęboko wierzący. Uważali, że ich wiara nie da się pogodzić z teoriami Kopernika, Galileusza oraz Newtona i byli zdecydowani dać temu świadectwo. Przez wiele lat głosili swoją prawdę jedynie pośród krewnych i znajomych, co z natury rzeczy nie umożliwiało szerszego propagowania ich przekonań. Przełom nastąpił wraz z upowszechnieniem się internetu. Państwo Płaskowscy najpierw założyli stronę www.zemiajestplaska.org, później forum dyskusyjne na popularnym portalu, a wreszcie konto na Facebooku.  Ilość wejść na ich strony gwałtownie rosła. W pierwszej kolejności ujawnili się ludzie podzielający ich poglądy, którzy dotychczas obawiali się do nich przyznawać. Kiedy jednak  zorientowali się, że wielu innych myśli podobnie, wyszli z ukrycia i zaczęli otwarcie pisać o swoich przekonaniach. Strony poświęcone płaskości Ziemi szybko stały się popularne wśród internautów, którzy udostępniali je znajomym dla żartu, opatrując linki ironicznymi komentarzami. Jednak ironia nie przeszkadzała wyznawcom państwa Płaskowskich, którzy organizowali im liczne spotkania w całym kraju. Na jednym ze spotkań spontanicznie pojawił się pomysł zorganizowania referendum w sprawie płaskości ziemi. Zawiązał się komitet zbierający podpisy pod wnioskiem skierowanym do parlamentu. Zwolennicy państwa Płaskowskich zaangażowali się w akcję z całą energią, a pozostali internauci dla zabawy. Nic dziwnego, że w tych warunkach szybko uzbierano ponad pół miliona podpisów. Paczki z listami poparcia trafiły do Senatu. Proponowane pytanie brzmiało: „Czy wbrew kłamliwym twierdzeniom elit  Ziemia jest płaska?”
Decyzja o dalszym postępowaniu zapadła w wąskim gronie czołowych polityków partii rządzącej Duma i Tradycja. Ktoś tam nieśmiało zasugerował, że to raczej niepoważne ale został szybko skarcony przez prezydium. Uznano, że nie można lekceważyć głosu kilkuset tysięcy ludzi, tym bardziej, że jak wskazywały badania, w płaskość Ziemi wierzył głównie twardy elektorat partii.
- A co będzie jak zagłosują na „tak”? – ktoś ośmielił się wyrazić wątpliwość. – W końcu mamy XXI wiek…
- Bez przesady, aż tak głupi ludzie nie są. A nawet jakby głosować poszli sami fanatycy to frekwencja będzie niska i wynik nie będzie wiążący.
- Ale gdyby jednak…?
- No to co z tego? Przecież nie obiecujemy, że spłaszczymy Ziemię. A w razie czego jakoś damy radę. Jak zawsze.
Przeważył pogląd, że referendum będzie pułapką dla opozycji, bo albo będzie można ją oskarżyć o lekceważenie zwykłych ludzi albo o brak powagi i konsekwencji.
Opozycyjna partia Wolnych Demokratów dostrzegała ten dylemat. Z jednej strony opowiedzenie się za odrzuceniem wniosku o referendum mogło być odebrane jako próba ograniczania praw i wolności gwarantowanych konstytucją. Z drugiej  strony  elektorat partii, w przeważającej mierze wykształcony,  mógł odebrać akceptację referendum jako kpinę ze zdrowego rozsądku.  Postanowiono głosować przeciw, co i tak niczego nie zmieniło wobec postawy partii rządzącej. Wniosek przeszedł. Nastąpiła zwyczajowa polemika pomiędzy politykami. Partia rządząca zarzuciła opozycji brak zrozumienia i pogardę dla zwykłych ludzi, a opozycja zarzuciła rządzącym populizm.
Po ogłoszeniu terminu referendum przez prezydenta zaczęła się kampania, która jednak przebiegała dość niemrawo. Politycy obu stron, za radą swoich doradców PR-owych, dystansowali się od sprawy gdyż, niezależnie od wyniku, grozić mogły  straty wizerunkowe. Kościół oficjalnie odciął się od tego tematu uznając, że zabierając głos znajdzie się w niewygodnej pozycji. Biskupi w listach pasterskich oznajmili, że religia i nauka to dwa różne porządki, których nie należy mieszać. Nie przeszkodziło to niektórym proboszczom podczas kazań sugerować w okrągłych słowach, że trzeba dawać świadectwo swojej wierze wbrew uznanym autorytetom.
W kampanię z całą energią zaangażowali się jedynie państwo Płaskowscy wspierani przez swoich fanatycznych zwolenników. Nie mieli wielkich środków na bilbordy ani, tym bardziej, na spoty i reklamy w mediach. Ruszyli wobec tego w objazd po kraju wygłaszając na spotkaniach płomienne przemówienia zawierającymi liczne cytaty z Pisma.
Internauci mieli świetną zabawę. Pojawiły się hasztagi #splaszczymy_ja, #niechcemyjuznaokraglo i wiele podobnych. Prześcigano się w publikowaniu szyderczych memów. Zabawa zaczęła się jednak wymykać spod kontroli. W postępie geometrycznym rosła liczba osób, które uznały, że tym razem politycy przesadzili i należy ich ukarać głosując za płaskością ziemi, aby wykazać absurd sytuacji. Ludzie organizowali się w grupy na mediach społecznościowych i mobilizowali do udziału w referendum.
W walkę o  okrągłość Ziemi nikt się specjalnie nie angażował. Dopiero na krótko przed terminem referendum na konferencji zebrali się rektorzy wyższych uczelni państwowych i wystosowali list wskazujący na powagę sytuacji, która zagraża kompromitacją polskiej nauki na forum międzynarodowym. Naprędce zorganizowano debatę telewizyjną, w której do pojedynku z panem Płaskowskim wytypowano profesora Okrąglewicza z Instytutu Geografii PAN.
Debata poszła nie po myśli naukowców. Na wstępie prowadzący debatę redaktor telewizji publicznej zwrócił się do profesora:
-Proszę przekonać telewidzów, że Ziemia jest okrągła. Mam pan czterdzieści pięć sekund.
Zanim profesor, przyzwyczajony do półtoragodzinnych wykładów, zdążył po kilku zdaniach wstępu przejść do rzeczy, odebrano mu głos. Natomiast Jan Płaskowski, patrząc natchnionym wzrokiem wprost w kamerę, oznajmił proroczym tonem, że Bóg po to dał nam oczy abyśmy oglądali otaczający nas świat i po to dał nam rozum abyśmy umieli ocenić sami co widzimy, nie ufając różnego rodzaju uczonym faryzeuszom.
Następnie uczestnicy debaty zadawali sobie nawzajem pytania.
- Jeśli, jak  pan twierdzi,  ziemia jest płaska to znaczy,  że na wschodzie i zachodzie powinna mieć swój kres.
-Panie profesorze – przerwał  mu redaktor – teraz jest pora na zadawanie pytań, a nie na formułowanie twierdzeń.
- Zmierzam do pytania – odrzekł nieco wyprowadzony z równowagi Okrąglewicz. –Wobec tego samolot lecący na zachód, na przykład z San Francisco, powinien dolecieć do końca świata. Jak pan zatem wytłumaczy, że ten samolot dolatuje do Tokio od wschodu?
- W Piśmie napisane jest, - odpowiedział Płaskowski z niezmąconą pewnością siebie – że twój koniec twym początkiem się stanie.
Okrąglewicz nie znał na tyle Pisma, aby zaprzeczyć, że faktycznie jest tam tak napisane. Napisano tam tyle rzeczy, że tego nie mógł wykluczyć, cokolwiek to miało znaczyć. Z rosnącą irytacją zadał kolejne pytanie:
- Jeśli płaska ziemia jest otoczona przez ocean to dlaczego nie przelewa się on przez jej krawędź? Przyzna pan, że morza powinny w tej sytuacji odpłynąć od lądów i zniknąć.
- Pan już zadał pytanie. – stwierdził prowadzący. – Teraz kolej pana Płaskowskiego.
- Kiedy znajdzie się pan poza miastem, na rozległym polu, i rozejrzy wokół siebie to co pan widzi? Ziemię płaską czy zakrzywioną?
- Płaską – przyznał profesor – Ale to jest kwestia skali. Ziemia ma tak duży promień, że człowiek odnosi wrażenie…
- Ale stwierdził pan, że widzi  płaską Ziemię.
Debata przebiegała przez cały czas w podobny sposób, co powodowało wzrastającą irytację profesora. Przyszła pora na wystąpienia końcowe. W wyniku uprzedniego losowania jako pierwszy przemawiał Jan Płaskowski.
- Nie wszyscy urodziliśmy się w bogatych rodzinach. – rozpoczął patrząc wprost w kamerę. – Wielu waszych rodziców ciężko pracowało aby zapewnić wam strawę, a na zakup książek już nie starczało. Mimo najlepszych chęci nie byli w stanie zapewnić wam wyższego wykształcenia. Ale dali wam najcenniejsze co mieli – swoją miłość. Przekazali wam też swoje zasady. Uczyli was aby nazywać rzeczy po imieniu. Nazywać białe białym, a czarne czarnym. Wielu innych miało w życiu łatwiej. Nierzadko dlatego, że ich rodzice współpracowali z władzami w poprzednim systemie. Później ci, którym łatwiej przyszło osiągnąć tytuły naukowe, zaczęli wam mącić w głowie. Zaczęli mówić, że czarne jest białe, lub że wszystko jest szare. Twierdzą, że ziemia jest okrągła, mimo że każdy na własne oczy może zobaczyć, że jest płaska. Dość już tego. Nie dajcie sobie wmówić, że jesteście gorsi tylko dlatego, że nie było wam dane zdobyć wykształcenia. Ufajcie swoim zmysłom danym wam przez Pana, i wzywam was, powiedzcie co widzicie.
Profesor Okrąglewicz ze zdenerwowania zapomniał o przygotowanym uprzednio wystąpieniu końcowym i spontanicznie zareagował na mowę oponenta.
- Niech pan nie opowiada, że  poprzedni system uniemożliwiał zdobycie wykształcenia. Co jak co, ale akurat kształcić się było można. Jeśli ktoś nie zdobył wykształcenia to nie na skutek represji tylko z własnego wyboru, bo zamiast się uczyć wolał chodzić na wagary i popijać piwo w parku. Pan tu udaje proroka ale jest pan fałszywym prorokiem. Miesza pan w głowach ludziom, którzy mają już dostatecznie w głowach namieszane.  Pański pomysł z tym referendum jest poroniony, bo nie może być tak, że gromada nieuków będzie decydować o faktach naukowych, które odkryte zostały przez najwybitniejsze umysły ludzkości.
Późniejsze analizy wskazywały, że ta przemowa profesora miała decydujący wpływ na wynik referendum. Ponad 80% opowiedziało się za płaskością ziemi przy około 55% frekwencji. W poglądy państwa Płaskowskich wierzyło jedynie kilka procent. Kilkanaście procent zagłosowało dla żartu, a drugie tyle na złość politykom. W sumie to nie wystarczyłoby aby przekroczyć wymagany próg frekwencji. Jednak wystąpienie profesora spowodowało, że wielu ludzi z podstawowym wykształceniem poczuło się obrażonymi i głosując na tak postanowiło odegrać się na zarozumiałych elitach.
Wynik referendum wywołał polityczną burzę. Opozycja wystąpiła z wnioskiem o wotum nieufności dla ministrów edukacji oraz nauki i szkolnictwa wyższego, motywując to tym, że są oni odpowiedzialni za katastrofalny stan wiedzy w społeczeństwie ujawniony w głosowaniu. Partię rządzącą wynik zaskoczył i w pierwszej chwili spowodował panikę. Gorączkowo szukano sposobu na unieważnienie referendum. Jednym z pomysłów było uznanie, że płaskość ziemi jest sprzeczna z prawem europejskim. Po szczegółowej analizie okazało się jednak, że ani traktaty unijne ani żadna z licznych dyrektyw nie wymagają aby Ziemia była okrągła. Zaczęto wobec tego zastanawiać się nad konsekwencjami głosowania i badać jakie zmiany w prawie należy w związku z tym wprowadzić. Większość konstytucjonalistów stała na stanowisku, że trzeba wprowadzić zmiany w programach nauczania geografii. Prawnicy spierali się jednak co do tego, czy należy całkowicie wykreślić twierdzenia o kulistości Ziemi i jasno stwierdzić w podręcznikach, że jest ona płaska, czy też należy prezentować obie teorie jako równoprawne. W pierwszej kolejności drogą rozporządzenia Ministerstwa Gospodarki wprowadzono zakaz produkcji oraz dystrybucji globusów.
Profesor Okrąglewicz znajdował się na skraju depresji, gdyż bardzo przejmował się artykułami prasowymi obarczającymi go winą za fatalny występ w debacie, a w konsekwencji za kompromitujący wynik referendum. Jeden z jego bliskich znajomych, ważny polityk opozycji, zaprosił go dla pocieszenia do swojego apartamentu na Helu. Obaj panowie stali ze szklaneczkami whisky na tarasie, z którego, ponad wydmami, roztaczał się wspaniały widok na morze.
- Widzisz jak to jest. – stwierdził polityk. – Wy, intelektualiści, zarzucacie nam często, że uprawiamy PR, że wypowiadamy się mało konkretnie, nie bacząc na fakty, tylko kierując się wynikami sondaży. No i proszę. Powiedziałeś szczerą prawdę i skutki są jakie są.
Profesor pociągnął łyk ze szklaneczki i pokręcił zrezygnowany głową.
- Nie obwiniaj się. – ciągnął działacz opozycji – Nie ty za to odpowiadasz. Problem jest generalny i dotyczy demokracji. Jak to zorganizować aby każdy głos liczył się tak samo podczas gdy nie każdy ma odpowiednią wiedzę i nie w pełni rozumie świat jaki go otacza? W tej sytuacji trzeba tak manipulować ludźmi, aby dokonywali racjonalnych wyborów, często dotkliwych dla nich na krótką metę, lecz korzystnych długofalowo. I co więcej, trzeba tak to zorganizować aby wierzyli, że to jest ich własny wybór. To wymaga porozumienia ponad partiami. Wszystkie liczące się siły polityczne powinny umówić się, że nie schodzą poniżej pewnego poziomy debaty i nie nadużywają populizmu, bo inaczej suweren uchwali, że ziemia jest płaska.
Dwaj mężczyźni zamyślili się spoglądając na morze. Nagle zaczęło dziać się coś dziwnego. Fale zmieniły kierunek, a na powierzchni wody pojawił się silny prąd skierowany od lądu. Morze uciekało ku horyzontowi ukazując coraz większe połacie mokrego piasku w miarę jak woda przelewała się w oddali przez krawędź Ziemi.